Kategorie
Recenzje

Recenzja książki „Niepłodność. Podpowiedzi dla katolickiego małżeństwa”.

Heeeeeej mój Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko! 😊

Nooo, nareszcie tutaj we Wro dało się odczuć to przyjemniejsze oblicze jesieni – słońce, liście chrzęszczące pod stopami, robienie korali z jarzębiny… także tak, u mnie całkiem przyjemnie było w ten weekend.

A jak u Ciebie? 😊 Jesień taka 👍 czy taka 👎?

Poooza tym… jak dawno tu nie było żadnej recenzji! 😱 Możeś zdążył(a) pomyśleć, że zapomniałam jak się czyta! Nic z tych rzeczy! Wracam do gry 😉

Wiesz co, bardzo chcę Ci opowiedzieć o tej książce.

Długo się zastanawiałam jak ubrać w słowa te wszystkie myśli i uczucia na jej temat, które w sobie mam i czuję.

Zacznę tak po prostu:

Jestem pod wrażeniem tej książki!

Moi drodzy, temat niepłodności jest NIEZWYKLE bolesny i być może nawet nie wiecie, że ktoś z Waszych znajomych, rodziny, sąsiadów właśnie wylewa łzy z powodu tego, że nie mogą począć dziecka. Wylewa łzy? Mało powiedziane. Pragnienie dziecka, TAKIE naturalne i wpisane w ludzką naturę przez naszego dobrego Boga, może być TAKIE silne, TAKIE wszechobecne i TAKIE wykręcające wnętrzności i łamiące serce, że może nawet sobie nie zdajecie z tego sprawy. Ja wiem. Ja i mój mąż 8 lat temu rozpoczęliśmy staranie się o dziecko i…ten stan trwa nadal.

Ale ponieważ chcę się skupić tutaj na opowiadaniu o książce, historię naszej drogi do rodzicielstwa opiszę kiedy indziej.

Książka „Niepłodność. Podpowiedzi dla katolickiego małżeństwa” autorstwa Jean Dimech-Juchniewicz daje MNÓSTWO nadziei.

Jeśli jesteś osobą, którą interesuje temat niepłodności, opowiem Ci o 3 rzeczach, dla których warto po tę pozycję sięgnąć.

Po pierwsze primo, autorka zabiera nas w podróż po całym tym emocjonalnym rollercoasterze, który  towarzyszy niepłodnym parom w czasie starania się o dziecko. Przejeżdżamy przez kolejne zakręty: szok, niedowierzanie, gniew, smutek, zazdrość, poczucie winy… Cała masa tych emocji i każdemu z nich towarzyszą przykłady sytuacji z historii Jean i jej męża. I co ważne: każde takie uczucie jest nazwane, AKCEPTOWANE i przytulane.

Słuchaj, emocje są moralnie obojętne. To, że odczuwasz zazdrość na widok kolejnej uśmiechniętej mamy nachylającej się do swojego dziecka w wózeczku…to jest CAŁKOWICIE normalne i nie masz się biczować z tego powodu, że CZUJESZ zazdrość. I’ve been there… dokładnie wiedziałam, o czym Jean pisze – pamiętam moją gotującą się zazdrość i następującą po niej rozpacz, za każdym razem, kiedy na moich oczach po osiedlu krążyły mamy z wózkami dziecięcymi… I Jean opisuje te uczucia, te sytuacje – po to, żeby pomóc Ci je zidentyfikować u siebie (jeśli są), nazwać i zaakceptować.

Po drugie primo, autorka WSPANIALE tłumaczy BARDZO TRUDNE sprawy. Na przykład katolickie zasady moralne. Co wolno, a czego nie wolno w procesie starania się o dziecko – i DLACZEGO. I nie jest to powiedziane w sposób zimny i bezduszny, albo autorytatywny – WRĘCZ PRZECIWNIE. Z każdego słowa Jean bije TAKA MIŁOŚĆ BLIŹNIEGO, SZACUNEK i AKCEPTACJA dla nas, naszych uczuć i naszej historii, dla momentu życiowego, w którym jesteśmy, ŻE GŁOWA MAŁA. Tak może pisać TYLKO osoba, która doświadczyła niepłodności na własnej skórze.

Nie żebym była koneserką ciężkostrawnych dokumentów Kościoła, ALE to JAK Jean wyjaśnia katolicką bioetykę POWALA NA KOLANA. I chociaż osobom, które aktualnie są in medias res tego ogromnego trudu leczenia niepłodności może się wydawać NIEMOŻLIWIE trudne trzymanie się tych zasad, autorka pisze to z TAKĄ delikatnością, a jednocześnie pewnością – jakby dawała znać „WIEM, że to jest szalenie trudne. Jestem w tym z Wami”. Ogromnie sobie cenię to jej podejście.

I po trzecie primo, z tą książką się pracuje. Na koniec każdego rozdziału są pytania do refleksji. I powiedzmy, że to mnie tak do końca nie zdziwiło.

ALE.

Poza pytaniami do refleksji dla osób niepłodnych, są jeszcze fragmenty przeznaczone dla rodziny i przyjaciół tych osób. I to jest totalny SZTOS.

Niepłodna para często czuje się jak samotna wyspa. A ludzie wokół (rodzina, znajomi, sąsiedzi, współpracownicy) czasem nie wiedzą jak się zachować. Niesamowite jest to, że Jean w ogóle wpadła na to, żeby nakierować tych ludzi z otoczenia, podpowiedzieć (nawet wprost) co mówić, a czego nie mówić, bo niepłodna para poczuje się tak i tak. Fragmenty te nie są „złotymi radami” specjalisty, kogoś kto czuje się lepszy, bo jest „wtajemniczony”. Nie. Są to pełne miłości zdania, które uświadamiają najbliższych przez co przechodzi para borykająca się z niepłodnością i w jaki sposób można im pomóc, jeśli w ogóle. Jasne, że każdy może inaczej dany aspekt przeżywać, ale te generalne wskazówki mogą się okazać dla rodziny/przyjaciół na wagę złota.

Wiecie, chociaż jest tak, że ja się już do mojej/naszej niepłodności przyzwyczaiłam i nauczyłam się z nią żyć, to napotykałam tu fragmenty, przy których miałam ochotę się rozryczeć. I nawet nie chodziło o to, że przypominałam sobie moje doświadczenie. Miałam łzy w oczach kiedy czytałam statystyki.

Nawet teraz, jak o tym piszę. 💔

Jest nas tak wiele…

Tak wiele z nas chociaż pragnie tego z całego serca, z jakiegoś powodu nie może począć dziecka. Co szósta para doświadcza niepłodności. 💔

Tyle dzieci jest zabijanych, że serce pęka. Tyle dzieci czeka na adopcję.

Rozwalił mnie ten fragment:

Gdy ogłosiłam w swej parafii, że zakładamy nowe duszpasterstwo z małżeństwami zmagającymi się z niepłodnością, kilka par po sześćdziesiątce i siedemdziesiątce podeszło do mnie po mszy. Ze łzami w oczach powiedzieli mi, że żałują, iż nie było takiego duszpasterstwa dla nich, gdy sami przechodzili przez niepłodność.

Czekajcie, gdzie są moje chusteczki…? 😭

Ech, moi drodzy, polecam. Polecam.

A może są wśród Was tacy, którzy już tę książkę przeczytali? Co o niej myślicie? Dajcie znać w komentarzach.

I wiecie, gdybyście chcieli pogadać o niepłodności…jeśli potrzebujecie rozmowy, może modlitwy w intencji poczęcia dziecka – dajcie znać: bernadetta.franek[at]gmail.com 🙏.

Kategorie
Rozkminy

Czy wspólnota jest do zbawienia koniecznie potrzebna?

Witaj Drogi Czytelniku i Droga Czytelniczko!

Jak leci? What you’re up to lately?

Jesteś typem (typką? 😂), który cieszy się jesienią, czy tęskni za inną porą roku? Na przykład tą najcieplejszą ze wszystkich? 😅 Ja, przyznaję się bez bicia, jestem wierną fanką lata, ale tą słoneczną, bezdeszczową jesień…jakoś zniosę 😅 za tą deszczową nie przepadam.

Wiesz co! Ostatnio mocno chodził za mną temat wspólnoty. Kurrrrrka wodna, tak mocno! Myślę, że to wszystko zasługa tego, że zachwyciłam się ostatnio dokumentami wspólnoty Equipes Notre-Dame, w której jesteśmy z mężem. Ech! Jak to jest wszystko bosko przemyślane!

I potem zaczęłam tak sobie dumać, że w sumie przecież mnóstwo ludzi nie jest w żadnej wspólnocie…i że nie wiedzą, co tracą! 😂 Moim zdaniem, of course.

Stwierdziłam, że ja w takim razie zbiorę w listę kilka powodów, dla których WARTO być we wspólnocie. I mam tu na myśli we wspólnocie katolickiej, której na celu jest duchowy wzrost, zbliżenie się do Boga, (uwaga, nie przestrasz się) ŚWIĘTOŚĆ. Jasne, nie znam WSZYYYYSTKICH wspólnot na świecie, ale zdecydowałam, że i tak spiszę te powody 😂 Będę je pisała z perspektywy przynależności do Ruchu Duchowości Małżeńskiej Equipes Notre-Dame, która jest (jak to mój mąż nazywa) starszą siostrą Domowego Kościoła.

Myślę, że kiedy indziej opowiem w większych szczegółach o Equipes Notre-Dame (Ekipach/ENDzie), bo to długa historia, której chyba nie umiem opowiedzieć w pigułce 😅 i skupię się może na tym na czym powinnam w tym tekście 😂, a mianowicie, PO CO nam wspólnota.

7 powodów dlaczego warto być we wspólnocie*

(* pisząc te powody w sposób szczególny myślę o Equipes Notre Dame i Domowym Kościele – bo takie mam doświadczenie)

1) Gotowe narzędzia pracy

No to tak. We wspólnocie nie wyważasz otwartych drzwi. Mają tam gotowe, wypróbowane przez lata narzędzia, które rozwijają Cię duchowo i zbliżają do Boga. I najczęściej nie jest to ABSOLUTNIE nic nowego, nic kosmicznego: np. codzienna modlitwa, regularne czytanie Pisma Świętego, a we wspólnotach małżeńskich comiesięczny Dialog z małżonkiem. ALE, są to narzędzia dobrze ustrukturyzowane. Ja, gdyby nie END, dalej nie czytałabym Pisma Świętego. No way. Jakoś nie miałam takiego nawyku, ani w ogóle takiego doświadczenia regularnego czytania Biblii. Teraz, jeśli nie przeczytam, to czuję, że mój dzień jest niepełny.

2) Większa motywacja do pracy nad sobą

To ciutkę taka psychologia tłumu. Jak już masz te narzędzia i jest czas na spotkanie wspólnoty, to jest też czas na podsumowanie miesiąca: jak Ci poszło realizowanie tych postanowień? I to nie chodzi o to, że „uwaga, uwaga, teraz następuje sprawozdanie i ci, którym udało się posunąć do przodu w rozwoju duchowym otrzymują wieniec zwycięstwa, a ci, którym nie udało się, lądują pod pręgierz i dostają baty: hadzia! Hadzia!”. No, nie. Owszem podsumowujemy naszą miesięczną pracę. Ale to, że widzimy się co miesiąc na spotkaniach działa po prostu motywująco. Jeśli w zeszłym miesiącu nasza modlitwa małżeńska leżała i kwiczała, to w tym miesiącu chcemy ją podnieść z tej podłogi, otrzepać z kurzu, obmyślić realistyczny plan i podjąć ten wysiłek, żeby ona była.

3) Miłość braterska

To jest w ogóle rewelka. Czy to jesteś we wspólnocie solo czy w małżeństwie możesz praktykować miłość braterską, miłość bliźniego. I też, żeby trochę zdjąć tej pompatyczności z tego wyrażenia, CHODZI PO PROSTU O TO, że pomagasz. Ja to sobie wyobrażam WRĘCZ następująco: ludzie ze wspólnoty popilnują Ci dzieci, pomogą w przeprowadzce, zawiozą na porodówkę, kiedy mąż w delegacji, no i oczywiście POMODLĄ się w Twojej intencji. Zawsze.

4) Nie jesteś(cie) samotną wyspą

Prościej się nie da: RAZEM RAŹNIEJ. Czasem potrzebuję być po prostu wysłuchana. Czasem, jak JA wysłucham kogoś, to się mega zainspiruję jego sposobem np. na ogarnięcie modlitwy z dziećmi. Słuchamy o swoich wzlotach i upadkach. Bo nie ma co mydlić sobie oczu, chrześcijaństwo trudne jest. A chrześcijaństwo + rodzicielstwo to ostra jazda bez trzymanki 😜. Będąc razem, wzrastając razem, pokonując kolejne kroki w rozwoju duchowym razem…to jest naprawdę mega pokrzepiające.

5) Jedność w różnorodności

To też nie jest tak, że każda wspólnota, ekipa, krąg jest tworem monolitycznym. Jakież by to było NUDNE! Tak naprawdę, po pierwsze primo, jesteśmy na różnych etapach rozwoju duchowego. Po drugie primo, mamy różne doświadczenie życiowe. Przeszliśmy przez różne sytuacje, które w jakiś sposób nas ukształtowały. Wreszcie, mamy różne charaktery – i różne spojrzenia na dany temat. I tą różnorodnością też się dzielimy i siebie nawzajem ubogacamy.

6) Okazja do dawania i brania

Umówmy się: jest czas, że jesteśmy na haju duchowym (czyt. relacja z Panem Bogiem jest mega bliska) i dzielimy się tą radością i podrzucamy książki o rozwoju duchowym, i przesyłamy ludziom cytaty z Pisma Świętego i jest zachwyt i och i ach, i angażujemy się w posługi i służymy i w ogóle. SZAŁ. Albo dostaliśmy podwyżkę, albo premię i w związku z tym czujemy, że możemy sobie pozwolić na hojność materialną. A czasem jest przeciwnie: jesteśmy w dołku. No, lipa TO-TAL-NA: tekst na spotkanie nieprzeczytany, modlitwa szwankuje, zapomnieliśmy o regule życia (postanowieniu pracy nad sobą), normalnie wstyd i hańba. Nie wyrabiamy się z niczym, dzieci włażą na głowę i ciężko się duchowo rozwijać. To. Jest. OK. Jest czas dawania i czas brania – i we wspólnocie uczymy się jednego i drugiego.

7) Opieka kapłana

Pamiętam jak mama mi opowiadała, że jak byłam mała (i wcześniej) księża w naszym domu byli nierzadkimi gośćmi. Rodzice byli w Domowym Kościele i zwyczajnie zapraszali na kawę, herbatę, ciasto. Myślę sobie, że taka – jak to nazwać, żeby w dzisiejszych czasach nie zabrzmiało to źle? – relacja z kapłanem to coś mega fajnego. Patrząc z perspektywy ekipy: mamy księdza – doradcę duchowego, który jest na każdym spotkaniu, żeby nam towarzyszyć, czerpać z naszego doświadczenia i również nami się opiekować. Można do niego zadzwonić i pogadać, poradzić się i zawsze możemy liczyć na jego modlitwę. Simply awesome.

Czy zatem wspólnota jest do zbawienia koniecznie potrzebna? Oczywiście, że NIE!

(Jeśli zauważyłeś/zauważyłaś nawiązanie w tym tytule do sześciu prawd wiary (ha! Czasy podstawówki 😁), to punkt dla Ciebie 😉. „ŁASKA Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna”. Nie wspólnota).

Część z tych rzeczy może mieć miejsce i poza wspólnotą. I niektórzy z nas mogą się megafajnie rozwijać i bez wspólnoty. Having said that 😉 ja się cieszę, że jesteśmy w ekipach. Wiem, że gdyby nie to, to my osobiście zatrzymalibyśmy się z formacją i rozwojem duchowym na czasach duszpasterstwa akademickiego. A tak, to i służyć możemy i czerpać pełnymi garściami.

Amen!

A czy ktoś z Was jest w jakiejś wspólnocie? Jeśli tak, to jakiej? Dopisalibyście coś do listy? Dajcie znać w komentarzach 😊

Kategorie
Rozkminy

13 pomysłów na randkę w czasie koronawirusa

Hej mój miły czytelniku i miła czytelniczko!

Jakże się cieszę, że tu jesteś! 😊

Dyżurne pytanie, ale jakie ważne i ciągle na czasie: jak się czujesz w czasie izolacji? Napisz w komentarzu!

Ja mam takie podejście, że za każdym razem kurczowo trzymam się kolejnej daty, która – być może – zwiastuje otwarcie żłobków i przedszkoli 😂 Powiem Ci, że jak pracuje się na etacie z domu i jednocześnie opiekuje dwójką dzieci – łatwo nie jest. Dlatego co poniedziałek sobie powtarzam „Byle do weekendu 😂 Panie Jezu, damy radę. Byle do weekendu”.

Anyways, ostatnio u nas w domu, w czasie #zostańwdomu jakimś takim aktywnym tematem jest sprawa randkowania.

Nie wiem jak Wy macie, w swoich związkach, ale u nas w małżeństwie jest tak, że to JA jestem (stety-niestety) tą osobą, która naciska na randki. JA ICH POTRZEBUJĘ do życia. Wczoraj to tłumaczyłam po raz n-ty mojemu mężowi 😂 : tak jak moje drzewko cytrynowe na balkonie potrzebuje wody, tak ja potrzebuję randek. I tak jak NIE POWIEM drzewku cytrynowemu: „ej, weź przestań, przecież podlewałam Cię wczoraj/tydzień/miesiąc temu”, tak samo u mnie – jak jest potrzeba, to jest potrzeba! To jest akurat mój język miłości („dobry czas”, ex aequo z „drobnymi przysługami”). W ten sposób ja czuję się kochana i zadbana.

No a jak randkować w czasie pandemii? A może w ogóle pandemia nas zwalnia z tego (dla niektórych) obowiązku, (dla innych) oczekiwania, (a dla części) przyjemności?

ABSOLUTNIE NIE.

Słuchajcie, być może jesteście w fazie związku, w której macie motylki w brzuchu, być może jesteście świeżo po ślubie, a może jesteście już rodzicami – uważam, że o wspólny czas, który NIE POLEGA na scrollowaniu obok siebie, ANI NAWET na czytaniu książek obok siebie (chociaż może niektórym to wystarcza) WARTO zawalczyć!

Panowie, mam kilka prostych propozycji dla Was, naprawdę niewymagających ogromnych przygotowań.

Panie, możecie podsunąć któryś z tych pomysłów swojemu chłopakowi/mężowi.

Propozycje są pisane z perspektywy mamy dwójki dzieci i żony od 9 lat – pewnie będzie to widać w tekście 😉

Matko, jak zwykle musi się wygadać (w sensie ja) zanim dojdzie do sedna. Idę, już idę!

13 pomysłów na nieskomplikowane randki w czasie pandemii

Wariant OUTDOORS – kiedy dzieci (jeszcze) nie ma lub jest dla nich zorganizowana opieka:

  1. Poobserwujcie razem gwiazdy.

Ubierzcie się ciepło, zróbcie herbatę (lub coś mocniejszego 😉) do termosu, spakujcie koc lub karimatę i jedźcie/przejdźcie się do lasu/za miasto, z dala od miejskiego światła i po prostu gapcie się w niebo. Jest się czym zachwycać.

2. Wybierzcie się na piknik.

A co zabrać na taki piknik? O mamo, don’t get me started! Uwielbiam takie wypady. Krótka lista na szybko i bez konieczności długiego przygotowywania w domu: SERY (np. camembert, lazur, cheddar i edamski), oliwki, hummus, grissini, salami, kabanosy i wino (lub sok)… popłynęłam? Kurka wodna, wystarczą nawet kanapki i ulubiona herbata do termosu!

3. Przejedźcie się rowerami w ulubione miejsce.

Może to być miejsce jednej z Waszych pierwszych randek; takie, które lubicie odwiedzać albo zupełnie dla Was nowe. W czasie jazdy możliwe, że za dużo nie pogadacie, więc zadbajcie o to, żeby spędzić jednak trochę czasu w miejscu docelowym na rozmowie.

4. Idźcie na spacer na łonie natury. Tylko we dwójkę.

Do lasu, do parku, na wały – gdziekolwiek. Bez nerwowego obserwowania czy dzieci się nie zgubiły lub co tym razem chcą zabrać do domu (nie wrócicie ze „skarbami” pod postacią sterty patyków i góry kamieni – jakkolwiek to jest urocze 😁). W otoczeniu natury odpoczywa umysł i serce. Tak to jakoś pięknie Pan Bóg wymyślił ❤

Wariant INDOORS – czyli w zaciszu domowym i/lub kiedy dzieci pójdą spać:

5. Zamówcie sobie sushi z dowozem i zróbcie kolację przy świecach.

Banalnie brzmi? Dobra przyznaję się, ja na to ostatnio choruję 😂 Podsunęłam ten pomysł mężowi i czekam co będzie dalej 😂

6. Ugotujcie coś razem z nieznanej dla Was kuchni.

Może jest jeszcze jakiś zakątek świata, którego nie „smakowaliście”, albo ledwo co liznęliście. Ja np. prawie w ogóle nie znam kuchni tajskiej, a nawet z mojej kochanej kuchni włoskiej nigdy nie jadłam karczocha 🤔 coś do nadrobienia!

7. Obejrzyjcie wspólne zdjęcia z czasów przed dziećmi

Warto. I dla wspomnień i dla romantyzmu, i dla śmiechu.

8. Usiądźcie razem przy herbacie (lub drinku) i zróbcie listę rzeczy, które zrobicie po zniesieniu izolacji.

Miejsca, które odwiedzicie, znajomych, których zaprosicie… Może też będzie to dobry czas na zaplanowanie wakacji w dwóch wersjach – „na bogato” 😂 czyli jeśli będzie można gdzieś dalej wyjechać i „też będzie dobrze” jeśli będzie można wyjechać tylko gdzieś blisko.

9. Zorganizujcie sobie wieczór SPA.

A co! Nastawcie relaksującą muzykę, załóżcie szlafroki (może dla niektórych to będzie wyciąganie nieużywanych prezentów ślubnych…po latach :D), zapalcie świece i zróbcie sobie nawzajem masaż. Polecam playlistę „Relaxing Massage” na Spotyfy’u.

10. Pójdźcie do muzeum. Na wirtualny spacer.

Tutaj macie listę takowych, które mają zwiedzanie online w ofercie. Super sprawa.

11. Obejrzyjcie zaległe filmy na Netflixie lub znajdźcie nowy serial do wspólnego oglądania.

Znajomi z pracy mówią, że „Dom z papieru” jest niezły. Widział ktoś? Polecacie?

12. Tańce na parkiecie salonowym.

Ludzie, naprawdę nie trzeba być dancing queen (or king 🕺), żeby trochę się w parze pobujać. A ileż endorfin! Wybierzcie wcześniej piosenki, mogą być aktualnie Wasze ulubione, niegdyś ulubione, albo takie, które leciały na Waszym weselu i idźcie w tany. Powygłupiajcie się. Naprawdę nikt nie będzie się gapił.

13. Odszukajcie swoje materiały/notatki z kursu przedmałżeńskiego i przeczytajcie je sobie wspólnie po latach.

To jest HIT 😁 Wspomniała kiedyś o tym moja koleżanka ze wspólnoty małżeńskiej i pomyślałam, że to świetny pomysł. Może macie takie notatki? W naszych pojawiały się odpowiedzi na pytania w stylu „co najbardziej w Tobie cenię? Czym mi imponujesz?”, pojawiały się też pytania o wizję wspólnego życia, o wspólne marzenia. Ile z tego zostało a ile się zmieniło? Świetna podróż do przeszłości i refleksja nad związkiem.

Tyle!

Dołóżcie swoje pomysły w komentarzach 😊 Jestem bardzo ciekawa i chętnie się zainspiruję!

Ściskam Was najserdeczniej!