Kategorie
Dom

10 nietuzinkowych przebrań na Bal Wszystkich Świętych

Hej Drogi Czytelniku!

Co u Ciebie? 😊

Mam nadzieję, że w Twoich stronach jesień okazuje się choć ciut bardziej łaskawa i masz trochę słońca i ciepła 🧡 Bo u nas we Wro…cóż. Szaro i buro! Nie lubię.

Ale, ale! Dzisiejszy post bynajmniej nie będzie szaro-bury.

Dzisiaj opowiem Ci co wymyśliłam w jakże problematycznej kwestii przebrań na Bale Wszystkich Świętych 😁.

Tak, taaaaak, takie bale istnieją i jeśli jeszcze o nich nie słyszałeś, to znaczy, że …albo nie masz dziecka w placówce edukacyjnej katolickiej 😂, albo nie załapałeś się na taką imprezę w duszpasterstwie młodzieży albo akademickim. Ach cóż, ach cóż.

Słuchaj, zanim przejdę do meritum dzisiejszego posta, krótki background. Krótki, obiecuję 😁.

Nasze dzieci chodzą do przedszkola katolickiego i od jakiegoś czasu jest taki zwyczaj w październiku/listopadzie, że w odpowiedzi na imprezy halloweenowe zaczęto w różnych takich katośrodowiskach robić bale Wszystkich Świętych.

Powiem Wam SZCZERZE…

…🤦‍♀️🤦‍♀️🤦‍♀️…

…że jako estetka i osoba raczej pomysłowa CIERPIĘ KATUSZE.

Cierpię, bo widząc zdjęcia z takich imprez (również dla młodzieży/young adults) widzę: szaty, sutanny i habity.

I szaty, sutanny i habity.

Uuuuuuugggghhhhh! Send help! 😩

I oczywiście, ŻEBY NIE BYŁO(!!!), nie ma absolutnie nic złego w tym, że ktoś się przebierze za św. Jana Bosco, za św. Katarzynę z oczami na talerzu, czy za św. Faustynę… To są wszyscy FANTASTYCZNI święci, ale ja. Lubię. Mieć. Wybór.

Lubię mieć wybór na taką imprezę jak bal przebierańców (a do takiej kategorii wpada Bal Wszystkich Świętych). A wybór między izraelską szatą sprzed 2000 lat, sutanną, a habitem to dla mnie żaden wybór.

I żeby nie było (po raz drugi)! Na pierwszy Bal Wszystkich Świętych przebrałam Łucję za św. Łucję: biała sukienka, czerwona kokarda w pasie i sztuczny wianek z niezapalonymi świeczkami na głowie. Wyglądała cudnie.

Na drugi Bal Wszystkich Świętych przebrałam ją za św.Weronikę (tak ma na drugie i była w wieku kiedy dało się ją jeszcze przekonać do moich pomysłów 😜): ciocia Brydzia zrobiła jej granatową sukienkę i biały ‘welon’ i namalowała na kawałku płótna odbitą twarz Jezusa. Łucka była baaardzo zadowolona. I to najważniejsze. Przy okazji, co baaardzo ważne, dowiedziała się trochę i o św.Łucji i o św.Weronice.

Ale teraz już jej imiona się skończyły 😂 i trzeba wybrać kolejną świętą na taką imprezę (o ile w czasach covidowych się odbędzie).

No i już zaczynają się schody! Wiecie, dla mnie warstwa wizualna jest ważna (nie najważniejsza, ale ważna), a jak wszyscy będą czarno-biało-szaro-brązowi…to tak smutno po prostu.

Dlatego ABSOLUTNIE NIE UMNIEJSZAJĄC żadnemu z rewelacyjnych i zuchwałych świętych w szatach/habitach/sutannach, wynalazłam kilka mniej lub bardziej znanych perełek – świętych, którzy mają po prostu ciut ciekawszy strój.

Oczywiście będzie disclaimer 😉: piszę to z perspektywy kreatywnej mamy przedszkolaków – nie jestem specjalistką od hagiografii 😉.

10 nietuzinkowych przebrań na Bal Wszystkich Świętych

Dla dziewczynek:

św. Jadwiga Królowa – no kaman, już na samo to, że była królową, dziewczynkom oczy się zaświecą 😉. Na strój wystarczy piękna, królewska suknia i korona (WIADOMO o jaką koronę chodzi). Akurat takie artykuły nietrudno będzie znaleźć w sklepach. Looknijcie na jej wizerunki.

św. Joanna d’Arc – ha! To dopiero aparatka. Na strój Joasi potrzebna jest zbroja – albo cała z materiału albo góra z pianki/plastiku. Podoba mi się ten jej wizerunek: dla kobiecego akcentu długa spódnica. Super!

św. Joanna Beretta Molla – była lekarką! Ja to widzę tak: spódniczka (nawet niekoniecznie musi być biała), biały fartuch lekarski z naszytym lub namalowanym czerwonym krzyżem i zabawkowy stetoskop na szyi. E voila!

św. Magdalena z Nagasaki – tak! Istnieje! Przedstawiana jest w habicie augustiańskim, ALE TEŻ często w kimonie z krzyżem dominikańskim (była tercjarką augustiańską i dominikańską). A jak jeszcze można zrobić dziewczynce koka na czubku głowy – cudnie!

św. Kateri (Katarzyna) Tekakwitha – wisienka na torcie. Święta indianka. Jeśli św. Magdalenę z Nagasaki można troszeczkę porównać do Mulan (chociaż Mulan z Chin, a Magdalena z Japonii), to św. Kateri to Pocahontas. I pozamiatane. Dziewczynki uwielbiają księżniczki 😉. Wiadomo jak będzie wyglądało przebranie: strój Indianki. A że św.Kateri lubiła rzeźbić małe, drewniane krzyżyki, to taki krzyżyk na szyi można dodatkowo zawiesić.

Dla chłopaków:

św. Jerzy – waleczny rycerz, który pokonał smoka. Na strój potrzebna jest zbroja rycerska, a że ja lubię sobie utrudniać życie 😜, fajnie byłoby ją dodatkowo ozdobić namalowanym na materiale wizerunkiem smoka. Błagam, niech idzie na bal bez włóczni.

św. Hubert – zanim został biskupem…był myśliwym! A skoro myśliwym, to przy odrobinie wyobraźni można by jego strój nieco porównać do stroju Robin Hooda. Ha! Ja to (znowu) od razu mam przed oczyma taki strój, który na torsie ma namalowany wizerunek białego jelenia z jaśniejącym krzyżem ponad porożem. Ach! 💚 (I niech łuk i strzały zostaną w domu!).

św. Marcin – również rycerz, chociaż jeśli porównacie wizerunki jego i św.Jerzego, to św.Marcin dużo częściej jest pokazywany w zbroi rzymskiego legionisty. Koniecznie musi mieć czerwony płaszcz/pelerynę/żołnierską opończę! (Muszę wspominać o mieczu, a raczej o jego braku? 😅)

św. Michał Archanioł – jak to mój mąż określił, „lepszy niż Lego Ninjago!” 😂 Moi drodzy, koniecznie zbroja i skrzydła! Ach, już to widzę z jaką dumą przedszkolak będzie wkraczał do sali jako generał wojsk anielskich 😉.

św. Józef Gabriel Bochero – również wisienka na torcie. Słuchajcie, to święty ksiądz z Argentyny, który do swoich parafian dojeżdżał na …koniu. Lub mule. I w kapeluszu. No i dostał sympatyczną ksywkę „ksiądz-gaucho”. A gaucho (dla niewtajemniczonych, jak do niedawna ja 😂) to taki południowoamerykański…kowboj. Ksiądz-KOWBOJ. Moi mili: stój kowboja wzbogacony o apaszkę pod szyją, taką jak tu. I krzyżyk na szyję. I jest rewelacja.

Co ważne, a czego za Was nie zrobię 😉 przeczytajcie sobie i z dziećmi życiorys tego świętego (wszystkie macie podlinkowane), którego wybierzecie. Będzie dobrze jak chociaż ze dwa zdania będzie dziecko umiało powiedzieć o tym, za kogo się przebrało, no nie?

A Wy, może macie jakieś pomysły kogo do tej listy dopisać? 😁

Kategorie
Dom

Jesienne aktywności dla katolika

Jesień mix

Cześć!

Nareszcieeeeeeeee!!!….

O mamo już mózg mi się przegrzewa 😅 ale wreszcie, WRESZCIE wrzucam tu coś, co przygotowałam specjalnie dla Was:

Listę aktywności na jesień – dla katolików (i nie tylko), dla singli, dla rodzin, dla małżeństw, dla par, dla paczki przyjaciół… kombinacji jest dużo 😁

Słuchajcie, o co chodzi?

Zapraszam do umilenia sobie jesiennego czasu, wykonując wszystkie lub wybrane czynności z listy.

Zrobiłam 3 różne zestawy: dla „dorosłych”, dla dzieci i mix (dla rodzin oraz tych dorosłych, którzy mają ochotę sobie przypomnieć dzieciństwo 😉).

Można sobie listę WYDRUKOWAĆ i przyczepić do tablicy korkowej, przymocować do lodówki, i odhaczać co zrealizowaliście.

Są z grafiki z numerkami, żeby było łatwiej odnaleźć dany pomysł na liście i grafiki bez numerków – ja sobie taką np. wydrukuję dla ozdoby 😉 a co!

Jesień i dzieci

Jeśli chodzi o dekoracje i wieńce jesienne, zapraszam po inspirację do Pinteresta, np. do mojej tablicy, w której gromadzę inspirację.

A jeśli zastanawiacie się co to jest scavenger hunt, to już tłumaczę 😁: to taka zabawa, w której dzieci mają listę różnistych rzeczy do znalezienia. Wygrywa ten (lub ta drużyna), która uzbiera te rzeczy szybciej. Jeśli jedziemy do lasu, to może to być lista „artykułów” leśnych: 2 szyszki, 3 żołędzie, patyk, kamień, itd. Wielka zaleta tej zabawy jest taka, że można się w nią bawić również w domu. Koniecznie sprawdźcie te pomysły na „skalibrowanie” scavenger hunt według Waszych możliwości 😉.

No dobra, dobra!

Dzisiaj nie będzie dużo pisania, będzie za to link do pobierania!

(Ależ rymy 😅, nie ma co…).

Wszystkie listy i grafiki można POBRAĆ TU.

Bawcie się dobrze (na ile można) tej jesieni! 😊

Kategorie
Dom

Urodziny w stylu „Ptasiej Akademii” + 4 wiwaty

Jak za chwilę na dole przeczytacie, te urodziny były naprawdę organizowane na wariackich papierach 😂 – na urlopie, leżąc na plaży (bo w apartamencie nie było zasięgu 🤯) i wcale się nie relaksując, tylko stresując, że na tym małym wyświetlaczu smartfona, to ja nic nie widzę, bo światło się tak odbija, że hej (czo ja kupuję? 🤓 zdaje się, że serwetki, ale zobaczymy co kurier dostarczy 🤪)!

Hej mój miły Czytelniku i miła Czytelniczko!

Co u Ciebie słychać? Jakie myśli Ci towarzyszą w ten poniedziałek? 😊

Ja wracam do pracy po L4 z Hubkiem i… cóż… trochę się boję, że jak już zaloguję się do kompa to wybuchnie bomba outlookowa 😂 ach… tak, już to widzę! 😂 (o mamo, czy ja nie miałam przypadkiem zmienić hasła do kompa? 🤔 dammit! 🤦‍♀️).

Ale, ale!

Nie chcę Ciebie tu zanudzać malowaniem jakże fascynującej perspektywy mojego powrotu do pracy 😁.

Dzisiaj będzie kolorowo i dzieciowo-kreatywnie na blogu 😊.

Przedstawię Ci taką mini-foto-relację z 5. urodzin Łucji, która zażyczyła sobie wszystkiego w motywie „Ptasiej Akademii”. Czyli Top Wing. To chyba dość niszowa bajka, bo jak pytałam innych rodziców, to nie kojarzyli tych postaci 😅. A Ty ją znasz?

Od trzech lat organizujemy urodziny Łucji w plenerze, a od dwóch lat tym plenerem jest ogródek działkowy moich teściów. To niesamowite jak rewelacyjnie dzieci tam się czują! Sieją z dziadkami, pomagają zbierać pomidory… i imprezują!

Krótki background story musi być 😅.

Ja WIEDZIAŁAM, że będę planowała te urodziny będąc na urlopie, ale kurdelebele nie sądziłam, że będę to robić na plaży! I nie, to wcale NIE JEST FAJNE! 😅 To znaczy, dla mnie nie było. Picture this: leżę na macie piknikowej na plaży i rozjaśniam maksymalnie wyświetlacz, żeby coś zobaczyć w tym odbijającym się słońcu, dzieci biegają, mąż stara się mistrzowsko je ogarniać, a ja, sfrustrowana, scrolluję na tym małym (w porównaniu do laptopa) urządzonku i szukam plastikowych widelców w odpowiednim kolorze 🤪. I jednocześnie próbuję sobie zwizualizować gdzie co położę na stole urodzinowym, nie mając oczywiście żadnej kartki papieru pod ręką. Not fun!

Ale! Okazuje się, że quasi-zaawansowane planowanie na plaży jest możliwe. Nieidealne, ale możliwe.

Oto rezultat:

Wiecie, podejrzewam, że ci z Was, którzy są rodzicami nauczyli się/uczą się trudnej sztuki odpuszczania 😅. Ja się właśnie jej uczę przy takich oto projektach. Kupuję ready-made przekąski, torty robię z jednego, sprawdzonego przepisu, szukam prostych przepisów z użyciem gotowego ciasta francuskiego i liczę na kreatywność, żeby jakoś to wszystko połączyć w miarę spójną całość. Jeśli jest w Was taki creative urge, żeby taki stół urodzinowy stworzyć, ale przeraża brak czasu, Wam również takie upraszczanie polecam.

Te urodziny nie mogłyby się odbyć bez kilku arcycennych źródeł dla niewyżytej-kreatywnie-acz-zabieganej matki 😂. Należą im się wiwaty!

4 wiwaty urodzinowe, czyli co ułatwiło mi życie i pomoże również Wam:

1) Wiwat sklep „Party u Marty – na allegro.

Tam. Mają. Kurde. Wszystko.

Nawet gadżety z tak niszowej i przez większość rodziców nieznanej bajki „Ptasia Akademia” (Top Wing) 😂 : banner, obrus foliowy, talerzyki…a do tego pasujące kolorystycznie sztućce i serwetki. Miodzio!

2) Wiwat personalizowane opłatki na torty – na allegro.

Jeśli robicie tort DIY, a – ekhem – nie macie czasu na lepienie dekoracyjnych figurek z masy cukrowej tudzież innych wymyślnych elementów na tort, polecam po prostu zamówienie opłatka z wybranym motywem. TAKA oszczędność czasu! (Tak, wiem, kupienie gotowego tortu to jeszcze większa oszczędność czasu 😅).

3) Wiwat free printables!

O mamoooo, czaicie to? Są w internetach dobrzy ludzie, którzy za darmo tworzą gadżety urodzinowe do samodzielnego wydrukowania: zaproszenia, owijki na butelki z napojami, toppery na babeczki. Chwała im za to! 😊

4) Wiwat Pinterest!

Za podsuwanie pomysłów innych kreatywnych i upartych świrów jak ja 😅 albo po prostu profesjonalistów, którzy takie kinderbale lub stoły deserowe robią na co dzień i za kasę. I potem się dzielą zdjęciami swoich dzieł. Po czym wchodzą takie DIY typy jak ja i zżynają  inspirują się 😁.

Moją tablicę z inspiracjami z „Ptasiej Akademii” możecie obejrzeć tutaj.

Pytanie, czy jubilatka była zadowolona?

Tylko spróbowałaby nie być! 😂😂😂 Żarcik. Najbardziej jej smakował maminy tort i dziadkowe kiełbaski z grilla 😊.

A Wy urządzacie urodziny swoim dzieciom? Albo jako wujek/ciocia pojawiacie się na takich imprezach? Jesteście #teamdyi czy #teamzrobiewbobolandiiiniebedesiemeczyc ? 😂

Kategorie
Dom

Letni wieniec tropikalny

Czeeeeść 😊

Miło mi Cię gościć na moim blogu!

Co tydzień zastanawiam się czy przypadkiem poprzednim razem nie witałam Cię tymi samymi słowami 😂

Czekaj, zerknę.

Nie, tydzień temu było inaczej, uff! 😅

Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko!
Jak widzisz post pojawił się nieco później i zastanawiam się ilu z Was pomyślało sobie „co ta Benia szykuje, że potrzebuje aż tyle czasu na przygotowanie posta?…” 😂

Hmm, no cóż.

Benia nie przygotowała sążnej rozkminy na poważne religijne tematy, nie będzie to też entuzjastyczna recenzja książki zmieniającej wszem i wobec moje postępowanie…dzisiaj będzie po prostu #handmade #diy #homedecor.

Kurczę, powiem Ci, że prowadzenie bloga mega dużo mnie uczy – takich rzeczy, które na pierwszy rzut oka nie są jakoś baaardzo powiązane z taką działalnością czy zobowiązaniem.

Bo uczy mnie na przykład odpuszczania (niektórym przychodzi to naturalnie 🤪. Mnie nie). Priorytetyzowania. Pokazuje mi prawdę o mnie: ile z tych moich wzniosłych deklaracji o priorytetach życiowych zostaje w mojej idealistycznej głowie, a ile z tego tak naprawdę widać na co dzień w moich decyzjach?

Co ja właściwie chcę powiedzieć przez to takie gadanko? 😜

Ano to, że warto być regularnym, ale nie wtedy kiedy katuje to nasze zdrowie i nasze relacje. Tak sobie myślę. Bo lepiej przesunąć sobie samemu nadany deadline i np. zwyczajnie się wyspać. Świat się nie zawali i korona Ci z głowy nie spadnie. To dlatego mam opóźnienie w poście blogowym, ale…wygląda na to, że życie dalej się toczy 😂.

No, ale do rzeczy!

Mój Drogi, moja Droga!

Od początku lata chodził za mną wieniec na drzwi pasujący do tej pory roku (dobrze, że zdążyłam – ha. ha. ha. – bo to już się sierpień zaczął 🤦‍♀️ a jak wychodzę z psem rano to jeszcze latarnie się świecą 🤯), a że bliskie mojej estetyce są klimaty tropikalne jakoś tak baaardzo naturalnie i na autopilocie zaczęłam szukać inspiracji i materiałów na…no, właśnie coś takiego 😁 w sensie: wieniec tropikalny.

Czego będziesz potrzebował/potrzebowała, żeby taki wieniec przygotować?

Jak widać, oponka nie jest nowa – zdemontowałam stary wieniec i mogę użyć jej na nowo 🙂
  • oponkę/wieniec styropianowy – albo z innego tworzywa, najlepiej ok.30cm średnicy lub ciut większy,
  • sztuczne kwiaty i liście – sami widzicie na zdjęciach, że zaszalałam 😅 i przesadziłam! Nie potrzeba aż tyle 😅. Summa summarum zużyłam 6 liści (różnych) i jeden kwiatek (luzy arbuzy, resztę rzeczy chętnie użyję do czegoś innego),
  • pistolet na gorący klej (i wkłady, oczywiście),
  • żyłkę (taką wędkarską),
  • mały sekator,
  • szeroką, brązową wstążkę,
  • nożyczki.

No to robimy!

1) Zaczynamy od przygotowania naszej bazy, czyli oponki (od razu na myśl mi przychodzą Dunkin’ Donuts 🤤 o mamoooo, ale bym zjadła!). Weź wstążkę i jej koniec przyklej gorącym klejem tak jakoś z tyłu oponki, żeby nie rzucało się w oczy. I teraz zawijaj wstążkę aż pokryjesz całą powierzchnię oponki. Wtedy utnij ją (tzn.wstążkę) i przyklej znowu gorącym klejem końcówkę, również z tyłu.

2) Weź liście i zacznij najpierw „na sucho” czy też „na brudno” układać kompozycję. Jak Ci będzie to pasowało? Czy chcesz z boku? Na dole wieńca? Użyj wyobraźni, pobaw się trochę, aż poczujesz wewnętrzną satysfakcję. Najlepiej zrób zdjęcie tego co ułożyłeś/ułożyłaś, bo teraz trzeba to wszystko ściągnąć i układać od początku, pojedynczo 😜.

3) Podzielę się z Tobą takim, no, nie lifehackiem 😂, ale close to it.

Pierwszy wieniec jaki zaczęłam robić (niesfotografowany) był zdecydowanie za mały na moje ogromniaste liście, które zamówiłam przez internet, oczywiście nie wymierzając ich wcześniej 🤦‍♀️ Znalazłam drugi, trochę większy, ale ciągle za mały – jak kładłam liście to przykrywały absolutnie wszystko. Pomyślałam więc, że trochę zmniejszę ich rozmiar. Ty też możesz to zrobić, jeśli znajdziesz się w rozmiarowych tarapatach.

Po prostu wszystkie moje liście poszły do fryzjera:

4) Nożyczki i sekatorek poszły w ruch i teraz wszystko pasowało 😁 Zaczęłam od liści palmy, trochę jako tło i potem zaczęłam układać pozostałe. Dokleiłam jeszcze jeden liść palmy z tyłu wieńca – jakoś tak mi to pasowało, żeby wychylał się z drugiego planu. Ty też po kolei każdy liść dodawaj do wieńca i przyklejaj gorącym klejem.

5) Na końcu dodaj kwiatka – ja przymierzyłam wszystkie te egzotyczne hibiskusy i orchidee, i jakoś na nic się nie mogłam zdecydować, a dodałam tę wrzuconą w ostatniej chwili do koszyka na allegro FREZJĘ – i to było to! ❤ Duchu Święty, I know that you know that I know 😎

6) Jeśli chcesz możesz dodać coś ekstra – ja znalazłam w Coście takie małe, kartonowe napisy „aloha” (yes, please ❤) – wystarczyła dosłownie kropla gorącego kleju, żeby taki napis przymocować. No i tak paczę i paczę. I: nie. Musi być jakiś błysk. Dodałam gałązkę srebrnych liści i TO! BYŁO! TO!

7) Na (już naprawdę koniec) zrób pętelkę z żyłki i zamocuj swoje piękne dzieło na drzwiach.

Ja tak sobie na ten wieniec patrzę i myślę: cóż, wakacji w tropikach nie będzie w tym roku 😂, to chociaż mam to!

Ty też wyjdź przed drzwi i podziwiaj swoje dzieło! 😊

No i koniecznie strzel mu fotę i pochwal się w komentarzach! ❤ ⬇

Kategorie
Dom

Garderoba kapsułowa do biura

Ściana pomazana kredkami. I mean, kto ma dzieci, ten wie. W pewnym momencie po prostu już odpuszczasz.

Mój drogi czytelniku, przeczytaj do końca ten post, bo garderoba kapsułowa to jest być może coś czego potrzebuje Twoja żona, żeby się szybciej rano wygrzebać 😉

Hej czytelniku, czytelniczko! 😊

Jak się masz? Mam nadzieję, że pogoda u Ciebie lepsza niż u mnie, że korzystasz z uroków tego pięknego miesiąca jakim jest czerwiec i hasasz sobie po łonie natury niczym rączy jeleń… no. U nas pada. 😑 Oby chociaż zagrożenie suszą minęło dzięki temu.

Wiesz co, nie uwierzysz, ale do napisania tego posta zainspirowała mnie książka „Dzień z życia diabła”, którą tydzień temu recenzowałam. Say what? „Co diabeł ma do ciuchów?” – pomyślisz sobie. Ha! Mój drogi, moja droga, więcej niż myślisz.

Nie wiem jak u Ciebie, ale u nas poranki są zawsze nerwowe. Dorośli się zazwyczaj spieszą, poganiają dzieci, które się zazwyczaj guzdrają, no i co tu dużo gadać…różnie się to kończy. Nierzadko jest tak, że kiedy wszyscy już szczęśliwie wylądujemy w aucie, to rozpoczynamy modlitwę od słów „przepraszamy Cię, Jezu, że diabeł zrobił nam zwarcie”… (Jak w tej piosence, nie wiem czy kojarzycie z dzieciństwa „Bądź z nami w kontakcie, Panie Boże, choć diabeł robi nam zwarcie” 😁 ). Przez „zwarcie” rozumiemy tutaj (że tak Ci wytłumaczę, co autor miał na myśli 😂) kłótnię, wybuch, czy jakiekolwiek inne niefajne zachowanie, gdzie nie daliśmy rady to keep our cool.

I tak sobie dumałam ostatnio, że w książce o.Janusza Pydy OP diabeł właśnie instruował adeptów kuszenia, żeby zadbali o to, żeby ludzie mieli nerwowe poranki. To znaczy: za późno wstawali, najlepiej nic nie jedli na śniadanie, ubrali się w byle co i wybiegali z językiem na brodzie do pracy, warcząc na wszystkich, którzy się napatoczyli po drodze.

I miałam taki łańcuszek myślowy o zbyt późnym wstawaniu, robieniu wszystkiego w pośpiechu i że ileż to razy było tak, że dzieci już wyszykowane, mąż już prawie za drzwiami, a ja stoję przed szafą i w popłochu szukam czegoś do ubrania, co nie tylko będzie niewygniecione, ale też będzie do siebie pasowało! Ha! I nagle – oświecenie – przecież ileż to by mi czasu zaoszczędziło, ileż nerwów bym sobie nie postrzępiła, gdybym miała taką garderobę kapsułową, o której pisze Karolina Bączkiewicz, którą poleca Erin z Cottonstem, i którą można sobie wyszukać ku inspiracji na Pintereście. Ach i och.

Co to jest garderoba kapsułowa?

Uprzedzam, że to nie jest blog modowy i w różnych bardziej profesjonalnych źródłach możesz spotkać się z inną definicją. I że to jest moja pierwsza garderoba kapsułowa ever, więc na pewno nie jest idealna. Ale co tam.

Powiem Ci czym ona jest dla mnie: jest to zestaw ciuchów, w którym – z grubsza rzecz ujmując – wszystko pasuje do wszystkiego. Kiedy więc stajesz przed szafą, gapisz się na nią (otwartą, rzecz jasna) i myślisz sobie po raz n-ty, że „nie mam się w co ubrać!” (a która z nas NIE BYŁA w tej sytuacji??), chociaż ciuchów w niej nie brakuje – to garderoba kapsułowa jest dla Ciebie. Albo jeśli rano potrzebujesz po prostu szybko się ubrać do pracy i nie masz jakiegoś genialnego pomysłu na kreację – to garderoba kapsułowa jest dla Ciebie. Masz po prostu zestaw ubrań, wybierasz z niego górę, wybierasz z niego dół i wiesz, że ten set działa, że czujesz się w nim dobrze i możesz z czystym sumieniem iść podbijać świat. A na dodatek, nie jesteś ostatnia pod drzwiami gotowa do wyjścia, co wzbudza podziw dzieci i męża („cooo?? Mama już gotowa???”). Co Ty na to?

Dlaczego zwlekałam z zestawieniem sobie garderoby kapsułowej?

Kurczę blade, powiem Ci, że pomysł mi się zawsze podobał, ale jakoś spisałam siebie na straty myśląc tak:

  1. „mnie się podobają TAK różne rzeczy, że NA PEWNO nic do siebie pasować nie będzie”,
  2. „z tego co widzę i czytam, to garderoba kaspułowa opiera się przede wszystkim na klasycznych kolorach (biele, czernie, beże itp.) i fasonach, a ja od klasyki wolę się po prostu wyróżniać”.

Ale wiesz co, był dla mnie taki moment eureki: stałam właśnie przed szafą i sobie dumałam. I w pewnym momencie patrzę na moje niebieskie jeansy i mnie olśniło: jeansy są moją klasyką. Uwielbiam je, czuję się w nich jak we własnej skórze… i to była ta furtka, którą sobie biodrem otworzyłam i ta myśl dodała mi tej wolności, którą potrzebowałam, żeby stworzyć garderobę kapsułową zgodną z moim gustem, ze mną samą. Bo to dla mnie osobiście znaczyło, że kolor jeansowy wskoczył do mojego zestawy kolorów „klasyczych”.

A to, że podobają mi się różne rzeczy (niekoniecznie do siebie pasujące)? Garderoba kapsułowa to baza. Jeśli masz czas lub inną inspirację, to po prostu bierzesz sobie coś spoza niej. Np. mam fuksjową koszulę, której nie dodałam do garderoby kapsułowej, ale po prostu wiem, że wygląda dobrze z czarnymi jeansami albo z zieloną spódnicą i jeśli będę miała ochotę ją założyć, to wiem z czym.

Dobra. Bo ja to lubię gadać. Mogę długo. Przejdźmy zatem do zdjęć i opowiem Wam ciut więcej nt. tego co wybrałam i z czym to zestawiłam.

Aha! Ważne! U mnie w pracy obowiązuje business casual, który, choćby nie wiem co, zostawia sporo do własnej interpretacji. Wykorzystuję więc te szare strefy na swoją korzyść (więcej luzu). Hłe, hłe, hłe.

Po pierwsze: sukienki. Łatwiej się nie da. Jeden artykuł odzieżowy, buty i lecisz, siostro. Te dwie – uwielbiam.

Zielona spódnica. To w mojej kapsułowej garderobie akcent kolorystyczny. Mam do niej dwie eleganckie białe bluzki i jedną czarną, którą zaliczam do uniwersalnych (czyli i do biura i na weekend). Zobaczcie na buty na pierwszym zdjęciu – jasne espadryle. Uwielbiam w nich to, że dają eleganckim setom takiego sympatycznego pstryczka w nos i „luzują” trochę styl. Nie cierpię sztywności w pracy i zadzierania nosa, więc mieszam biurowe ciuchy z casualowymi i tym samym pokazuję, że nie musimy być tacy „ą-ę”.

Jasnoniebieska spódnica ołówkowa w prążki. Czasem z paskiem, czasem nie. Pasują do niej zarówno: biała elegancja bluzka, musztardowa bluzka (żółty/musztardowy to mój drugi akcent kolorystyczny w garderobie kapsułowej), czarna bluzka uniwersalna, biała z perełkami i coś co lubię najbardziej: biały t-shirt z napisem. OMG. Przyznaję się, że mam słabość do białych t-shirtów z dobrym sloganem. I zobaczcie: dalej mamy biurowy styl, wyluzowany, ale dalej biurowy. A do tego, jeśli dobrać jakąś delikatną, elegancką bransoletkę, to mamy fajną równowagę między luzem a wykwintnością. No i kieszenie w spódnicy ❤.

Czarna spódnica koronkowa. Z mojej szafy najłatwiej było mi dobrać do niej białe i czarne bluzki, ale fajnie by też wyglądała jakaś w kolorze kremowym czy beżowym.

Spodnie! Moje ukochane jeansy!

U mnie w pracy można nosić jeansy ciemnoniebieskie lub czarne i wyobraźcie sobie, że te z perełkami znalazłam w Lidu! Boskie są! I powiem Wam, że tak naprawdę wszystkie te moje bluzki z garderoby kapsułowej by tutaj pasowały: i do granatowych jeansów, i do czarnych spodni. Zobaczcie na sety z granatową bluzką z kwiatami. Zakładam białe adidasy i zaczynam weekend, zakładam złote baleriny i idę do biura. Bomba. Za to ta biała bluzka ma takie fajne rozcięcie z boku, co sprawia, że jest po prostu niesztampowa.

Podsumujmy: 3 spódnice, 2 pary spodni, 7 bluzek, 2 sukienki, 3 pary butów. I ciuchowe pomysły na prawie miesiąc pracy biurowej. Ha!

Zachęcam do przejrzenia swojej szafy. Wybierzcie kilka dołów i dobierzcie do nich trochę bluzek. Sprawdźcie co z czym działa dla Was. Taka garderoba kapsułowa to naprawdę oszczędność czasu i nerwów (nie tylko Waszych 😅) przy porannym wychodzeniu z domu 😉.

Ściskam ciepło!

Kategorie
Dom

Wieniec wielkanocny + podsumowanie Wielkiego Postu

Czeeeść! 😊 Ale rewelacja, że tu zaglądasz!

Korci mnie, żeby przywitać Cię klasycznym „Święta, Święta i po Świętach”, ale mamy jeszcze Poniedziałek Wielkanocny, więc byłoby to zupeeełnie nieprzyzwoite. No i śmigus-dyngus! Ha! Pamiętasz jeszcze o tej tradycji? Kogo dzisiaj oblałeś lub oblałaś wodą? Może chociaż kota? Albo kwiatka? Z kwiatkiem zawsze wygrasz taką bitwę, pamiętaj 😉

Słuchaj, dzisiaj pokażę Ci jaki wymyśliłam i zrobiłam wieniec na Wielkanoc, ALE. Zdecydowałam, że nie chcę się jakoś wybitnie rozwodzić nad jego konstrukcją i instrukcją, tylko pokażę i skomentuję zdjęcia, a tak naprawdę podzielę się z Tobą takim moim podsumowaniem Wielkiego Postu. Jeśli jesteś wierzący/wierząca, to pewnie nawet mimowolnie myślisz o tym jak ten czas minął u Ciebie. A może poświęciłeś lub poświęciłaś ciut więcej czasu, żeby się temu okresowi przyjrzeć?

Love.
On Cię kocha, wiesz?

Jaki był dla mnie ten Wielki Post?

To, że był DZIWNY brzmi jak totalny banał, bo aktualnie życie W OGÓLE jest dziwne i to dla każdego.

Wiesz, to nie jest tak, że jak ktoś już zdobywa się na odwagę i deklaruje wszem i wobec, że jest wierzący, zakłada bloga chrześcijańsko-lifestyle’owego i gada o Jezusie na Instagramie i fb, to znaczy, że jego życie układa się rewelacyjnie, jest non stop na „haju duchowym” i czuje, że może góry przenosić.

Nie zawsze tak jest. A w moim przypadku, za często tak nie jest.

Potrzebne (pół)produkty: wieniec z gałązek handmade lub kupny z gałązek winobluszczu, krzyż (ja swój robiłam z listwy drewnianej z Castoramy, pomalowałam farbą do drewna i skleiłam klejem, również do drewna ;)), kawałek białego materiału lub szerszej wstążki, sztuczne kwiaty, pistolet na gorący klej (z wkładami), żyłka wędkarska, tyci sekator i nożyczki do obcinania czego trzeba.

Weźmy pod lupę moje postanowienia wielkopostne:

  1. Modlitwa: codziennie Pismo Święte (czytania z dnia) + przynajmniej jedna dziesiątka różańca w drodze do pracy (Ha. Ha. Ha. Bardzo śmieszne. Teraz do pracy mam 2 metry – odległość między łóżkiem a stołem),
  2. Post: niejedzenie słodyczy w czasie Wielkiego Postu,
  3. Jałmużna: uczynki miłosierdzia względem ciała – przynajmniej jeden w tygodniu.

Jak to już chyba wspominałam na Insta: najlepiej mi wychodziło niejedzenie słodyczy.

Co dla takiej wielbicielki wszelkiego słodkiego jak ja i tak jest mega osiągnięciem.

ALE! Jak popatrzę na moją modlitwę, to po raz kolejny widzę jak wybicie z regularności, z pewnej rutyny codziennej automatycznie wpływa na jakość mojej modlitwy, a czasem w ogóle na jej występowanie. Też tak masz?

No i moje (w zamiarze) wspaniałe i JAKŻE szlachetne uczynki miłosierdzia względem ciała. No pomysł był iście genialny! Raz w tygodniu robić coś dla innych, dla tych, z którymi być może nie mam na co dzień kontaktu, dla tych, o których być może w ogóle na co dzień nie myślę. A może nawet mało kto o nich myśli.

Uwaga, sprawdzamy bilans:

Tygodni Wielkiego Postu: 6.

Liczba uczynków: 3.

Coś mi się tu nie kalkuluje… 🤔

No, może powinnam się cieszyć, że w ogóle były te uczynki. Ale kurrrka wodna! Miało być tak pięknie…

To pokazuje mi tylko, jak za rzadko godzę się na to, jeśli Pan Bóg ma inny plan dla mnie – nawet w takim kontekście jak przeżywanie Wielkiego Postu. Ja sobie tak oto wspaniale zaplanowałam w jaki sposób chcę być bliżej Niego, a On mi tak z czułością i miłością dał takiego małego PSTRYCZKA w nos 👃. Często mi daje. Na początku trochę się na Niego gniewam jak małe, naburmuszone dziecko na swojego tatę, ale z czasem czuję wdzięczność za taki pstryczek. I przyznaję Mu rację.

Co zobaczyłam u siebie w czasie tego – zdawać by się mogło „zepsutego” – Wielkiego Postu:

  1. Znowu planuję nad wyraz.

Planować uwielbiam. I nie chodzi o to, żeby z planowania rezygnować. Ale żeby nie trzymać się go kurczowo i za wszelką cenę, tylko dać przestrzeń Panu Bogu na Jego własne zdanie.

Ja przeczuwałam, że za dużo biorę na siebie jeśli chodzi o postanowienia wielkopostne, do tego zdrapka wielkopostna (zdrapywana, niekoniecznie realizowana) i o! Proszę bardzo, mamy gotowy przepis na jakieś poczucie porażki. A gdybym tak następnym razem zapytała, w czasie NIESPIESZNEJ modlitwy, co On by chciał, żeby było moim postanowieniem wielkopostnym? Hę?

2. Nie jestem tu i teraz – za mało uważności.

Ileż to razy nie dość, że myśli wybiegały w przyszłość, to jeszcze oczy były przyklejone do komórki…

Ty też? Ale wiesz co, mało mnie to pociesza. Ale thanks anyway.

OK, wiem, że mam tendencję do bycia surową dla samej siebie. To scrollowanie na Instagramie jest mi naprawdę potrzebne, nie tylko, żeby się odmóżdżyć, ale żeby się zainspirować i wchodzić w kontakty międzyludzkie w onlineświecie. Ja przecież również na Insta tworzę. I na fb i na blogu.

Jednocześnie, lepiej by po prostu było, gdybym wymyśliła jakieś granice. I potem odkładała komórkę, i więcej była tu i teraz. Częściej obserwowała dzieci jak się bawią, jakie są interakcje między nimi. Przecież jak to robię, to daje mi to mnóstwo przyjemności. I jestem wtedy obecna.

3. Za mało służę.

To pewnie temat na terapię 😂 a nie na wpis na bloga, więc nadmienię tu tylko, że czuję, że wynika to przynajmniej w części z punktu 1 i 2. Zbyt ambitne planowanie, nieobecność myślami i voila! Jakoś na służbę nie ma czasu i energii.

No dobra, to się trochę pobiczowałam, jakby to powiedział mój mąż, a ja bym odpowiedziała, że to żadne biczowanie, tylko obiektywne stwierdzenie stanu rzeczy 😂 , w każdym razie nie ma co na tym kończyć, Teraz trzeba się zastanowić:

Jak to naprawić?:

Po pierwsze i najważniejsze! Trzeba sobie uświadomić, że bez Jezusa to ja nic nie mogę! Bez Jezusa to ja mogę sobie samej pokazać figę z makiem! O! Ja sobie mogę rozpisywać plany naprawcze dla siebie, układać strategię na nawrócenie, a i tak może to NIC, absolutnie NIC nie przynieść, jeśli tego nie oddam Bogu.

Zatem pierwsze co chcę zrobić teraz, w nowym okresie liturgicznym, to wszystko to złożyć u stóp Zmartwychwstałego. To jest ten właściwy start. Od tego właśnie, od tego oddania się powinny wychodzić wszystkie moje dalsze czyny.

Bo czyny są potrzebne. Konkrety.

Św. Tomasz z Akwinu pisał, że:

Łaska buduje na naturze.

Czyli nie mogę jedynie modlić się i zostawiać Panu Bogu działanie, żeby mnie zmieniał. I potem rozsiąść się wygodnie w fotelu i czekać na efekty 🛋. Oczywiście, bez łaski to ja NIC nie zrobię. Jednocześnie chcę współpracować z Bogiem nad moją NATURĄ. Chcę zawalczyć o bycie bardziej do Niego podobną.

I montuję na drzwiach. Wieniec wisi na żyłce – lubię taki prawie niewidzialny „sznurek”.

Konkrety, z którymi chcę poeksperymentować, czyli działać, obserwować i dawać Panu Bogu pole na Jego zmiany to:

  1. Wracać do źródła: codzienna modlitwa rano zanim wszyscy wstaną – czytanie Słowa Bożego.

To jest teraz rozregulowane. A codzienny kontakt z Pismem Świętym jest dla mnie absolutnie fundamental. Czym ja mam się karmić, jeśli nie tym (tym bardziej teraz)? Czyli wstawać pół godziny wcześniej niż zazwyczaj, po to by doprowadzić swój mózg do jako takiego stanu używalności, przywitać się z moim Stwórcą i chociaż przez 15 min poczytać i porozważać fragment z tego co do mnie napisał.

2. Poeksperymentować z „wychodnym do auta” (garaż się nie nadaje).

Żeby przyzwoicie prowadzić bloga, śledzić Instagrama i generalnie tworzyć w sieci potrzebuję regularnych bloków czasowych, żeby skupić się na zadaniach z tym związanych. W ciszy i spokoju. Ponieważ mamy 2 pokoje, dwójkę dzieci i psa oraz pandemię, #zostańwdomu, pozamykane knajpki i chłodny box garażowy, w którym nie ma za bardzo gdzie usiąść, spróbuję pracować nad blogiem w aucie 🚗. Ha! Brzmi jak jakiś kawał. Ale mówię o tym całkiem serio. Patrzcie jaka oszczędność czasu: nie muszę nigdzie dojeżdżać, wychodzę na 2 h do auta na parkingu i lecę z koksem. Co mi to da? Nie mówię, że całkowicie zniweluje, ale na pewno ograniczy moje scrollowanie w domu i ułatwi mi bycie tu i teraz. Bo jak kończę jakąś pracę z blogiem związaną, to do rodziny wracam na endorfinowych skrzydłach ❤

3. Czytać więcej książek parentingowych (więcej nie znaczy TYLKO książki parentingowe).

Kiedyś czytałam regularnie, teraz tylko wtedy kiedy mam absolutny kryzys i czuję, że już zupełnie nie rozumiem mojej 4,5-latki. A nie sztuka sięgać po takie lektury, kiedy trzeba gasić pożar. Nikogo nie muszę przekonywać, że lepsza jest prewencja. A jak lepiej będę rozumiała, to bardzo na to liczę, że pomoże mi to lepiej też służyć jako mama. Pozwólcie, że sobie to uSMARTowię offline’owo 😉

A poniżej córcia zrobiła swój. To znaczy: córcia miała wizję, mama kleiła i zawieszała.
„Moim NA PEWNO będą się WSZYSCY ZACHWYCAĆ” – chyba z dziesięć razy usłyszałam. Jak już skończyłam 😂

Panie Jezu, co Ty na to? Spróbujemy?

A jak u Was Wielki Post? Jak Wasze założenia versus rzeczywistość? Chętnie posłucham, zainspiruję się 😊 Piszcie!

Kategorie
Dom

Kolej na urodziny

Czeeeść! 😁

Staram się mówić to „czeeeść!” wesoło i optymistycznie, ale przyznam, że różne emocje we mnie siedzą. Już zaczęłam nawet tu o nich pisać, w sensie, w brudnopisie…ALE! Nie chcę się nad nimi rozwodzić. Wybieram NIEPISANIE o izolacji i w zamian wrzucę tutaj coś radosnego, żeby i siebie, i Ciebie odciągnąć od tego co się dzieje i żebyśmy oboje pomyśleli lub obie pomyślały chociaż przez chwilę o czymś innym. Co Ty na to? Taki korona-detoks.

Ja zauważyłam, że kiedy jestem zajęta, szczególnie kiedy mam zajęte ręce czymś kreatywnym, to zapominam o tym co się za oknem dzieje. Rzeczy twórcze mnie pochłaniają i dają mnóstwo satysfakcji.

Na przykład, uwielbiam robić urodziny tematyczne dla moich dzieci.

Jak jakiś czas temu kminiłam co by tu dla Huberta przygotować z okazji drugich urodzin i zdecydowałam, że będzie to impreza kolejowa.

Bo pociągi to od pewnego czasu obsesja mojego syna.

Mówią, że niektórzy z niej nie wyrastają (chyba każdy ma chociaż jednego takiego znajomego, który do tej pory interesuje się koleją, prawda? 😉).

Jak kiedyś będziemy mieć dom i ogród (daj Panie Boże), to będziemy spraszać i pół przedszkola, będą gry, zabawy, konkurencje, cuda na kiju…ale póki co, zadowalam się (i na szczęście jubilaci również) po prostu dobrym jedzeniem, dekoracjami i prezentami.

Jak się zabrać za organizację takich urodzin?

Już ja Ci tu wszystko wytłumaczę.

Każdy taki projekt urodzinowy zaczynam od zbierania inspiracji i pomysłów na Pintereście.

Masz tam konto?

Jeśli nie, to zachęcam, no, chyba że już i tak za dużo czasu spędzasz przed smartfonem, to lepiej sięgnij po książkę, serio. Bo świat Pinteresta potrafi wciągnąć. Ale potrafi też bardzo pomóc.

Moją tablicę z zebranymi pomysłami na Train Party znajdziesz tu: https://pl.pinterest.com/beniafranek/train-party/

Zbieram co mi się podoba, a potem selekcjonuję co w rzeczywistości jestem w stanie zrobić 😂

Potem rozrysowuję to sobie wszystko w planerze (możesz zobaczyć te notatki w mojej wyróżnionej Insta Relacji)

No to chodźcie, pokażę Wam co i jak zrobiłam.

Świętowaliśmy w piątkę: jubilat, siostra, mama, tata i pies 😉 Tak, on jest pierwszy do łapania okazji jak okruchy spadają ze stołu…

Generalnie kolorystyka była niebiesko-czerwono-biała. Trochę jak kolory z flagi francuskiej. Albo amerykańskiej. Albo brytyjskiej. Ale serio, przyjęcie nie miało żadnego politycznego charakteru, whatsoever.

Pozwólcie, że zaczniemy od dekoracji.

*DEKORACJE*

Banner to dla mnie must – MUSI coś wisieć na ścianie 😉 i chociaż miałam jeszcze w planie balony to i tak sam napis jest good enough. Hubert jak widział jak drukuję te literki to z radością i zaangażowaniem wołał „gagon! gagon!” (w wolnym tłumaczeniu: WAGON).

Wiecie duuużą pomocą są tzw. free printables, czyli różne materiały, które można za darmo ściągnąć i wydrukować, do użytku osobistego. Ja te wygooglowałam. Tu jest ich źródło.

Na dole widzicie piękną girlandę, z której jestem wielce dumna 😀

Zrobiona jest z gładkiej bibuły, którą kupiłam w Auchanie (poza złotą, która jest pozostałością z innego kompletu zakupionego kiedyś przez Allegro). A na tej stronie znalazłam tutorial jak ją wykonać.

Na pintereście wpadł mi w oko pomysł na wagoniki z przekąskami. Miałam natomiast problem ze znalezieniem odpowiedniej wielkości lokomotywy, która by te wagoniki „ciągnęła”. Kurczę, szukałam i wszystkie były tycie! Włączyła mi się lekka panika, że pomysł nie wypali. Na ratunek przyszedł wujek Google, poklepał mnie po ramieniu pocieszająco i powiedział „weź Ty, kochana, wyluzuj i po prostu wydrukuj, o masz tutaj”. I podrzucił mi taki oto fantastyczny „model” pociągu do wydrukowania, wycięcia, sklejenia i pomalowania. Można nawet go przygotować ze starszym rodzeństwem jubilata! 😊

Bardzo spodobało mi się, że ten pociąg z przekąskami jedzie po torach (w oryginalnym pomyśle na Pintereście), więc kupiłam na Allegro taśmę klejącą z torami (widziałam też podobną w Tigerze).

*MENU*

Tort zrobiłam sama, ale już od pewnego czasu idę na łatwiznę i zamawiam opłatek z nadrukiem na Allegro. Hubson był absolutnie zachwycony kiedy przy śpiewaniu „Sto lat!” zobaczył, że na torcie ma lokomotywę parową!

Tort i kapkejki (babeczki) są dwoma „must have’ami”, które absolutnie muszą być u mnie na stole urodzinowym, jeśli mówimy o kategorii „słodkie”. Te były waniliowe, z malinami w środku, a krem z mascarpone i bitej śmietany zabarwiłam na niebiesko, żeby korespondował do ogólnego motywu urodzin.

Ponieważ miałam wykrawaczkę w kształcie pociągu, to żal byłoby jej nie wykorzystać 😉 zatem na stole wylądowały kruche ciasteczka z lukrem.

Zajrzyjmy do tego pociągu z przekąskami, shall we? Co my tu mamy…

Coś dla dorosłych ➡ koreczki (bo przynajmniej moje dzieci nie czają jeszcze tego imprezowego fenomenu), spotykające się z jako takim dziecięcym zrozumieniem ślimaki z ciasta francuskiego z serem i salami (przepis na stronie Winiary (Winiar? Winiary? Winiarów? Aaaa!), no i bezproblemowe herbatniki w kształcie zwierząt („a w jednym krowy, a w drugim konie…” 😉) oraz kabanosy („a w trzecim siedzą same grubasy, siedzą i jedzą tłuste kiełbasy” 😉).

Popcorn, zainspirowana, umieściłam w rożkach…a tak naprawdę w czapeczkach urodzinowych kupionych na allegro. Po prostu wyciągnęłam z nich gumkę. A w czym one stoją? Cóż. Zdesperowana 😂 ciutkę podrasowałam mój stojak na cake popsy robiąc w nim odpowiednie otwory, które (jakimś cudem!!) przytrzymały dosyć stabilnie te rożki na prażoną kukurydzę. Powiem Wam w sekrecie, że ten stojak to pudełko po chusteczkach higienicznych, wypełnione styropianem. Ale life hack, co???

Piciu, „ciupcie” (tak mój syn mówi na piciu i jakoś po drodze przestałam szukać w tym jakiejś logiki) to sok z czerwonych owoców. Od razu tu nadmienię, że butelki pochodzą chyba z Ikei, a słomki z różnych Tigerowo-Allegrowych polowań.

Żeby wypełnić wszelką wolną przestrzeń na stole, zachęcam do postawienia misek lub miseczek z owocami, orzechami, a jeśli macie keine grenzen to i żelkami i cukierkami.

A teraz spójrzcie: widzicie na butelkach te etykietki „Choo choo”? I podobne toppery na babeczkach? Są to właśnie free printables, które wyszukałam, własnym sumptem wydrukowałam i przykleiłam. Prawda, że fajne? Znajdziecie je tutaj.

Niebieskie gwizdki-trąbki (jak to się zwie?), serwetki z Tomkiem, talerzyki i plastikowe, kolorowe sztućce – wszystkie wyszukane i kupione na Allegro. Tak samo jak obrus, który jest biały. BIAŁY, powiadam, nie kosmicznie srebrny, jak wyszło na zdjęciu!

*STRÓJ*

No i jeszcze dla mnie osobiście gwóźdź programu – mały pan maszynista 😁 Mega, mega, mega się zainspirowałam tym zdjęciem i bardzo chciałam dla Hubsona coś podobnego przygotować. Najprościej było znaleźć czerwoną bandankę, jeśli chodzi o wszystko od szyi w dół, miałam w domu i body, i spodnie, które mnie satysfakcjonowały, ale CZAPECZKA???? Matko i córko! Czapeczki się mega naszukałam. Wpisywałam różne rzeczy do wyszukiwarki „strój maszynisty”, „kostium konduktora”… no i lipa, nic nie było!

A wiecie, jak ja się na coś uprę, to nie ma mocnych. Szukam do upadłego. Już, już jeździłam do sklepu z materiałami, żeby uszyć. Uszyć igłą i nitką, bo ja przecież szyć nie umiem. Ale czapeczka musi być. Musi!

Jejku, już sobie myślałam, że i na czapeczkę może znajdę jakieś free printable 😂 gdy tu nagle…w Auchanie…kupując bibułę do girlandy…w dziale dziecięcym…zobaczyłam JĄ!!! Aaaaaaa!

Czapeczka prawie idealna jak na realia polskiego asortymentu kostiumowego! Już nie chciało mi się odszywać „good vibes”, stwierdziłam, whatever, maszynista będzie luzakiem 😂 I udało się Huberta namówić, żeby na chwilę ją założył.

Uff, spełniona mama!

Wiecie, takie urodziny to sporo pracy, ale ja nie narzekam. Przygotowanie ich dało mi mnóstwo frajdy, a efekt końcowy jubilatowi dał dużo radości.

Ten gość specjalny bardzo chce zwrócić na siebie uwagę 😂 Łucka, Ty się zastanawiaj jakie urodziny TY byś chciała!

Kończąc, chciałam podziękować mojemu mężowi, za to, że kiedy trzeba było to w czasie przygotowań tego przyjęcia przytrzymywał dzieci w pokoju dziecięcym pod groźbą niepuszczania Pidżamersów do końca miesiąca, miał do mnie dużo cierpliwości, latał do sklepiku na dole po herbatniki w kształcie zwierząt, a na koniec jeszcze też pochwalił dzieło. 😊 My heart is full!

A Wam jak się podoba? Co Wy robicie kreatywnego, żeby zająć czymś ręce i myśli? A jeśli macie dzieci, to na co aktualnie mają one fazę?

Kategorie
Dom

Wieniec wiosenny

Cześć! 😊 Jak się masz? Cieszę się, że możemy znów się tu „zobaczyć” 😊

Słuchaj, Ty i ja wiemy jaki jest temat #1 absolutnie wszędzie: w internetach, memach, newsach, rozmowach z rodziną i znajomymi… 🙄 Co powiesz na mały detoks od tego wszystkiego?

Wiesz, nie o to mi chodzi, że bagatelizuję zagrożenie czy coś, nie, nie! Ale czy Ty nie masz dość? JA mam. Zachowuję ostrożność zgodnie z zaleceniami. I nie zgadzam się na życie w strachu. Ufam.

I w wolnych chwilach scrolluję sobie na Instagramie. Ostatnio natknęłam się na profil, który bardzo lubię, KJP – amerykańskiego fotografa i założyciela marki Kiel James Patrick. I on o tej sytuacji pisał tak:

I know it seems impossible to escape an inescapable aspect of our lives, but that doesn’t mean we have to sink into the despair. Although it’s no time to run from our problems, there’s always time to run to what makes you happy, even if it’s just for a minute or two.

Czujesz to? Innymi słowy: nie wpadaj w rozpacz, respektuj „wroga” i rób to, co daje Ci radość. Na tyle na ile to jest możliwe.

Ten wpis dodał mi skrzydeł! A że jednocześnie zaświeciło słońce, zawitała wiosna, WIOSNA, ludzie(!!), to stwierdziłam, że więcej sygnałów nie potrzebuję i zabieram się za coś twórczego.

Uwielbiam dekorować. Parę lat temu zachwyciłam się wieńcami na drzwi i zaczęłam je robić – po prostu tak jak potrafię. Nie jestem pro (jeszcze 😉), pewnie są jakieś sprytniejsze metody na zrobienie czegoś w związku z takim wieńcem, ale póki co używam takich sposobów jakie znam i takich „składników” jakie mamy dostępne w PL. I dużo rzeczy albo robię na czuja albo podglądam na YT 😉

Pokażę Ci krok po kroku jak zrobiłam taki oto wieniec z okazji wiosny 😊

Jeśli DIY/prace manuale są bliskie i Tobie, gorąco zachęcam do spróbowania. Jedziemy!

Potrzebne Ci będą:

  • Wianek-podkład z pędów winobluszcza LUB (to co ja zrobiłam) świeże, giętkie gałązki i drewniany tamborek do haftowania (popatrz, popatrz jak można go fajnie wykorzystać) lub inne stabilne koło, do którego można owe gałązki przymocować,
  • Sztuczne kwiaty i liście – ja wybrałam tulipany (12), gipsówkę (1) i trawę (1). Wszystko plastikowe i do kupienia w Coście lub Auchan (i na pewno w wielu innych miejscach),
  • Drut florystyczny,
  • Pistolet na gorący klej (i wkłady, oczywiście),
  • Żyłka (taka wędkarska 😁),
  • Mały sekator,
  • Wstążka,
  • Nożyczki.

Mój drogi, moja droga, przygotuj sobie trochę miejsca; umyj stół; znajdź przedłużacz, jeśli pistolet do kleju ma krótki kabel (tak, tak, ja szukałam gorączkowo na ostatnią chwilę 😅) i kartkę papieru/gazety, żeby klej ewentualnie skapywał niekoniecznie bezpośrednio na blat (o to akurat zadbałam zawczasu 😁).

Do dzieła!

1. Jeśli jesteś tym szczęściarzem, któremu udało się dostać piękny wieniec z pędów winobluszczu, zazdro. Możesz przejść do punktu 2. Jeśli masz przed sobą tamborek i gałązki, to chwyć jeszcze drut florystyczny. Bierz po 1-3 gałązki na raz, przykładaj do tamborka i owijaj drutem w 2-3 miejscach, żeby te gałązki przymocować. Przecinaj drut sekatorkiem. Powtarzaj procedurę tak długo, aż będziesz zadowolony/zadowolona z efektu/grubości wieńca (lub aż Ci się skończy drut florystyczny 🤦‍♀️ wtedy z pomocą przyjdzie Ci żyłka wędkarska. Też daje radę).

2. Rozłóż kwiaty i liście przed sobą. Zobacz, te łodygi nie będą Ci potrzebne. Odetnij sekatorem główki kwiatów, zostawiając jakieś 5 cm łodygi. Ja zostawiłam 4 tulipany z liśćmi, reszcie obcięłam głowy. Jak Królowa Kier 🙊 (z Alicji w KC, ma się rozumieć).

3. Gipsówkę też potnij na mniejsze części i trawę też na mniejsze sekcje. Drobniejszymi częściami łatwiej się operuje.

4. Podłącz pistolet na gorący klej do prądu i postaw go na kartce – niech się rozgrzewa. Acha, myślę, że pamiętasz, żeby włożyć do niego wkład z klejem 😉

5. Teraz zrób wersję próbną: ułóż elementy od góry do środka i od dołu do środka. Jakbyś patrzył na tarczę zegara: od 12 do 9 i od 6 do 9. Tak żeby elementy zgrabnie na siebie nachodziły. Ja zaczęłam od trawy, potem kwiaty z liśćmi naprzemiennie z gipsówką i główki kwiatów na zmianę z gipsówką. Wiesz, tutaj możesz naprawdę pokombinować jak Ci się podoba. Zostaw tylko w środku miejsce na kokardę.

6. No, to skoro już ustaliłeś/ustaliłaś układ, to teraz możesz cyknąć fotę, żeby mieć ściągę, lub po prostu zapamiętać co i gdzie. Bo teraz to wszystko ściągamy i będziemy przyklejać.

7. Ostrożnie zacznij przyklejać gorącym klejem trawę, kwiaty itd. Zaczynając od góry (godz. 12) do środka i potem od dołu (godz. 6) do środka. Czasem będziesz potrzebował/potrzebowała przytrzymać chwilę element, który mocujesz, żeby klej zastygł. Powoli, nie stresuj się, jeśli coś się krzywo przyklei, to zazwyczaj jak już wyschnie to będziesz mógł/mogła ostrożnie zdemontować (lub przeciąć sekatorem i zakamuflować to miejsce jeśli trzeba innym kwiatkiem).

8. Jeśli już tutaj dotarłeś/dotarłaś, gratuluję! 😊 Możesz już oddychać spokojnie, bo została nam tylko kokarda. Ja się uparłam, że chcę jakąś bardziej okazałą, więc po prostu zrobiłam najpierw jedną, a potem na niej zawiązałam drugą i tak mi wyszła kokarda z czterema…uchami? Ramionami? Tudzież innymi częściami ciała. Przymocowałam ją również gorącym klejem, na środek „pasa zieleni”.

9. No i teraz popatrz. Widzisz jakieś dziury? Coś niespójnego? Może jakąś wielką plamę zaschniętego kleju gdzieś pomiędzy? 🙄 Luzy arbuzy, odetnij kawałek np. gipsówki i wetknij gdzie trzeba, ładnie zasłoni niedoskonałości.

Ta daaaam! Zrobione! 😊

Zostaje kwestia zawieszenia 😁

Jedna z moich ulubionych Instagramerek powiedziała kiedyś, że jeśli chcesz dekorować dom i co jakiś czas te dekoracje zmieniać, musisz się pogodzić z tym, że będziesz miała w domu dziurki po gwoździach.

Tak więc ja mam od kilku lat, na górze drzwi, od wewnątrz, wbitego pionowo gwoździa. Wbity po prostu na chama, trzyma mi wszystkie moje wieńce. Świetnie się spisuje 😊 No, chyba że macie taki fantastyczny wieszak na wieńce. To wtedy akty przemocy wobec drzwi nie są konieczne.

Anyway! Ostatnie dwa kroki to zawiązanie żyłki na górze wieńca i zamocowanie całej konstrukcji na gwoździu. Zrób kilka pętelek, just to be sure.

I tyle! To jeszcze wyjdź przed drzwi popodziwiać swoje dzieło 😊

O! I jeśli zdecydujesz się zrobić, pochwal się w komentarzach! A może masz już w domu jakąś inną wiosenną dekorację? Pokaż, pokaż! 😊