Kategorie
Recenzje

Czy Jezus miał beach body?

źródło: canva.com

Dzień dobry, miły Czytelniku, miła Czytelniczko! 😊

Ściskam Cię na przywitanie w ten letni poniedziałek!

Co u Ciebie? Jak rodzina? Jak w pracy?

A może właśnie się urlopujesz? Jeśli tak, to napisz w komentarzu w jakim zakątku Polsku lub świata aktualnie przebywasz 😊

Słuchaj, chcę Ci dzisiaj opowiedzieć o mega intrygującej audiokonferencji, którą wysłuchałam sobie w czasie mojego dnia wolnego, siedząc na ławce na bulwarze Xaverego Dunikowskiego, potem przechadzając się na wyspę Słodową i potem półleżąc na trawie na tejże wyspie. I robiąc tego dnia ponad 14000 kroków (jak przeliczył krokomierz). Ha!

3 rzeczy o ciele, które mnie zaskoczyły w konferencji ks.Marka Dziewieckiego „Koniec wymówek! Trenuj z Jezusem ciało i ducha”:

1) „Ja jako człowiek jestem nie z tej ziemi, a moje ciało jest z tej ziemi”.

To jest w ogóle pierwsza myśl jaką przedstawia ks.Marek w czasie tej konferencji. Sczajcie to: „ja jako człowiek jestem nie z tej ziemi” – to wiedziałam, „a moje ciało jest z tej ziemi” – to też wiedziałam. Ale zestawienie tego razem jest dla mnie zaskakujące.

No bo tak. Ja jako człowiek, jako istota z duszą pochodzę od Boga.

A moje ciało pochodzi z tego świata. Zostało stworzone przez Boga tu, na ziemi.

Człowiek z planety Boga + ciało z planety Ziemia = status „to skomplikowane”.

Zobaczcie, mając ciało i ducha mamy w sobie dwie zupełnie inne natury.

A jednocześnie – chrześcijaństwo naucza – jest absolutna jedność między ciałem a duchem.

Nie da się ich rozdzielić, nie może być człowiek tylko ciałem albo tylko duchem. Tylko cielesnością albo tylko duchowością.

I ten delikaty balans jest mega skomplikowany i trudny do osiągnięcia, bo jako chrześcijanie jesteśmy wezwani zarówno do rozwoju duchowego i jak i do dbania o swoje ciało. A na skutek grzechu pierworodnego często zamiast harmonii tych dwóch sfer, doświadczamy jakiegoś konfliktu.

Bo jakże często jest tak, że nasze ciało ma na coś ochotę – np. na kolejną porcję lodów, albo na jeszcze tylko jeden odcinek serialu, albo na jeszcze 5 minutek drzemki, a nasz duch, nasze sumienie krzyczy w środku (albo i nie?): „Ty chyba żartujesz! Weź się ogarnij i odstaw te lody/wyłącz tego Netflixa/marsz do roboty!”.  

I jakoś tak sobie myślę, że właściwe dbanie o te dwie natury w nas, naturę z tej ziemi i naturę nie z tej ziemi, wymaga dużego nagimnastykowania się, żeby zrobić to dobrze.

2) „Troska o ciało jest powinnością moralną”.

O mamo, tym to mnie normalnie zabił. 🤯

W sensie, świat się zatrzymał jak to usłyszałam.

Troska o ciało jest powinnością moralną – przecież to brzmi mega poważnie!

Wiecie, ja nierzadko tak mam, może Wy też, że jak przeczytam albo usłyszę jakąś prawdę życiową, to choćby nie wiem jak była banalna i oczywista dla osób postronnych – to jeśli trafi we mnie we właściwym momencie, to nagle doznaję jakiegoś absolutnie kosmicznego olśnienia.

Kurka wodna! Skoro dbanie o ciało (oczywiście, ani mnie, ani księdzu Markowi nie chodzi o jakieś skrajne, hedonistyczne dbanie o ciało) jest powinnością moralną, to, ja pierdziu!, to sfera dbania o ciało od razu osiągnęła jakiś zupełnie nowy, wyższy rangą status, z którym nie umiem dyskutować. Bo tutaj się dla mnie kończy „ale…”, „ale przecież…”, „ale ja…”. Zamykam gębę i biję się w pierś.

Bo widzę jak czasami olewam to, że gdzieś coś boli i może warto by było pójść zrobić badania. Jak czasem wykupuję recepty, a potem leki biorę w kratkę. Jak wiem, ile czasu tygodniowo według WHO powinnam poświęcić na aktywność fizyczną i nic z tym nie robię. Jak, tak naprawdę, nie biorę NA SEEEERIO tego, że jeśli nie zadbam o moje ciało dzisiaj to na starość będę to sobie CODZIENNIE, PRZY KAŻDYM BÓLU wyrzucała. Że wnuków mogę nie mieć siły podnosić. Że mogę mieć trudności z poruszaniem się.

Kurde, mam powinność moralną. I mam zobowiązanie wobec mojej rodziny.

3) „Jezus był okazem zdrowia, był wysportowany”.

Haha, co? – taka była moja pierwsza reakcja na zdanie ks.Marka. Takie lekkie podśmiechiwanie się.

No dobra, dobra, ale skąd ksiądz to wytrzasnął?

No i ksiądz Marek tłumaczy to tak (a bierze to wszystko z Ewangelii!):

Jezus miał bardzo wymagający tryb życia:

– praktycznie wszędzie poruszał się pieszo (a pamiętajmy, że odwiedzał rozliczne miejscowości, by nauczać),

– wszędzie w upale (bo podróżował i nauczał w ciągu dnia),

– nie zawsze zdarzał się regularny posiłek (bo jak był w drodze, to czasem zwyczajnie nie było jak),

– mówił całymi dniami (no bo nauczał – czy to tłumy, czy węższe grono swoich uczniów),

– bez mikrofonu (a że słuchały go tłumy, to musiał mieć donośny głos),

– i z mocą (por. Mk 1,22 i Mk 1,27).

A jak jeszcze dołożymy sobie do tego taki element układanki, że Jezus uczył się od św.Józefa fachu ciesielskiego i w zasadzie przez większość swojego dorosłego życia pracował fizycznie sześć dni w tygodniu…

No, nie ma bata, MUSIAŁ mieć na to siłę, taką „zwyczajną”, fizyczną siłę, musiał mieć odpowiednią tężyznę fizyczną, żeby realizować taką pracę.

Do tego – ogarnijcie to – ks.Marek zwraca uwagę, że Jezus w czasie drogi krzyżowej uniósł krzyż mocą swojej ludzkiej natury. Ludzkiej. Bo gdyby użył boskiej natury to by pewnie na paluszku tę belkę krzyżową podniósł. A On użył swojej ludzkiej, fizycznej siły.

Nie wiem czy miał beach body, ale gdyby miał tylko skórę i kości, i gdyby nie dbał o swoje zdrowie i o swoje ciało to, no way, nie dotarłby na Golgotę. Oczywiście, do tego kierowała Nim nieskończona miłość do nas i niepojęta siła psychiczna, ale de facto Jego ludzkie mięśnie niosły ten krzyż przez wąskie uliczki Jerozolimy.

Jeszcze jedną intrygującą rzecz ks.Marek zauważa. Już trochę „lżejszą”.

Pan Jezus lubił…jeść 😊

Oczywiście, nie chodzi o „lubienie jeść” = „obżeranie się dla przyjemności”.

Ale, w przeciwieństwie do Jana Chrzciciela, który ani zbyt gustownie się nie ubierał (miał „odzienie z sierści wielbłądziej”), ani zbyt dobrze nie jadał (dieta szarańczowo-miodowa), Jezus dawał się zapraszać na uczty. Mamy wesele w Kanie Galilejskiej, mamy ucztę u Mateusza, potem też u Zacheusza, u Marty i Marii, zapraszali go faryzeusze i uczeni w Piśmie, ale też celnicy i grzesznicy. Jezus nie odmawiał. Apparently, lubił smacznie zjeść.

A co powiedział do uczniów po zmartychwstaniu?

Najpierw stanął pośród nich i powiedział „Pokój Wam!” – nie mogli uwierzyć, że to On.

Potem pokazał im swoje ręce i nogi – dalej nie mogli uwierzyć.

Wreszcie zapytał „Macie tu coś do jedzenia?” – i uwierzyli :D.

To tak trochę z humorem, ale sprawdźcie sami! (Łk 24,36-43)

Ksiądz Marek kwituje to tak: „Czyli [Jezus] cieszył się swoim ciałem i o to ciało dbał”.

Kochani moi, do czego to wszystko zmierza?

My tutaj ciągle o ciele, a jak z rozwojem duchowym?

Ks.Marek mówi, że zdrowie duchowe jest oczywiście ważniejsze niż zdrowe ciało (i myślę, że wszyscy chrześcijanie podpiszą się pod tym obiema rękami). A jednocześnie „tylko sprawne ciało może nam umożliwić sprawne funkcjonowanie w rodzinie, małżeństwie, szkole, miejscu pracy i oczywiście w sporcie”.

No i mając perspektywę ziemskiej natury mojego ciała, mojej powinności moralnej i mając za wzór mojego Mistrza, który swoim ciałem się cieszył i o nie dbał – daje mi to potrzebną motywację do zmian.

.

Polecam Wam odsłuchać całą konferencję „Koniec wymówek! Trenuj z Jezusem ciało i ducha” ks.Marka Dziewieckiego, wydaną przez wydawnictwo RTCK – zaskakujących odkryć jest tam znacznie więcej 😊

.

A jak jest u Ciebie z dbaniem o ciało? Jaką masz z nim relację? Czy czujesz, że powinieneś/powinnaś coś zmienić w tej sferze?

Kategorie
Recenzje

Czego nie wiedzieliście o emocjach, a baliście się zapytać. Tak, Panowie, Wy też.

Hej, mój drogi i moja droga! 😊

Jak spędziłeś lub spędziłaś weekend? Cieszysz się, że od dzisiaj znowu lasy i parki otwarte? Ja bardzo!

Już przebieram nóżkami, żeby regularnie wychodzić na spacery w jakieś bardziej urodziwe okolice niż dookoła bloku i nie kisić się w domu.

A dzisiaj z okazji poniedziałku, specjalnie dla Ciebie nowy post na blogu.

Słuchajcie, jeśli oglądaliście moje InstaStory jakieś dwa tygodnie temu to może pamiętacie, że mówiłam tam o takim swoim…no PROBLEMIE to może za duże słowo (albo boję się tego tak wprost nazwać 😂 – nie wiem), że nie zawsze udaje mi się moje emocje trzymać na wodzy. O tym, że mam momenty kiedy emocje biorą górę – po prostu się we mnie gotuje (jak w kreskówkach, że czubek głowy odskakuje w górę, słychać gwizdek i leci para jak z czajnika lub lokomotywy 😂) i zanim się zorientuję mówię słowa, które miały tylko zostać w głowie, a one – cholery jedne – wyskoczyły bez pozwolenia.

Też tak macie??

…Nie?

Shoot. 😕

Anyways, wtedy właśnie zdecydowałam, że kolejną lekturą, która wepchnie się na początek kolejki do czytania będzie książka ks.Marka Dziewieckiego „Emocje. Krzyk do zrozumienia”. Leżała na półce kupiona jakiś czas temu i – jak widać – czekała na swój moment. I się doczekała!

Powiem Wam, że ja mam u siebie na półkach sporo poradników 😂 takich psychologicznych albo okołopsychologicznych. No i myślałam, że sięgam po taki właśnie poradnik. Że dowiem się jak panować nad emocjami, albo jak bezpiecznie dawać upust swoim frustracjom, żeby nikt wokół mnie nie obrywał z tego powodu. I tak sobie myślę, kurka wodna, chyba się przyzwyczaiłam do artykułów internetowych „10 sposobów na…” 😂 Bo słuchajcie, ta książka to – w moim mniemaniu – nie jest typowy poradnik.

Ta książka to TRAKTAT o emocjach.

Definicje, naukowe podejście, rozkładanie na czynniki pierwsze, dążenie do sedna, do powodów, analizowanie wręcz czasami filozoficzne (a dla mnie to synonim ogromnej, wykraczającej poza moje zdolności rozkminy 😂) różnych stanów i sytuacji wewnętrznych. O matko!

No i co ja się dziwię? Przecież książkę napisał doktor psychologii.

No i jak zaczęłam w nią brnąć to miałam takie tyyyci ukłucie zwątpienia „czy to jest na pewno to, czego szukam?”.

Ale, słuchajcie, to co tam znalazłam, zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Powiem Wam o trzech takich rzeczach.

Definicje oraz emocje kontra racjonalizm

Już na początku ks. Dziewiecki zadaje pytanie „do czego emocje są nam w ogóle potrzebne?”. I wskazuje, że przecież mało kto chlubi się z tego, że jest człowiekiem wrażliwym emocjonalnie. Raczej jest na odwrót, prędzej zdarza się, że ktoś wypina dumnie pierś, gdy uważa się za człowieka na wskroś racjonalnego. Sami chyba na co dzień widzimy, że emocje mają słaby PR, prawda? Natomiast co mówi o nich autor:

„Emocje są przekaźnikiem ważnych informacji o nas samych i o naszym życiowym położeniu.”

Czyli za każdym razem kiedy czegoś doświadczamy – a doświadczamy czegoś 24 godziny na dobę – to jakaś emocja nas o tym informuje. No i dojrzały człowiek potrafi tę informację odpowiednio przetworzyć i coś z nią dalej zrobić.

I, wiecie, to się może wydawać absolutnie oczywiste, a jednak jak się o tym czyta, jak to się słyszy od autorytetu to ma zupeeełnie inny wydźwięk (przynajmniej dla mnie) i wtedy czujesz, że to jest naprawdę serious business. Że na emocje nie można sobie ot tak machnąć sobie ręką, tylko one naprawdę są nam niezbędne. Jest emocja i ona nie jest tylko po to, żebyśmy się wyrażali, żebyśmy coś CZULI, żeby było nam miło lub niemiło, ale ona. coś. do nas. gada.

Co więcej!

Ks. Dziewiecki zauważa bardzo ciekawą rzecz, mianowicie emocji NIE DA się oszukać, natomiast myślenie DA SIĘ oszukać. Popatrzcie, mogą być przecież ludzie, którzy wyrządzają drugiemu człowiekowi krzywdę, jakąkolwiek (albo również sobie samemu! np. wszyscy, którzy wpadają w nałogi), a jednocześnie mogą sobie samemu wmawiać, że przecież oni są w porządku, że czego się ludzie czepiają, że oni są przecież pucuś glancuś. I mogą tak żyć całymi latami. I w ten sposób manipulują swoim myśleniem.

Jak to przystępnie autor napisał:

„Bóg przewidział, że jeśli dałby nam wyłącznie zdolność myślenia, to w sytuacjach kryzysowych, w których prawda o sobie samym niepokoi danego człowieka, używalibyśmy umysłu jedynie po to, by uciekać od prawdy o sobie i by nałogowo samych siebie oszukiwać. Bóg zna nas na wylot i dlatego dał nam emocje, które pełnią w nas i w naszym życiu jakże potrzebną i czasem ratującą nas przed klęską rolę drugiego obiegu informacji.”

I fragment, przy którym dałam trzy wykrzykniki:

„Emocje nie dość, że mówią mi prawdę (także wtedy, gdy w myśleniu od niej uciekam), to jeszcze mobilizują mnie, bym z tej prawdy zrobić roztropny użytek”.

To jest hit. Skoro ta emocja do mnie gada, to ja nie powinnam jej ignorować, szczególnie jeśli to jest TRUDNA/bolesna emocja. Tylko najlepiej zatrzymać się, nadstawić wewnętrznego ucha i zidentyfikować co też ona tam chce mi przekazać.

Perełki

W książce mam sporo fragmentów, które podkreślałam, zakreślałam, łączyłam klamrą lub stawiałam przy nich wykrzykniki. Oto kilka z nich.

„Gdy ktoś nas niesłusznie atakuje, to człowiek dojrzały emocjonalnie reaguje wtedy spokojem i nie traci pogody ducha”.

Aha, mhm, tia, już to widzę u siebie. Tzn. ja sobie siebie taką potrafię wyobrazić 😁 , ale kiedy próbuję przypomnieć sobie jakiś moment, kiedy na niesłuszny bądź też słuszny atak zachowałam spokój i pogodę ducha… Kurczę blade. Niedobrze, niedobrze.

Kolejna perełka, która mnie zatkała:

„Mogę zmieniać siebie na tyle, na ile siebie pokocham. To miłość, a nie złość nas przemienia”.

No i weź dyskutuj się z tym.

Ks. Dziewiecki też nieraz przywołuje takie stwierdzenie, że żeby wyleczyć bolesną przeszłość, w pierwszej kolejności trzeba zadbać o radosną teraźniejszość.

Co to jest ta radosna teraźniejszość? – tak sobie myślę.

Czytam dalej i zaczynam tak to sobie układać w głowie: radosna teraźniejszość to nie jest stawianie na częste , chwilowe przyjemności, ale jest to życie poukładane w różnych sferach. No i tak w pierwszej kolejności to powinno być poukładana sfera relacji z Panem Bogiem, potem poukładana sfera relacji z najbliższymi, potem poukładana kwestia pracy itd. itd. I jak o te ważne dla nas aspekty życiowe będziemy dbać, będziemy je pielęgnować, to osiągniemy tę prawdziwą radość, nie chwilową, tylko taką radość na poważnie 😊 I to dopiero jest punkt wyjścia do zajęcia się bolesną przeszłością.

Przyczyny, przyczyny, przyczyny

Ostatnia i chyba dla mnie najważniejsza rzecz. Tak, zdecydowanie grand finale, gwóźdź programu i crème de la crème. To jest dla mnie absolutnie niesamowite, że tak często autor wraca do tej (jak się okazuje) prawdy, że jeśli doświadczamy bolesnych emocji, to trzeba znaleźć co za tym stoi. Trzeba znaleźć jej przyczynę.

Japierdziu. Wiecie, to jest dla mnie mind-blowing. To jest dla mnie zupełnie nowe spojrzenie na moją emocjonalność. Być może większość z Was robi właśnie facepalm i myśli sobie „Benia…no weź…serio?”, ale wiecie co? Ja przez całą moją świadomą dorosłość, kiedy doświadczałam bolesnych emocji to zadawałam sobie (i innym) pytanie JAK ja mam te emocje bezpiecznie z siebie uwalniać? Rzucać talerzami? Walić pięścią w ścianę? Tupać nogami? A może coś innego: „jestem oazą spokoju” i słuchanie muzyki relaksacyjnej zaraz po sprzeczce z mężem? Kurka wodna! A tutaj mi ksiądz mówi, że kobito, weź się w pierwszej kolejności zastanów co one do Ciebie mówią, te emocje Twoje. Co jest przyczyną tego, że one w ogóle się pojawiły? Dlaczego Cię denerwuje to, co Cię denerwuje? Skąd się bierze to uczucie irytacji? Frustracji?

Ja nie mogę! Wiecie, ja mam kilka zalążków odpowiedzi na te pytania, ale dla mnie to jest w dużej mierze niezbadany ląd! Ja się, moi Drodzy, pakuję i ruszam w podróż poznania siebie.

„Człowiek dojrzały emocjonalnie nie tylko wie, co przeżywa, ale też rozumie, że te bolesne przeżycia nie biorą się znikąd. (…) One są jedynie sygnałem problemu. Dobrze, że taki sygnał się pojawia, bo wtedy możemy lepiej zrozumieć naszą obecną sytuację życiową”.

Zdumiewające!

A Wy jakie macie zdanie o emocjach? Czy z natury jesteście „oazami spokoju”? 🌴

Kategorie
Recenzje

A star is born

Czeeeść! Miło Cię tu znów zobaczyć 😊 cieszę się, że tu zaglądasz!

Izolacja trwa i wiele osób chwyta za książkę (oczywiście po to, żeby czytać, a nie rzucać we frustrującego domownika, z którym nie da się wytrzymać na home-office’ie). Ty też? 😊

Ja czasami mam taką tendencję, że nabywam książki pod wpływem impulsu 😜. Widzę (ach!), czytam o czym jest (ach!) i biorę! (No dobra, potem jak przeglądam koszyk i przeliczam fundusze to poświęcam chwilę na namysł. Ale tylko chwilę 😉). I tak oto zostałam właścicielką książki o Esterze.

Powiem Wam całkowicie szczerze, że uwielbiam wydawnictwo RTCK, uwielbiam o.Adama Szustaka (OP), ale kurka wodna, nie wiem do końca po co kupiłam tę książkę.

W sensie, serio? O pięknie kobiety?

Ileż można???

Wiecie, ja mam jakąś taką łaskę (i nie chcę, żeby to brzmiało jakoś pysznie czy coś), że jakiś czas temu (2-3 lata temu?) po prostu zaakceptowałam to jak wyglądam. Nie mam pojęcia jak to zrobiłam, więc ten taki spokój, który od tamtej pory czuję w środku, w Beni, to wierzę, że od Boga pochodzi. Uznałam, że Pan Bóg po prostu stworzył nas w różnych kształtach i kolorach. Jedni są okrąglejsi, inny szczuplejsi. Jedni mają nieco grubsze łydki, inni mają nieco szersze ramiona I TO JEST OK. Mamy różne kształty, jesteśmy „jabłkami”, „gruszkami”, „klepsydrami” i np. tak jak ja „kręgielkami” (bardzo mi pasuje to porównanie mojej sylwetki do kręgielka, a czytałam o nim jeszcze za czasów studiów, wertując w Empiku książkę Trinny i Susannah „Księga kobiecych sylwetek”. Patrząc teraz na okładkę tej książki, przekonuję się, że to naprawdę musiało być bardzo dawno 😫). Inaczej byłoby strasznie nudno!

I teraz uwaga: to jest OK, pod warunkiem, że się NIE ZAPUSZCZAMY. To nie jest tak, że wszystko mi wolno i Panu Bogu wszystko jedno, bo moim zdaniem chodzi o to, żeby NIE ZAPUSZCZAĆ swojego ciała. Czyli? Nihil novi: starać się zdrowo jeść i uprawiać jakąś aktywność fizyczną. „Ale banał…”. Niby banał, ale that’s it! I nie myślcie sobie, że JA myślę sobie, że to takie proste 😜 wieeeeeem jakie to trudne! U mnie najbardziej z tą aktywnością fizyczną. Ale zdecydowałam, że taką filozofię obieram: nie zapuszczać swojego ciała, po prostu o nie dbać jak o przyjaciela, powiem więcej, jak o świątynię Ducha Świętego (!!) i jak o coś, co Pan Bóg stworzył, UTKAŁ, z ogromną, ogromną miłością.

W zaakceptowaniu swojego ciała pomógł mi też bardzo Psalm 139, którego poniższy fragment wisi u mnie, zapisany na kartce, w łazience koło lustra.

Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie,
godne podziwu są Twoje dzieła.
I dobrze znasz moją duszę.

Jeśli się nie mylę, kiedyś na Urzekającej było właśnie takie zadanie dla dziewczyn do zrobienia. No. Więc (⬅ I know) jak sobie stoję przed lustrem, to czytam ten fragment na głos od czasu do czasu i się do siebie uśmiecham, i jestem wdzięczna za swoje ciało. Nawet kiedy nie mam makijażu! 😂

I oczywiście, opisałam tutaj tylko kwestię piękna zewnętrznego, a przecież jest jeszcze o wiele, wieeeele ważniejsze i nieprzemijające piękno wewnętrzne, ale takie miałam po prostu skojarzenie i tak się moje myśli potoczyły.

Ale co ja miałam……………aha!! Książka!! 😁

Żeby nie było, książka nie jest tylko o fizycznym pięknie kobiety; w znacznie, znacznie większej mierze jest o tym innym, nie-fizycznym pięknie. W ogóle jak ją czytałam to miałam jakieś deja vu. Czy ja kiedyś już słuchałam konferencji o Esterze? A może Szustak w innych konferencjach przekazywał podobne myśli co przez pół tej książki? Szczerze, nie mam pojęcia. Gdzieś coś dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele. No, bo tak: omówienie historii stworzenia Ewy i zasadę przyjmowania komplementów – pamiętam ✅, odrzucenie tego co świat uznaje za piękne i uznanie tego piękna, które widzi w nas nasz Bóg, Stworzyciel, Tato – pamiętam ✅, odrzucenie takiej myśli (i postawy!), że uznanie/aprobata ze strony mężczyzny jest mi potrzebna do szczęścia – też pamiętam ✅. Kurka wodna! No, deja vu jak bum cyk-cyk.

NATOMIAST.

(Teraz nastąpi ta część recenzji, w której powiem Wam co w ten czy inny sposób do mnie przemówiło.)

Po pierwsze primo, hasło: pszczoła.

O.Adam porównuje Esterę do pszczoły (skracam bardzo jego tok myślowy). A jaka jest pszczoła?

„Cały  czas gdzieś lata, czegoś szuka, gdzieś tam bzyczy itd. Jestem przekonany, że ta właściwość zachowania pszczoły jest właśnie jedną z cech dobroci kobiecej. (…) Prawdziwa kobieta jest nieustannie w ruchu. I nie chodzi mi oczywiście o zachowania nerwicowe. Prawdziwa kobieta nieustannie wszystko ogarnia, skacze z kwiatka na kwiatek, by zrobić jak najwięcej.”

Nie chodzi tu oczywiście o przeskakiwanie ze związku w kolejny związek, ale o „stan życiowego, nieustannego poruszania się”.

Skądś to znam! 😂 Bo ja też rzadko usiedzę na miejscu.

I jeszcze podoba mi się jak pisze:

„Kobieta jest jak pszczoła. (…) To istny ruch, energia, która trwa cały czas”.

I wiecie, nie chodzi tutaj o jakieś spektakularne rzeczy, ale bardzo przyziemne DOBRO: ogarnianie rodziny, pomoc sąsiadce, telefon do koleżanki, która być może ma jakiś ciężki czas… Pamiętanie o wysłaniu życzeń urodzinowych, kupowanie prezentów dla najbliższych, zadbanie o to, żeby nie iść z pustymi rękami w odwiedziny do kogoś… Facet – typowy, bo oczywiście są wyjątki – raczej o takich rzeczach nie będzie pamiętał, a my – mam na myśli typowe kobiety – mamy to jakoś w naturze. Nie sądzicie?

I jakoś tak czuję, że to porównanie do pszczoły mi pasuje. Pod warunkiem oczywiście, że – w przeciwieństwie do mnie 😂 – taka pracowita pszczoła nie weźmie za dużo na głowę i nie będzie trzymała dziesięciu srok za ogon 🙄. Chodzi o takie chętne, naturalne, dbanie o innych, robienie dobra. I niezaprzestanie robienia go jak już dzieci wyjdą z domu i zrobi się w życiu mniejszy „ruch” (mam tu na myśli taki rodzinny traffic). Nie. Mamy dalej być w ruchu, dalej działać , dalej rozprzestrzeniać to dobro. Me gusta.

Po drugie primo: gracja.

Jakoś ten temat gracji wywołał we mnie falę różnorakich uczuć, od zdziwienia po oburzenie i jakieś takie uczucie, które można wyrazić gestem wzruszenia ramionami (ale nie chodzi mi tu o obojętność, raczej coś bliżej rezygnacji? Zaakceptowania czegoś?).

O.Adam o gracji pisze tak: „Gracja w kobiecie to coś, co ma w sobie trochę z wyglądu, trochę ze sposobu poruszania się i trochę ze sposobu bycia.” Pisze też, że wśród kobiet, które on zna dużo częściej taką pewną grację spotyka się u pań po 50-tce, czy 60-tce. I dalej:

„gdy spotykam takie kobiety czuję się przy nich po prostu jak wieśniak w gumowcach, który właśnie wyszedł z obory, z gnojem na grabiach” i że mężczyzna przy takiej kobiecie „po prostu jest zaszczycony jej obecnością”.

Czytam to i sobie myślę: „kurka wodna! Coś czuję, że ja chyba nigdy nie będę miała w sobie TAKIEJ gracji!”. Jak czytam ten opis Szustaka, to mi się momentalnie gracja kojarzy z DAMĄ. A ja? Popatrzmy na mnie dzisiaj. „Trochę z wyglądu”: białe trampki, jeansy i biały t-shirt ze sloganem. Okulary słoneczne, srebrna, metaliczna kurtka – ❌. „Trochę ze sposobu poruszania się”: no, w płaskich trampkach trudno kołysać biodrami, ale przynajmniej chodzę w nich pewnie 😂 – ❌. „Trochę ze sposobu bycia”: Potrafię być złośliwa, pyskować do męża i wybuchać, kiedy się we mnie zagotuje i jestem akurat zmęczona – ❌. Oj, słabo to wygląda, Beniu. Chyba nie będzie z Ciebie żadna dama. No właśnie. Ale daję sobie takie dwie opcje: albo znajdę w sobie jakieś inne oblicze gracji albo będę siebie bacznie obserwowała po 50tce. I jeszcze baczniej będę obserwowała czy panowie są zaszczyceni moją obecnością. Ha!

Po trzecie i ostatnie primo: karty pracy.

To dodatek do książki. Kurka woda, jak mnie się to podoba, że coś takiego istnieje!

Karty pracy to świetny sposób na autentyczne i bez ściemy wdrożenie do swojego życia codziennego tych wszystkich myśli i wartości przekazanych w książce. Bo wiadomo jak jest, można przeczytać i odłożyć na półkę, a można nie tylko wziąć coś sobie do serca, ale też realnie coś dobrego zdziałać.

Kart jest 20 i są pięknie wydane, i pięknie zapakowane. Zadania na kartach podzielone są na kategorie: modlitwa, decyzja i działanie. Zaczęłam je robić oczywiście dopiero po przeczytaniu książki i robię je powolutku, ale każdym zadaniem jestem zachwycona. Są rzeczy do zrobienia dla siebie, dla kogoś i dla Boga. Mega. No i zadania z tych kart zbliżają nas do bycia takimi jak królowa Estera z Pisma Świętego.

Wiecie, tak sobie scrolluję i przeglądam to co tu napisałam… bo chciałam zakończyć tę recenzję określeniem dla kogo ta książka w ogóle jest? Kto jest grupą docelową? Bo początkowo miałam taką myśl, że nie do wszystkich kobiet ona jest skierowana. Do tych z kompleksami? Do studentek? Do młodych mężatek? Do singielek? Ale im bardziej dumam nad pszczołą i nad gracją, i jak przeglądam sobie te karty pracy, to myślę sobie, że ten krąg jest o wiele szerszy niż mi się z początku wydawało, i że każda kobieta nad JAKIMŚ (z wielu) aspektów piękna pewnie powinna popracować. Piękna = dobra.

Panowie, może się wypowiecie? Jaka (nie „która” 😉) kobieta Wam imponuje?

Dziewczyny, no i jak z tym pięknem jest u Was? Kiedy czujecie się piękne?