Kategorie
Dom

Kolej na urodziny

Czeeeść! 😁

Staram się mówić to „czeeeść!” wesoło i optymistycznie, ale przyznam, że różne emocje we mnie siedzą. Już zaczęłam nawet tu o nich pisać, w sensie, w brudnopisie…ALE! Nie chcę się nad nimi rozwodzić. Wybieram NIEPISANIE o izolacji i w zamian wrzucę tutaj coś radosnego, żeby i siebie, i Ciebie odciągnąć od tego co się dzieje i żebyśmy oboje pomyśleli lub obie pomyślały chociaż przez chwilę o czymś innym. Co Ty na to? Taki korona-detoks.

Ja zauważyłam, że kiedy jestem zajęta, szczególnie kiedy mam zajęte ręce czymś kreatywnym, to zapominam o tym co się za oknem dzieje. Rzeczy twórcze mnie pochłaniają i dają mnóstwo satysfakcji.

Na przykład, uwielbiam robić urodziny tematyczne dla moich dzieci.

Jak jakiś czas temu kminiłam co by tu dla Huberta przygotować z okazji drugich urodzin i zdecydowałam, że będzie to impreza kolejowa.

Bo pociągi to od pewnego czasu obsesja mojego syna.

Mówią, że niektórzy z niej nie wyrastają (chyba każdy ma chociaż jednego takiego znajomego, który do tej pory interesuje się koleją, prawda? 😉).

Jak kiedyś będziemy mieć dom i ogród (daj Panie Boże), to będziemy spraszać i pół przedszkola, będą gry, zabawy, konkurencje, cuda na kiju…ale póki co, zadowalam się (i na szczęście jubilaci również) po prostu dobrym jedzeniem, dekoracjami i prezentami.

Jak się zabrać za organizację takich urodzin?

Już ja Ci tu wszystko wytłumaczę.

Każdy taki projekt urodzinowy zaczynam od zbierania inspiracji i pomysłów na Pintereście.

Masz tam konto?

Jeśli nie, to zachęcam, no, chyba że już i tak za dużo czasu spędzasz przed smartfonem, to lepiej sięgnij po książkę, serio. Bo świat Pinteresta potrafi wciągnąć. Ale potrafi też bardzo pomóc.

Moją tablicę z zebranymi pomysłami na Train Party znajdziesz tu: https://pl.pinterest.com/beniafranek/train-party/

Zbieram co mi się podoba, a potem selekcjonuję co w rzeczywistości jestem w stanie zrobić 😂

Potem rozrysowuję to sobie wszystko w planerze (możesz zobaczyć te notatki w mojej wyróżnionej Insta Relacji)

No to chodźcie, pokażę Wam co i jak zrobiłam.

Świętowaliśmy w piątkę: jubilat, siostra, mama, tata i pies 😉 Tak, on jest pierwszy do łapania okazji jak okruchy spadają ze stołu…

Generalnie kolorystyka była niebiesko-czerwono-biała. Trochę jak kolory z flagi francuskiej. Albo amerykańskiej. Albo brytyjskiej. Ale serio, przyjęcie nie miało żadnego politycznego charakteru, whatsoever.

Pozwólcie, że zaczniemy od dekoracji.

*DEKORACJE*

Banner to dla mnie must – MUSI coś wisieć na ścianie 😉 i chociaż miałam jeszcze w planie balony to i tak sam napis jest good enough. Hubert jak widział jak drukuję te literki to z radością i zaangażowaniem wołał „gagon! gagon!” (w wolnym tłumaczeniu: WAGON).

Wiecie duuużą pomocą są tzw. free printables, czyli różne materiały, które można za darmo ściągnąć i wydrukować, do użytku osobistego. Ja te wygooglowałam. Tu jest ich źródło.

Na dole widzicie piękną girlandę, z której jestem wielce dumna 😀

Zrobiona jest z gładkiej bibuły, którą kupiłam w Auchanie (poza złotą, która jest pozostałością z innego kompletu zakupionego kiedyś przez Allegro). A na tej stronie znalazłam tutorial jak ją wykonać.

Na pintereście wpadł mi w oko pomysł na wagoniki z przekąskami. Miałam natomiast problem ze znalezieniem odpowiedniej wielkości lokomotywy, która by te wagoniki „ciągnęła”. Kurczę, szukałam i wszystkie były tycie! Włączyła mi się lekka panika, że pomysł nie wypali. Na ratunek przyszedł wujek Google, poklepał mnie po ramieniu pocieszająco i powiedział „weź Ty, kochana, wyluzuj i po prostu wydrukuj, o masz tutaj”. I podrzucił mi taki oto fantastyczny „model” pociągu do wydrukowania, wycięcia, sklejenia i pomalowania. Można nawet go przygotować ze starszym rodzeństwem jubilata! 😊

Bardzo spodobało mi się, że ten pociąg z przekąskami jedzie po torach (w oryginalnym pomyśle na Pintereście), więc kupiłam na Allegro taśmę klejącą z torami (widziałam też podobną w Tigerze).

*MENU*

Tort zrobiłam sama, ale już od pewnego czasu idę na łatwiznę i zamawiam opłatek z nadrukiem na Allegro. Hubson był absolutnie zachwycony kiedy przy śpiewaniu „Sto lat!” zobaczył, że na torcie ma lokomotywę parową!

Tort i kapkejki (babeczki) są dwoma „must have’ami”, które absolutnie muszą być u mnie na stole urodzinowym, jeśli mówimy o kategorii „słodkie”. Te były waniliowe, z malinami w środku, a krem z mascarpone i bitej śmietany zabarwiłam na niebiesko, żeby korespondował do ogólnego motywu urodzin.

Ponieważ miałam wykrawaczkę w kształcie pociągu, to żal byłoby jej nie wykorzystać 😉 zatem na stole wylądowały kruche ciasteczka z lukrem.

Zajrzyjmy do tego pociągu z przekąskami, shall we? Co my tu mamy…

Coś dla dorosłych ➡ koreczki (bo przynajmniej moje dzieci nie czają jeszcze tego imprezowego fenomenu), spotykające się z jako takim dziecięcym zrozumieniem ślimaki z ciasta francuskiego z serem i salami (przepis na stronie Winiary (Winiar? Winiary? Winiarów? Aaaa!), no i bezproblemowe herbatniki w kształcie zwierząt („a w jednym krowy, a w drugim konie…” 😉) oraz kabanosy („a w trzecim siedzą same grubasy, siedzą i jedzą tłuste kiełbasy” 😉).

Popcorn, zainspirowana, umieściłam w rożkach…a tak naprawdę w czapeczkach urodzinowych kupionych na allegro. Po prostu wyciągnęłam z nich gumkę. A w czym one stoją? Cóż. Zdesperowana 😂 ciutkę podrasowałam mój stojak na cake popsy robiąc w nim odpowiednie otwory, które (jakimś cudem!!) przytrzymały dosyć stabilnie te rożki na prażoną kukurydzę. Powiem Wam w sekrecie, że ten stojak to pudełko po chusteczkach higienicznych, wypełnione styropianem. Ale life hack, co???

Piciu, „ciupcie” (tak mój syn mówi na piciu i jakoś po drodze przestałam szukać w tym jakiejś logiki) to sok z czerwonych owoców. Od razu tu nadmienię, że butelki pochodzą chyba z Ikei, a słomki z różnych Tigerowo-Allegrowych polowań.

Żeby wypełnić wszelką wolną przestrzeń na stole, zachęcam do postawienia misek lub miseczek z owocami, orzechami, a jeśli macie keine grenzen to i żelkami i cukierkami.

A teraz spójrzcie: widzicie na butelkach te etykietki „Choo choo”? I podobne toppery na babeczkach? Są to właśnie free printables, które wyszukałam, własnym sumptem wydrukowałam i przykleiłam. Prawda, że fajne? Znajdziecie je tutaj.

Niebieskie gwizdki-trąbki (jak to się zwie?), serwetki z Tomkiem, talerzyki i plastikowe, kolorowe sztućce – wszystkie wyszukane i kupione na Allegro. Tak samo jak obrus, który jest biały. BIAŁY, powiadam, nie kosmicznie srebrny, jak wyszło na zdjęciu!

*STRÓJ*

No i jeszcze dla mnie osobiście gwóźdź programu – mały pan maszynista 😁 Mega, mega, mega się zainspirowałam tym zdjęciem i bardzo chciałam dla Hubsona coś podobnego przygotować. Najprościej było znaleźć czerwoną bandankę, jeśli chodzi o wszystko od szyi w dół, miałam w domu i body, i spodnie, które mnie satysfakcjonowały, ale CZAPECZKA???? Matko i córko! Czapeczki się mega naszukałam. Wpisywałam różne rzeczy do wyszukiwarki „strój maszynisty”, „kostium konduktora”… no i lipa, nic nie było!

A wiecie, jak ja się na coś uprę, to nie ma mocnych. Szukam do upadłego. Już, już jeździłam do sklepu z materiałami, żeby uszyć. Uszyć igłą i nitką, bo ja przecież szyć nie umiem. Ale czapeczka musi być. Musi!

Jejku, już sobie myślałam, że i na czapeczkę może znajdę jakieś free printable 😂 gdy tu nagle…w Auchanie…kupując bibułę do girlandy…w dziale dziecięcym…zobaczyłam JĄ!!! Aaaaaaa!

Czapeczka prawie idealna jak na realia polskiego asortymentu kostiumowego! Już nie chciało mi się odszywać „good vibes”, stwierdziłam, whatever, maszynista będzie luzakiem 😂 I udało się Huberta namówić, żeby na chwilę ją założył.

Uff, spełniona mama!

Wiecie, takie urodziny to sporo pracy, ale ja nie narzekam. Przygotowanie ich dało mi mnóstwo frajdy, a efekt końcowy jubilatowi dał dużo radości.

Ten gość specjalny bardzo chce zwrócić na siebie uwagę 😂 Łucka, Ty się zastanawiaj jakie urodziny TY byś chciała!

Kończąc, chciałam podziękować mojemu mężowi, za to, że kiedy trzeba było to w czasie przygotowań tego przyjęcia przytrzymywał dzieci w pokoju dziecięcym pod groźbą niepuszczania Pidżamersów do końca miesiąca, miał do mnie dużo cierpliwości, latał do sklepiku na dole po herbatniki w kształcie zwierząt, a na koniec jeszcze też pochwalił dzieło. 😊 My heart is full!

A Wam jak się podoba? Co Wy robicie kreatywnego, żeby zająć czymś ręce i myśli? A jeśli macie dzieci, to na co aktualnie mają one fazę?

Kategorie
Recenzje

A star is born

Czeeeść! Miło Cię tu znów zobaczyć 😊 cieszę się, że tu zaglądasz!

Izolacja trwa i wiele osób chwyta za książkę (oczywiście po to, żeby czytać, a nie rzucać we frustrującego domownika, z którym nie da się wytrzymać na home-office’ie). Ty też? 😊

Ja czasami mam taką tendencję, że nabywam książki pod wpływem impulsu 😜. Widzę (ach!), czytam o czym jest (ach!) i biorę! (No dobra, potem jak przeglądam koszyk i przeliczam fundusze to poświęcam chwilę na namysł. Ale tylko chwilę 😉). I tak oto zostałam właścicielką książki o Esterze.

Powiem Wam całkowicie szczerze, że uwielbiam wydawnictwo RTCK, uwielbiam o.Adama Szustaka (OP), ale kurka wodna, nie wiem do końca po co kupiłam tę książkę.

W sensie, serio? O pięknie kobiety?

Ileż można???

Wiecie, ja mam jakąś taką łaskę (i nie chcę, żeby to brzmiało jakoś pysznie czy coś), że jakiś czas temu (2-3 lata temu?) po prostu zaakceptowałam to jak wyglądam. Nie mam pojęcia jak to zrobiłam, więc ten taki spokój, który od tamtej pory czuję w środku, w Beni, to wierzę, że od Boga pochodzi. Uznałam, że Pan Bóg po prostu stworzył nas w różnych kształtach i kolorach. Jedni są okrąglejsi, inny szczuplejsi. Jedni mają nieco grubsze łydki, inni mają nieco szersze ramiona I TO JEST OK. Mamy różne kształty, jesteśmy „jabłkami”, „gruszkami”, „klepsydrami” i np. tak jak ja „kręgielkami” (bardzo mi pasuje to porównanie mojej sylwetki do kręgielka, a czytałam o nim jeszcze za czasów studiów, wertując w Empiku książkę Trinny i Susannah „Księga kobiecych sylwetek”. Patrząc teraz na okładkę tej książki, przekonuję się, że to naprawdę musiało być bardzo dawno 😫). Inaczej byłoby strasznie nudno!

I teraz uwaga: to jest OK, pod warunkiem, że się NIE ZAPUSZCZAMY. To nie jest tak, że wszystko mi wolno i Panu Bogu wszystko jedno, bo moim zdaniem chodzi o to, żeby NIE ZAPUSZCZAĆ swojego ciała. Czyli? Nihil novi: starać się zdrowo jeść i uprawiać jakąś aktywność fizyczną. „Ale banał…”. Niby banał, ale that’s it! I nie myślcie sobie, że JA myślę sobie, że to takie proste 😜 wieeeeeem jakie to trudne! U mnie najbardziej z tą aktywnością fizyczną. Ale zdecydowałam, że taką filozofię obieram: nie zapuszczać swojego ciała, po prostu o nie dbać jak o przyjaciela, powiem więcej, jak o świątynię Ducha Świętego (!!) i jak o coś, co Pan Bóg stworzył, UTKAŁ, z ogromną, ogromną miłością.

W zaakceptowaniu swojego ciała pomógł mi też bardzo Psalm 139, którego poniższy fragment wisi u mnie, zapisany na kartce, w łazience koło lustra.

Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie,
godne podziwu są Twoje dzieła.
I dobrze znasz moją duszę.

Jeśli się nie mylę, kiedyś na Urzekającej było właśnie takie zadanie dla dziewczyn do zrobienia. No. Więc (⬅ I know) jak sobie stoję przed lustrem, to czytam ten fragment na głos od czasu do czasu i się do siebie uśmiecham, i jestem wdzięczna za swoje ciało. Nawet kiedy nie mam makijażu! 😂

I oczywiście, opisałam tutaj tylko kwestię piękna zewnętrznego, a przecież jest jeszcze o wiele, wieeeele ważniejsze i nieprzemijające piękno wewnętrzne, ale takie miałam po prostu skojarzenie i tak się moje myśli potoczyły.

Ale co ja miałam……………aha!! Książka!! 😁

Żeby nie było, książka nie jest tylko o fizycznym pięknie kobiety; w znacznie, znacznie większej mierze jest o tym innym, nie-fizycznym pięknie. W ogóle jak ją czytałam to miałam jakieś deja vu. Czy ja kiedyś już słuchałam konferencji o Esterze? A może Szustak w innych konferencjach przekazywał podobne myśli co przez pół tej książki? Szczerze, nie mam pojęcia. Gdzieś coś dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele. No, bo tak: omówienie historii stworzenia Ewy i zasadę przyjmowania komplementów – pamiętam ✅, odrzucenie tego co świat uznaje za piękne i uznanie tego piękna, które widzi w nas nasz Bóg, Stworzyciel, Tato – pamiętam ✅, odrzucenie takiej myśli (i postawy!), że uznanie/aprobata ze strony mężczyzny jest mi potrzebna do szczęścia – też pamiętam ✅. Kurka wodna! No, deja vu jak bum cyk-cyk.

NATOMIAST.

(Teraz nastąpi ta część recenzji, w której powiem Wam co w ten czy inny sposób do mnie przemówiło.)

Po pierwsze primo, hasło: pszczoła.

O.Adam porównuje Esterę do pszczoły (skracam bardzo jego tok myślowy). A jaka jest pszczoła?

„Cały  czas gdzieś lata, czegoś szuka, gdzieś tam bzyczy itd. Jestem przekonany, że ta właściwość zachowania pszczoły jest właśnie jedną z cech dobroci kobiecej. (…) Prawdziwa kobieta jest nieustannie w ruchu. I nie chodzi mi oczywiście o zachowania nerwicowe. Prawdziwa kobieta nieustannie wszystko ogarnia, skacze z kwiatka na kwiatek, by zrobić jak najwięcej.”

Nie chodzi tu oczywiście o przeskakiwanie ze związku w kolejny związek, ale o „stan życiowego, nieustannego poruszania się”.

Skądś to znam! 😂 Bo ja też rzadko usiedzę na miejscu.

I jeszcze podoba mi się jak pisze:

„Kobieta jest jak pszczoła. (…) To istny ruch, energia, która trwa cały czas”.

I wiecie, nie chodzi tutaj o jakieś spektakularne rzeczy, ale bardzo przyziemne DOBRO: ogarnianie rodziny, pomoc sąsiadce, telefon do koleżanki, która być może ma jakiś ciężki czas… Pamiętanie o wysłaniu życzeń urodzinowych, kupowanie prezentów dla najbliższych, zadbanie o to, żeby nie iść z pustymi rękami w odwiedziny do kogoś… Facet – typowy, bo oczywiście są wyjątki – raczej o takich rzeczach nie będzie pamiętał, a my – mam na myśli typowe kobiety – mamy to jakoś w naturze. Nie sądzicie?

I jakoś tak czuję, że to porównanie do pszczoły mi pasuje. Pod warunkiem oczywiście, że – w przeciwieństwie do mnie 😂 – taka pracowita pszczoła nie weźmie za dużo na głowę i nie będzie trzymała dziesięciu srok za ogon 🙄. Chodzi o takie chętne, naturalne, dbanie o innych, robienie dobra. I niezaprzestanie robienia go jak już dzieci wyjdą z domu i zrobi się w życiu mniejszy „ruch” (mam tu na myśli taki rodzinny traffic). Nie. Mamy dalej być w ruchu, dalej działać , dalej rozprzestrzeniać to dobro. Me gusta.

Po drugie primo: gracja.

Jakoś ten temat gracji wywołał we mnie falę różnorakich uczuć, od zdziwienia po oburzenie i jakieś takie uczucie, które można wyrazić gestem wzruszenia ramionami (ale nie chodzi mi tu o obojętność, raczej coś bliżej rezygnacji? Zaakceptowania czegoś?).

O.Adam o gracji pisze tak: „Gracja w kobiecie to coś, co ma w sobie trochę z wyglądu, trochę ze sposobu poruszania się i trochę ze sposobu bycia.” Pisze też, że wśród kobiet, które on zna dużo częściej taką pewną grację spotyka się u pań po 50-tce, czy 60-tce. I dalej:

„gdy spotykam takie kobiety czuję się przy nich po prostu jak wieśniak w gumowcach, który właśnie wyszedł z obory, z gnojem na grabiach” i że mężczyzna przy takiej kobiecie „po prostu jest zaszczycony jej obecnością”.

Czytam to i sobie myślę: „kurka wodna! Coś czuję, że ja chyba nigdy nie będę miała w sobie TAKIEJ gracji!”. Jak czytam ten opis Szustaka, to mi się momentalnie gracja kojarzy z DAMĄ. A ja? Popatrzmy na mnie dzisiaj. „Trochę z wyglądu”: białe trampki, jeansy i biały t-shirt ze sloganem. Okulary słoneczne, srebrna, metaliczna kurtka – ❌. „Trochę ze sposobu poruszania się”: no, w płaskich trampkach trudno kołysać biodrami, ale przynajmniej chodzę w nich pewnie 😂 – ❌. „Trochę ze sposobu bycia”: Potrafię być złośliwa, pyskować do męża i wybuchać, kiedy się we mnie zagotuje i jestem akurat zmęczona – ❌. Oj, słabo to wygląda, Beniu. Chyba nie będzie z Ciebie żadna dama. No właśnie. Ale daję sobie takie dwie opcje: albo znajdę w sobie jakieś inne oblicze gracji albo będę siebie bacznie obserwowała po 50tce. I jeszcze baczniej będę obserwowała czy panowie są zaszczyceni moją obecnością. Ha!

Po trzecie i ostatnie primo: karty pracy.

To dodatek do książki. Kurka woda, jak mnie się to podoba, że coś takiego istnieje!

Karty pracy to świetny sposób na autentyczne i bez ściemy wdrożenie do swojego życia codziennego tych wszystkich myśli i wartości przekazanych w książce. Bo wiadomo jak jest, można przeczytać i odłożyć na półkę, a można nie tylko wziąć coś sobie do serca, ale też realnie coś dobrego zdziałać.

Kart jest 20 i są pięknie wydane, i pięknie zapakowane. Zadania na kartach podzielone są na kategorie: modlitwa, decyzja i działanie. Zaczęłam je robić oczywiście dopiero po przeczytaniu książki i robię je powolutku, ale każdym zadaniem jestem zachwycona. Są rzeczy do zrobienia dla siebie, dla kogoś i dla Boga. Mega. No i zadania z tych kart zbliżają nas do bycia takimi jak królowa Estera z Pisma Świętego.

Wiecie, tak sobie scrolluję i przeglądam to co tu napisałam… bo chciałam zakończyć tę recenzję określeniem dla kogo ta książka w ogóle jest? Kto jest grupą docelową? Bo początkowo miałam taką myśl, że nie do wszystkich kobiet ona jest skierowana. Do tych z kompleksami? Do studentek? Do młodych mężatek? Do singielek? Ale im bardziej dumam nad pszczołą i nad gracją, i jak przeglądam sobie te karty pracy, to myślę sobie, że ten krąg jest o wiele szerszy niż mi się z początku wydawało, i że każda kobieta nad JAKIMŚ (z wielu) aspektów piękna pewnie powinna popracować. Piękna = dobra.

Panowie, może się wypowiecie? Jaka (nie „która” 😉) kobieta Wam imponuje?

Dziewczyny, no i jak z tym pięknem jest u Was? Kiedy czujecie się piękne?

Kategorie
Rozkminy

Pójść na coaching?

Cześć! Jak dobrze, że tu jesteś! 😊

Jak się czujesz w czasie social distancing? Jeśli jesteś ekstrawertykiem, tak jak ja, to podejrzewam, że masz lepsze i gorsze momenty. Mam nadzieję, że ten tekst oderwie Cię trochę od tego co się dzieje i porwie w wir mojej fascynującej historii 😁 .

Jeśli śledzisz moje konto Instagramowe to pewnie w zeszłym tygodniu widziałeś/widziałaś moją Instarelację pełną podekscytowania, żeeeee…skończyłam mój proces coachingowy! I o tej mojej pokręconej coachingowej historii będzie ten wpis.

Jak to się stało, że trafiłam na coaching kariery? Czy NAPRAWDĘ nie potrafiłam sobie poradzić sama w temacie pracy zawodowej, że potrzebowałam pomocy specjalisty?

Hmmm, naprawdę 😂

Pozwólcie, że podam Wam mały background.

Cofnijmy się o jakieś 6-7 miesięcy wstecz. Tak, to będzie mały background. Jak na moje możliwości 😅

Mój stan emocjonalno-psychiczno-innyniżfizyczny wygląda tak: mam dość mojej pracy w korpo, jestem totalnie zestresowana, to co robię tam jest totalnie wbrew mojej naturze i TALENTOM, których w ogóle tam nie wykorzystuję i chcę! to! zmienić! Do tego atmosfera zaczęła się psuć i wiele innych rzeczy się nałożyło, że chciałam! to! zmienić!

 „Normalny” człowiek, odczuwając stres i niezadowolenie z pracy pewnie 1) zacząłby szukać innej, 2) znalazłby ją, 3) złożyłby wypowiedzenie i po odpowiednim okresie 4) by tę nową pracę podjął.

Co zrobiła Benia?

Złożyła wypowiedzenie bez nowej pracy w zanadrzu.

Acha, a czy wspominałam, że miałam 7 dni okresu wypowiedzenia? Nie? No to po tygodniu już byłam bez pracy. BEZ. PRACY.

Pierwszy dzień na bezrobociu. Jadę autobusem i dzwoni telefon. Kurde, znowu ta szkoła z kursem coachingu, czy oni nie wiedzą, że teraz szukam pracy i mam inne rzeczy na głowie? Daliby mi spokój.

„Halo? (…) Tak, słucham (…). Ach, są jeszcze miejsca na kurs coachingu? Ale wie pan co, ja… (…) O? Raty zero procent? (…) Spłata co miesiąc? (…) Tak, to rzeczywiście brzmi fajnie. (…) Wie pan co, niech mi pan da jakieś 2 dni do namysłu, ja panu dam znać, bo to rzeczywiście brzmi kusząco. (…) Tak, dziękuję. Do widzenia.”

Telefon o kursie coachingu i dogodnych warunkach finansowo-rozliczeniowych – w pierwszy dzień na bezrobociu? Przypadek???

Przegadałam z Panem Bogiem, przegadałam z mężem, stwierdziłam, że przecież od kilkunastu miesięcy odkładam regularnie na moje subkonto, na mój „fundusz edukacyjny” – no przecież właśnie na takie okoliczności.

Zapisałam się.

Wiecie, to nie chodzi o to, że od zawsze marzyłam o tym, żeby być coachem. Prawda jest taka, że zrobiłam w sumie chyba ze 4 badania predyspozycji zawodowych (lub podobne) …i po prostu próbowałam coś z tego sensownego skleić. Z tych badań wychodziło kilka głównych gałęzi/branż, w których mogłabym się spełniać i gdzieś tam w czołówce była szeroko pojęta psychologia. A ponieważ jakoś nigdy nie ciągnęło mnie w tym kierunku – stwierdziłam, że coaching może być idealnym wyjściem. Coach – nie-psycholog, w pewnym stopniu doradca, towarzysz w realizacji celów… Tak, odpowiadało mi to.

Tak więc pełna werwy i zapału (i trochę jednak niepewności) zaczęłam ten kurs.

Kurs

Pierwszy zjazd wywrócił moje myślenie do góry nogami.

Wiecie, grupa fajna. Super ludzie. Pani prowadząca wygadana. Dużo, MASA praktyki – ćwiczenia w parach, w grupach. Mucha nie siada. W pewnym momencie pani prowadząca robi symulację rozmowy coachingowej z jednym z uczestników kursu.

Siadają naprzeciwko siebie i padają pytania. Pytanie. Namysł (cisza). Odpowiedź. Namysł (cisza). Pytanie. Namysł (cisza). Odpowiedź. Namysł (cisza).

I. Tak. W kółko.

Byłam przerażona. Patrzyłam na tę symulację rozmowy coachingowej, a myśli galopują w głowie „o matko!!!! To nie jest zupełnie moja energia!!! Tyle ciszy! I refleksji! I powagi! Zero ekspresji! Aaaaaaa!”. Zaczęłam poważnie wątpić czy ja tu powinnam być. Czy ja w ogóle chcę być coachem. Jasne, NA BANK nie wszystkie rozmowy tak wyglądają i NA BANK każdy coach jest inny, ale kuuuuuuurka wodna! Przeraziło mnie to! Potem próbowałam sobie tłumaczyć: „może ja jednak takie sesje będę prowadziła inaczej?”. Halo! Na pewno prowadziłabym inaczej! Ale wtedy, na tamtym zjeździe, ta symulacja mnie…wystraszyła.

Ale nawet nie to było najważniejsze w tamtym weekendzie kursowym.

Kolejne ćwiczenie, tym razem w parach, mamy się rozejść po różnych miejscach w budynku lub na dziedziniec i mamy za zadanie przez 5 minut odpowiadać drugiej osobie na postawione przez nią pytanie „Kim jesteś?”.

Pomyślałam sobie: „phi! Łatwizna 😎 Przecież ja lubię o sobie gadać”. Cóż. Jak przyszło co do czego, zostało mi półtora minuty i zabrakło mi pomysłów. Kim jestem? Kim jestem? Pomysły wróciły, ale… odpowiedzi były coraz głębsze. Sięgałam dalej i dalej w głąb siebie. W pewnym momencie… rozkleiłam się. Odkrywałam jakieś takie prawdy o sobie, które być może gdzieś tam wyczuwałam, ale wtedy je ponazywałam i jakby się zmaterializowały. I wtedy koleżanka (na pewno będzie świetnym coachem) powiedziała: „Chyba coś o sobie odkryłaś”. Ja odpowiedziałam (pociągając nosem i wycierając łzy): „Tak. Odkryłam, że jestem ważna, mądra i że moje pomysły są ważne i piękne”.

Wiecie, może to brzmi totalnie głupio, ale wtedy dla mnie to naprawdę był przełom. Mówiąc „pomysły” miałam na myśli pomysły na siebie. Na zawód. Być może na biznes.

Odkryłam wtedy coś jeszcze, czego nie powiedziałam.

Ja nie potrzebuję zostać coachem. Ja sama potrzebuję coachingu. Po prostu coachingu kariery.

Byłam tego PEWNA aż do szpiku! Kości!

Tego samego dnia zdecydowałam, że rezygnuję  z kursu coachingu i sama szukam coacha.

Zwrot

Jeśli chodzi o coacha, to ja od razu wiedziałam do kogo chcę zadzwonić.

www.karolinazmudzka.pl 

Miałam to szczęście poznać Karolinę na warsztatach FRISowych rok wcześniej (o FRISie kiedyś Wam opowiem, jestem w tym narzędziu za-ko-cha-na). Już wtedy niezmiernie mi się spodobało, że jest coachem KARIERY i że bez ogródek nazwała to co ja od dawna odczuwałam, ale jakoś ignorowałam: że ja się docelowo do korpo nie nadaję. Targety? Raporty? Cele organizacji? To zupełnie nie dla Partnera Idealisty. Ujęła mnie tą swoją bezpośredniością, pewnością siebie i wyczułam, że jest w tym zupełnie inna niż ja i że chyba potrzebuję takiej innej niż ja osobowości do fajnej współpracy.

Napisałam do niej dzień po rezygnacji z kursu. (Jak widzicie, miałam niezłe tempo 😉)

Potem zadzwoniłam i Karolina mnie znowu ujęła: „Benia. Teraz jesteś w emocjach (Ja?? Nieeee, skądże 😅 no, może troszeczkę…). Nie chcę, żebyś podejmowała taką decyzję w emocjach. Moja propozycja jest taka i taka. Zastanów się. Pamiętasz taką Hanię z warsztatów FRISowych? Zadzwoń do niej, pogadaj z nią, ja jakiś czas temu skończyłam z nią proces coachingowy, niech Ci da feedback o pracy ze mną. Poczytaj opinie o mnie od klientów, na stronie internetowej. Daj mi znać na koniec tygodnia jaka jest Twoja decyzja”.

Matko kochana, zdrowy rozsądek w czystej postaci. Uwielbiam!

Hania oczywiście polecała. Powiedziała też, żebym nastawiła się na zaangażowanie czasowe, co przy dwójce małych dzieci i planach budowy domu może być nie lada wyzwaniem.

To też brzmiało rozsądnie 😅 ale stwierdziłam, że muszę, no po prostu muszę ten proces zacząć teraz, bo NIGDY nie będzie idealnego czasu.

Proces

Z Karoliną spotykałam się co 2 tygodnie od października do marca. Dokładnie 18 marca miałyśmy ostatnie spotkanie.

Każdy proces coachingowy jest inny. Każdy przychodzi z innym backgroundem, ze swoją historią no i przede wszystkim z innym celem. A coaching to praca na celach.

Moim celem było przede wszystkim 1) zdeterminowanie CZYM ja tak naprawdę mogłabym się zająć zawodowo, 2) CZY potrzebuję do tego jakichś dodatkowych kwalifikacji i 3) CO mogłabym zacząć robić już dzisiaj, żeby do tej wizji się powolutku zbliżać.

To co mi się absolutnie podobało w pracy z Karoliną, to to, że nasze spotkania nie były sztywne i TYLKO refleksyjne. Bo było w nich też dużo swobody i śmiechu, i TONA inspiracji. Karolina nie tylko zadawała pytania, ale aktywnie uczestniczyła w tym procesie. Pomogła mi zauważyć i ponazywać moje zasoby (talenty, doświadczenia, potencjał, „przydatne” cechy charakteru). Dawała mi absolutnie rewelacyjne zadania domowe. Dużo zadań domowych. I to takich co do których zacierałam ręce i przebierałam nóżkami, żeby je zrealizować. Wysyłała mi linki i materiały na tematy, na które rozmawiałyśmy. Dodawała mi pewności siebie – po prostu wierząc we mnie i w moje pomysły wspólnie z nią wypracowane.

Wierzcie mi, po każdym spotkaniu coachingowym nie wychodziłam, ale wyfruwałam jak na skrzydłach.

Ten blog i moje dalsze plany z nim związane są rezultatem procesu coachingowego.

Ale oczywiście nie tylko.

Gdzie w tym wszystkim był Pan Bóg?

Pan Bóg to wszystko absolutnie niesamowicie wymyślił.

Znacie tę anegdotę o księdzu, który czekał na to, aż Bóg go osobiście uratuje od powodzi i odsyłał każdą ekipę ratunkową przez Boga właśnie zesłaną?

Pan Bóg był ze mną, kiedy stresowałam się pracą w korpo. Był ze mną, kiedy decydowałam o zwolnieniu się z niej. Wierzę, że On też maczał palce w tym telefonie w sprawie kursu coachingu. To Jego sprawka, że jedno zadanie na pierwszym zjeździe odkryło moje serce przede mną samą. I może zabrzmi to patetycznie, ale tak nie jest: On postawił mi na drodze Karolinę, która pomogła mi dojść do tego momentu, w którym jestem teraz. A teraz jest tak, że od połowy listopada jestem w nowym, fajnym korpo na zupełnie innym niestresującym stanowisku (to też jest historia na inny wpis 😉), prowadzę bloga chrześcijańsko-lifestylowego, zdobywam kontakty, szykuję projekty i wreszcie CZUJĘ WIATR W ŻAGLACH.

Mogłabym siedzieć i rozpaczać nad moją sytuacją, i tylko się modlić, i nadstawiać ucha, czekając aż Pan Bóg mi szepnie jaki zrobić następny kurs czy podyplomówkę, czy może jeszcze jeden test predyspozycji zawodowych, a może wreszcie mi powie jak krowie na rowie co mam z życiem zawodowym zrobić… ale jestem Mu wdzięczna, że natchnął mnie do sięgnięcia po pomoc specjalisty. I ten blog i wszystko co z nim związane, chcę, żeby był na Jego chwałę i moją samorealizację.

A Wy? Jakie opinie o coachingu słyszeliście? A może korzystaliście? Dorzućcie swoje trzy grosze! 😊

PS. Ten post NIE JEST sponsorowany. Dzielę się po prostu moją historią!

Kategorie
Dom

Wieniec wiosenny

Cześć! 😊 Jak się masz? Cieszę się, że możemy znów się tu „zobaczyć” 😊

Słuchaj, Ty i ja wiemy jaki jest temat #1 absolutnie wszędzie: w internetach, memach, newsach, rozmowach z rodziną i znajomymi… 🙄 Co powiesz na mały detoks od tego wszystkiego?

Wiesz, nie o to mi chodzi, że bagatelizuję zagrożenie czy coś, nie, nie! Ale czy Ty nie masz dość? JA mam. Zachowuję ostrożność zgodnie z zaleceniami. I nie zgadzam się na życie w strachu. Ufam.

I w wolnych chwilach scrolluję sobie na Instagramie. Ostatnio natknęłam się na profil, który bardzo lubię, KJP – amerykańskiego fotografa i założyciela marki Kiel James Patrick. I on o tej sytuacji pisał tak:

I know it seems impossible to escape an inescapable aspect of our lives, but that doesn’t mean we have to sink into the despair. Although it’s no time to run from our problems, there’s always time to run to what makes you happy, even if it’s just for a minute or two.

Czujesz to? Innymi słowy: nie wpadaj w rozpacz, respektuj „wroga” i rób to, co daje Ci radość. Na tyle na ile to jest możliwe.

Ten wpis dodał mi skrzydeł! A że jednocześnie zaświeciło słońce, zawitała wiosna, WIOSNA, ludzie(!!), to stwierdziłam, że więcej sygnałów nie potrzebuję i zabieram się za coś twórczego.

Uwielbiam dekorować. Parę lat temu zachwyciłam się wieńcami na drzwi i zaczęłam je robić – po prostu tak jak potrafię. Nie jestem pro (jeszcze 😉), pewnie są jakieś sprytniejsze metody na zrobienie czegoś w związku z takim wieńcem, ale póki co używam takich sposobów jakie znam i takich „składników” jakie mamy dostępne w PL. I dużo rzeczy albo robię na czuja albo podglądam na YT 😉

Pokażę Ci krok po kroku jak zrobiłam taki oto wieniec z okazji wiosny 😊

Jeśli DIY/prace manuale są bliskie i Tobie, gorąco zachęcam do spróbowania. Jedziemy!

Potrzebne Ci będą:

  • Wianek-podkład z pędów winobluszcza LUB (to co ja zrobiłam) świeże, giętkie gałązki i drewniany tamborek do haftowania (popatrz, popatrz jak można go fajnie wykorzystać) lub inne stabilne koło, do którego można owe gałązki przymocować,
  • Sztuczne kwiaty i liście – ja wybrałam tulipany (12), gipsówkę (1) i trawę (1). Wszystko plastikowe i do kupienia w Coście lub Auchan (i na pewno w wielu innych miejscach),
  • Drut florystyczny,
  • Pistolet na gorący klej (i wkłady, oczywiście),
  • Żyłka (taka wędkarska 😁),
  • Mały sekator,
  • Wstążka,
  • Nożyczki.

Mój drogi, moja droga, przygotuj sobie trochę miejsca; umyj stół; znajdź przedłużacz, jeśli pistolet do kleju ma krótki kabel (tak, tak, ja szukałam gorączkowo na ostatnią chwilę 😅) i kartkę papieru/gazety, żeby klej ewentualnie skapywał niekoniecznie bezpośrednio na blat (o to akurat zadbałam zawczasu 😁).

Do dzieła!

1. Jeśli jesteś tym szczęściarzem, któremu udało się dostać piękny wieniec z pędów winobluszczu, zazdro. Możesz przejść do punktu 2. Jeśli masz przed sobą tamborek i gałązki, to chwyć jeszcze drut florystyczny. Bierz po 1-3 gałązki na raz, przykładaj do tamborka i owijaj drutem w 2-3 miejscach, żeby te gałązki przymocować. Przecinaj drut sekatorkiem. Powtarzaj procedurę tak długo, aż będziesz zadowolony/zadowolona z efektu/grubości wieńca (lub aż Ci się skończy drut florystyczny 🤦‍♀️ wtedy z pomocą przyjdzie Ci żyłka wędkarska. Też daje radę).

2. Rozłóż kwiaty i liście przed sobą. Zobacz, te łodygi nie będą Ci potrzebne. Odetnij sekatorem główki kwiatów, zostawiając jakieś 5 cm łodygi. Ja zostawiłam 4 tulipany z liśćmi, reszcie obcięłam głowy. Jak Królowa Kier 🙊 (z Alicji w KC, ma się rozumieć).

3. Gipsówkę też potnij na mniejsze części i trawę też na mniejsze sekcje. Drobniejszymi częściami łatwiej się operuje.

4. Podłącz pistolet na gorący klej do prądu i postaw go na kartce – niech się rozgrzewa. Acha, myślę, że pamiętasz, żeby włożyć do niego wkład z klejem 😉

5. Teraz zrób wersję próbną: ułóż elementy od góry do środka i od dołu do środka. Jakbyś patrzył na tarczę zegara: od 12 do 9 i od 6 do 9. Tak żeby elementy zgrabnie na siebie nachodziły. Ja zaczęłam od trawy, potem kwiaty z liśćmi naprzemiennie z gipsówką i główki kwiatów na zmianę z gipsówką. Wiesz, tutaj możesz naprawdę pokombinować jak Ci się podoba. Zostaw tylko w środku miejsce na kokardę.

6. No, to skoro już ustaliłeś/ustaliłaś układ, to teraz możesz cyknąć fotę, żeby mieć ściągę, lub po prostu zapamiętać co i gdzie. Bo teraz to wszystko ściągamy i będziemy przyklejać.

7. Ostrożnie zacznij przyklejać gorącym klejem trawę, kwiaty itd. Zaczynając od góry (godz. 12) do środka i potem od dołu (godz. 6) do środka. Czasem będziesz potrzebował/potrzebowała przytrzymać chwilę element, który mocujesz, żeby klej zastygł. Powoli, nie stresuj się, jeśli coś się krzywo przyklei, to zazwyczaj jak już wyschnie to będziesz mógł/mogła ostrożnie zdemontować (lub przeciąć sekatorem i zakamuflować to miejsce jeśli trzeba innym kwiatkiem).

8. Jeśli już tutaj dotarłeś/dotarłaś, gratuluję! 😊 Możesz już oddychać spokojnie, bo została nam tylko kokarda. Ja się uparłam, że chcę jakąś bardziej okazałą, więc po prostu zrobiłam najpierw jedną, a potem na niej zawiązałam drugą i tak mi wyszła kokarda z czterema…uchami? Ramionami? Tudzież innymi częściami ciała. Przymocowałam ją również gorącym klejem, na środek „pasa zieleni”.

9. No i teraz popatrz. Widzisz jakieś dziury? Coś niespójnego? Może jakąś wielką plamę zaschniętego kleju gdzieś pomiędzy? 🙄 Luzy arbuzy, odetnij kawałek np. gipsówki i wetknij gdzie trzeba, ładnie zasłoni niedoskonałości.

Ta daaaam! Zrobione! 😊

Zostaje kwestia zawieszenia 😁

Jedna z moich ulubionych Instagramerek powiedziała kiedyś, że jeśli chcesz dekorować dom i co jakiś czas te dekoracje zmieniać, musisz się pogodzić z tym, że będziesz miała w domu dziurki po gwoździach.

Tak więc ja mam od kilku lat, na górze drzwi, od wewnątrz, wbitego pionowo gwoździa. Wbity po prostu na chama, trzyma mi wszystkie moje wieńce. Świetnie się spisuje 😊 No, chyba że macie taki fantastyczny wieszak na wieńce. To wtedy akty przemocy wobec drzwi nie są konieczne.

Anyway! Ostatnie dwa kroki to zawiązanie żyłki na górze wieńca i zamocowanie całej konstrukcji na gwoździu. Zrób kilka pętelek, just to be sure.

I tyle! To jeszcze wyjdź przed drzwi popodziwiać swoje dzieło 😊

O! I jeśli zdecydujesz się zrobić, pochwal się w komentarzach! A może masz już w domu jakąś inną wiosenną dekorację? Pokaż, pokaż! 😊

Kategorie
Rozkminy

Ten o tatuażu.

Cześć! Co tam u Ciebie słychać? Cieszę się, że wpadłeś lub wpadłaś 😊

Jak leci Wielki Post? Jak Twoje postanowienia?

Co, nie jest łatwo, no nie? Ugh, tell me about it. Za Zdrapką Wielkopostną LEDWO nadążam, w weekendy o modlitwie sobie przypominam dopiero wieczorem, a w pracy co chwilę ktoś przynosi ciasto 😂🙄 Jak żyć, no jak żyć…? Ale nawet jeśli miałeś/miałaś jakieś potknięcia to się absolutnie nie poddawaj, tylko wstawaj, poprawiaj koronę i zasuwaj dalej z pracą nad sobą 💪

Dzisiaj opowiem Wam fascynującą historię mojego tatuażu 😂

A było to tak…

Background

„Lata świetlne” temu, jakoś chyba w liceum, a może to już było na studiach, gorąco się modliłam w domu. Już nawet nie pamiętam jakie były okoliczności życiowe, ale patrząc na rezultat tej modlitwy, musiałam się czymś strasznie zamartwiać. Jak to ja. Jak się martwię, to się spinam, potem zaczynają mnie wnętrzności ze stresu skręcać itd. Pewnie niektórzy z Was coś podobnego przeżywają.

I pamiętam jak w czasie tej modlitwy, stresu, spięcia, przyszły mi na myśl słowa z Ewangelii wg św.Mateusza, o tym jak Pan Bóg troszczy się o lilie polne i o ptaki podniebne, więc czemu miałby się nie zatroszczyć o mnie? I kolejne słowa zaraz po tym fragmencie:

Szukajcie wpierw królestwa Bożego i jego sprawiedliwości,

a wszystko inne będzie Wam dodane.

Wiecie co. Momentalnie poczułam ulgę. Autentycznie. I oświecenie. I zaskoczenie. Niesamowite, ale po tych słowach wszystkie myśli i rozterki się uspokoiły. Pan Bóg mnie wzywa do tego, żebym w pierwszej kolejności zajęła się szerzeniem królestwa Bożego na świecie. A On zadba o resztę. Czym ja się martwię? No i te słowa się TAK do mnie PRZYKLEIŁY…że uznałam, że nie chcę się z nimi rozstawać, że one będą moje, że to będzie moje motto życiowe.

Let’s do this.

Czas mijał, moje siostry zaczęły się dziarać. Różne tam rzeczy sobie tatuowały, jakoś po kilku pierwszych przestałam to śledzić 😅. W pewnym momencie stwierdziłam, że jeśli kiedykolwiek miałabym coś sobie wytatuować, to koniecznie to będzie ten cytat z Pisma Świętego.

Pomysł dojrzewał i w sumie, kiedy nastał rok 2018 i spisywałam w styczniu cele na ten rok, to w czołówce było właśnie zrobienie sobie tatuażu. A że lubię kuć żelazo póki gorące 😉 to już w lutym miałam umówiony termin 😁

Wiedziałam, że chcę cytat, ale chciałam też koniecznie kolory, żeby cieszyły oko. Wiedziałam też, że muszę mieć ten cytat na ręce – żeby przypominał mi jakie powinny być moje priorytety. Bardzo tego potrzebowałam i ciągle potrzebuję do tego wracać.

Miałam wybraną czcionkę i kilka plików graficznych – poszłam z tym do studia i tam na miejscu pan dziaracz poukładał moją „mniej-więcej” wizję w spójny obraz, mieszczący się na mojej chudej jak patyk ręce 😂.

Pamiętam ten moment, kiedy przykleił do mojego przedramienia kalkę z projektem tatuażu. Kiedy zobaczyłam się w lustrze z fioletowym szkicem na ręce, ogromny uśmiech od ucha do ucha zawitał na mojej twarzy. „OMG!! Rewelacja!! Robimy to!”

A potem było 2,5 h zaciskania zębów.

Jak ktoś się mnie pyta czy bolało, to odpowiadam, że samo robienie tatuażu nie bolało aż tak bardzo, zresztą ta część przedramienia od wewnątrz jest mało bolącym miejscem na tatuaż. Ale jak mi potem pan dziaracz posmarował ten tatuaż i zawinął folią…jadąc autobusem do domu starałam się nie wyć z bólu. O mamo, jak to strasznie piekło 😖😖😖 masakra!… Ale był! Piękny, kolorowy, z motywami roślinnymi i jednym z najważniejszych zdań w moim życiu.

Epilog?

Co było potem?

Potem zaczęło się coś z czego nie do końca zdawałam sobie sprawę planując ten ruch.

Zaczęłam świadczyć.

Dzień po wydziaraniu, w pracy, podchodzę radośnie na open space’ie do znajomej Finki i mówię do niej, jak to ekstrawertyczka: „Cześć Hanne! Zobacz jaki tatuaż sobie zrobiłam!”.

Z Hanne rozmawiałyśmy kilka dni wcześniej w pracy o tatuażach właśnie. Wtajemniczyłam ją w mój zamiar i przyklasnęła pomysłowi – sama miała zamiar też się wytatuować. Rozmawiałyśmy jak to różni ludzie mają różne podejścia do tej kwestii i jak często odradzają, bo a) na starość skóra się zmarszczy, bo b) może się znudzić i tak dalej, i tak dalej. Hanne to wszystko skwitowała „Co oni gadają! Przecież równie dobrze mogę umrzeć już jutro w jakimś wypadku czy czymś! Dlaczego miałabym nie robić sobie tatuażu z powodu pomarszczonej skóry w podeszłym wieku?”. I couldn’t agree more.

Anyways! Podchodzę do Hanne i pokazuję jej tatuaż (na open space’ie, podkreślam), inni patrzą, Hanne próbuje czytać (tak, „righteousness” to trudne słowo po angielsku 😅), a ja się zastanawiam………….. „Damn, co ja robię? Oprócz tego, że właśnie oblewam się pąsem. Właśnie pokazuję wszem i wobec w pracy, że…jestem wierząca. No bo przecież mówię, że jest to cytat z Pisma Świętego. O cholera, damn, damn, damn, zacznie się hejt.”.

Ale wiecie co? Nie zaczął się.

Wierzcie albo nie, ale ja miałam baaardzo długo problem z tym, żeby nie bać się przyznawać się do mojej wiary w różnych nie-kościelnych towarzystwach. Wiem, że nie ma się czym chwalić, ale serio tak było. Bałam się hejtu, nieprzyjemnych komentarzy, tego, że zaraz ktoś będzie chciał mnie wciągnąć w jakąś dyskusję czy konfrontację, a ja nie będę miała argumentów – różne czarne scenariusze sobie pisałam w głowie. Ale, przynajmniej wtedy, nic się takiego nie zadziało. Dziewczyny popatrzyły, na wieść o tym, że to fragment z Biblii była krótka chwila ciszy 😅 i potem skomplementowały, że bardzo ładny i gdzie robiłam i czy bolało, itd.

Wiecie, to brzmi niewiarygodnie, absurdalnie albo wręcz śmiesznie, ale ja od tamtego dnia uczę się nie bać mówić o tym, że jestem wierząca. A zaczęło się od tatuażu 😂 Oczywiście, to Duch Święty dodaje mi odwagi i pomaga przekraczać swój strach. Ale, kurka wodna, zaczęło się od tatuażu!

To znaczy, projektując go, wiedziałam, że chcę ten cytat, że chcę go po angielsku, m.in. po to, żeby świadczyć w pracy – tak sobie wmawiałam. Ale tak naprawdę nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że ja autentycznie będę to robić.

Teraz bywa tak w mojej aktualnej pracy, że w naszej korpokuchni, w kolejce do zmywania pudełek po lunchu, ktoś zagada „co masz tam wytatuowane?”. Ja wtedy robię głęboki wdech i mówię „To cytat z Pisma Świętego. Szukajcie wpierw królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie Wam dodane. Po angielsku”.

„Acha.”

„Ło matko!”

„A to Ty wierząca jesteś?”

„Ale tak, że do kościoła chodzisz co niedzielę i modlisz się zdrowaśkami?”

Tak.

<kiwanie głową ze strony rozmówcy>

Wiecie, jest takie powiedzenie, pięknie brzmiące po angielsku: Practice makes perfect.

Więęęc* ja dzielnie ćwiczę mówienie o tym, że tak, jestem wierząca, tak, chodzę do kościoła, a jednocześnie nie jestem kosmitą. Bo w chrześcijańskim towarzystwie to easy peasy, ale tam gdzie jesteś w mniejszości, to nie jest to dla mnie takie oczywiste.

Tak sobie pomyślałam, że dominikanie mają swoją dewizę „Głosić wszystkim, wszędzie i na wszystkie sposoby”. Dla mnie to jest jeden z tych sposobów.

Cieszę się, że mam ten tatuaż. Te słowa, które układają moje priorytety będą ze mną na zawsze, już nie będzie wymówek, że zapomniałam. Mogę na nie popatrzeć, dotknąć ich, wziąć głęboki oddech i zabierać się do budowania tego królestwa.


A Wy, co myślicie o tatuażach? Może macie jakieś, albo chcielibyście mieć?

Dla wątpiących, hejtujących, grożących palcem, że to „pieczęć szatana” polecam posłuchać/poczytać nie tylko o.Szustaka (od 24:00 min.), ale też ten filmik i ten artykuł, i ten.

*tak, wiem, że nie zaczyna się zdania od „więc” 🙄

Kategorie
Gift Guide'y

Gift Guide na Dzień Kobiet 2020

Hej, witajcie ponownie na blogu! Miło mi znów Was tu gościć 😊

Patrzcie, patrzcie! Oto pierwszy na tym blogu Gift Guide (tadaaam!), czyli takie zestawienie propozycji na upominki z jakiejś okazji. Przyznaję się bez bicia, że sama uwielbiam przeglądać takie gift guide’y na innych blogach – cóż, zwykle amerykańskich, a to znaczy, że nie zawsze jestem w stanie kupić coś podobnego u nas, ale zainspirować się – a i owszem! 😊

I właśnie ku inspiracji powstał ten wpis.

Panowie, czekajcie, zostańcie, kończę przydługawy wstęp i może właśnie Wam coś podpowiem 😁

Zebrałam 10 propozycji na upominek z okazji Dnia Kobiet! Wybierałam te artykuły z myślą o chrześcijankach – znajdziecie tu produkty zarówno fantastycznych, chrześcijańskich, polskich marek, jak i upominki „uniwersalne”. A nuż szukacie pomysłu na takowy prezent?

I mówię tu też bezpośrednio do dziewczyn! Drogie kobietki, zobaczcie same, sprawcie sobie coś miłego z okazji naszego święta, albo obdarujcie bliską dla Was kobietę: przyjaciółkę, mamę, siostrę 😊

I wiecie, to nie o to chodzi, że kwiatek i życzenia to za mało. Bynajmniej! Ja uważam, że liczy się pamięć i gest ❤ i zawsze to u męża doceniam. Po prostu dorzucam parę pomysłów do dobrowolnego wykorzystania.

A teraz po kolei, ja Wam już wszystko wytłumaczę, co, dlaczego, gdzie i dla kogo 😊

1) Dla takiej, co lubi być na bieżąco ➡ Najświeższy produkt wydawnictwa RTCK: książka o.Adama Szustaka OP „Projekt Estera. Czym jest piękno kobiety?”.

Czuję w kościach, że to będzie hit na tegoroczny Dzień Kobiet. Co o pięknie kobiety mówi Biblia? Już o.Adam Wam powie. Przedstawia w niej dzieje królowej Estery i z sobie właściwym wdziękiem tłumaczy jak ma się ona do nas.

Pozycja dostępna jako real, actual book, jako książka+karty rozwojowe (coś genialnego), jako ebook, jako audiokonferencja – ileż możliwości! Do kupienia w promocyjnej cenie tu.

2) Dla gadżeciary ➡ słuchawki bezprzewodowe douszne.

Chyba nie trzeba specjalnie reklamować. Jeśli któraś z pań ma typową damską torebkę i typowy w niej bałagan (ręka w górę) to czasem wyplątanie słuchawek z tych wszystkich paragonów, chusteczek, ulotek i długopisów graniczy z cudem. Ileż to kobiecych frustracji można by było dzięki takiemu gadżetowi ograniczyć 😉

Te akurat Xiaomi, do kupienia np. tu.

3) Dla kinomaniaczki, którym aktualny repertuar kin nie odpowiada (widzieliście, że w tym roku nie ma NIC ciekawego na Dzień Kobiet? Skandal!) ➡ i tych z Was, którzy mają braki w budżecie, ale za to mają Netflixa.

Jako pomysł na randkę w domu albo na wieczór z przyjaciółkami. Moi drodzy czytelnicy, nie wiem jaka jest szansa, że trafilibyście na ten film, gdyby nie ja 😜😜😜 (a ja, gdyby nie Gaba). Film, produkcji netflixowej, na podstawie książki, „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierków”. Za sam tytuł należy się Booker Prize. Weźcie charakterek Lizzy Bennet, zamiłowanie do pisania Jo March i osadźcie tę mieszankę w okresie II wojny światowej. This can’t go wrong. Główna bohaterka, Juliet, bystra i zabawna, przymierza się do napisania książki o wyspie Guernsey w czasach okupacji niemieckiej. Jest w (książce i) filmie i zabawnie i smutno, i romantycznie. Jednym (angielskim) słowem: delightful.

4) Dla miłośniczek kawy! ➡ Powiem Wam, że jest mi MEGA TRUDNO znaleźć niekiczowaty chrześcijański kubek…Ale znalazłam! I jak przeczytałam napis na nim…pomyślałam, że to jest jakaś herezja! 😜 Skrupulatnie sprawdziłam w Księdze Rodzaju… i Pan Bóg rzeczywiście trzeciego dnia stworzył… wszystkie rośliny 😃 a więc kawę też!

Do kupienia tu.

5) Dla tych, co lubią ładnie pachnące kosmetyki ➡ Jak układałam ten gift guide to oczywiste było dla mnie, że musi się w nim znaleźć jakiś kosmetyk. Ale, kurka wodna, miałam problem: jak dasz kobiecie żel pod prysznic, to pomyśli, że myślisz, że się nie myje; jak dasz jej krem do twarzy, to pomyśli, że myślisz, że ma zmarszczki; jak dasz jej krem do rąk, to pomyśli, że myślisz, że ma szorstkie ręce…Ech, te baby! 😉 Padło więc na bezpieczne mleczko do ciała, o zapachu olejku arganowego i róży. OMG, jego zapach jest (nie lubię tego słowa) O-BŁĘ-DNY! Wącham i mam miękkie kolana.

Można kupić stacjonarnie(!) i na stronie.

6) Dla sroki (co lubi błyskotki) ➡ kolczyki Korona, również nawiązujące do historii królowej Estery, a wykonane przez kolejną świetną markę – Bgood. Powiem Wam, że ilekroć wchodzę na ich stronę i oglądam biżuterię, to czas płynie jakoś inaczej i niesprawiedliwiej.

Można je kupić tu (jest promocja!).

7) Dla tradycjonalistki kwiaty. Nie chciałam od nich zaczynać listy, bo poniekąd są oczywistą oczywistością, ale wiecie co? Kwiatami na Dzień Kobiet nie muszą być koniecznie tulipany. Mówię to ja, fanka tulipanów. Na przykład czy wiecie jak arcygenialnie wyglądają w wazonie lilie??? Już abstrahując od symboliki, czasem jak widziałam w niektórych kawiarniach ogromny bukiet lilii na środku stołu, to aż zapierało mi dech w piersiach. A w domu czasem miewam dosłownie jedną gałązkę lilii, włożoną do wąskiego wazonu i wierzcie mi, wygląda absolutnie szykownie. Do kupienia w lokalnej kwiaciarni 😉

8) Dla melomanekpłyta Iwony Pietrali „Jestem Blisko”. Delikatny, dźwięczny głos i elektroniczne brzmienia, muzyka uwielbieniowa, refleksyjna, modlitewna, ale też z przyjemnym, nienachalnym beatem. Ja jestem, niestety, wybredna jeśli chodzi o muzykę chrześcijańską, nie lubię kato-lipy (there! I said it), a tutaj mogę Was zapewnić, że Iwona idzie z duchem czasu, co dla mnie mega się liczy. Płytę można kupić tu (i uwaga, jest promocja 3 w cenie 2!).

9) Dla tych co lubią, kiedy ładnie pachnieświeca zapachowa! Ale wiecie co, warto naprawdę wydać ciut więcej kasy i ominąć te monozapachowe świeczki z sieciówek kosmetycznych, a wybrać się np. do TK Maxxa i tam poszperać, i zapolować na świecę, która nie tylko ma czarujący, bardziej złożony zapach, ale i pięknie wygląda. U nas aktualnie pali się Spring Aura – Lemon Blossom. No, zupełnie inny UX przy stole. Nie mam tu konkretnej marki na myśli, najlepiej wybrać się na polow(ąch)anie do najbliższego TK Maxxa albo poszukać na allegro.

10) Dla mężatek, co lubią się duchowo rozwijać ➡ Ostatnia propozycja to książka „Cenniejsza niż perły: o tym, jak mądra żona pomaga mężowi osiągnąć pełnię męskości” autorstwa Gary L. Thomasa.

Literatura ciężka. W takim sensie, że nie zawsze podobało mi się to co czytałam. Autor stawia cholernie wysokie wymagania przed pobożną kobietą-żoną. Jednocześnie pokazuje jak zmiana naszej-kobiecej postawy realnie wpływa na jakość naszego małżeństwa. Po każdym buntowniczym tupnięciu nóżką, jak pomyślałam nad daną sprawą trochę dłużej, niechętnie, ale przyznawałam autorowi rację. Moim skromnym zdaniem, lektura obowiązkowa dla każdej żony.

Szukajcie na ceneo.

Tadaaaam! I tak oto dotarliśmy do końca tej zacnej wyliczanki 😊

A Wy, jakie macie pomysły/podpowiedzi co do prezentów na dzień kobiet? Dziewczyny, jaki upominek sprawia, że podskakujecie z radości? Jakie kwiaty najbardziej lubicie?

Wiecie, co jest jeszcze ważne? Żeby w taki dzień nie zapomnieć też o modlitwie za ważne dla nas kobiety. To kosztuje zero monet, a może zdziałać cuda.


Disclaimer na koniec: post nie jest sponsorowany. 
Poniżej podaję źródła wszystkich obrazków:
http://bit.do/fxxyQ , http://bit.do/fxxyT , http://bit.do/fxxy5 , 
http://bit.do/fxxzf , http://bit.do/fxxzg , http://bit.do/fxxzk ,
https://images.app.goo.gl/eY2nJsCt27cfzG8v5 , http://bit.do/fxxzr ,
http://bit.do/fxxzu , http://bit.do/fxxzz
 
Kategorie
Recenzje

Co z tą marką?

Zacznę od tego, moi mili, że uwielbiam wydawnictwo RTCK. Nie wiem jak to robią, ale cokolwiek wypuszczają w świat, to jak tylko się o tym dowiaduję z newslettera albo z Insta, to jest dokładnie to czego w danym momencie potrzebuję. Napalam się jak szczerbaty na orzechy i po prostu muszę! to! mieć! (oczywiście, potem sprawdzam stan konta i różnie to „muszenie” się kończy).

No i pewnego pięknego dnia widzę reklamę książki ks.Piotra Pawlukiewicza „Ty jesteś marką”. OMG! To nie może być przypadek! Niedawno zaczęłam coaching kariery, machina ruszyła, elementy mojej mentalnej układanki zaczynają wpadać na właściwe miejsca – i oto taka książka! O marce, którą – jak się zanosi – będę budować. Ba! Już ją buduję! Kupuję z radością i z zapałem zaczynam czytać.

Jednocześnie myślałam sobie, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe – czy w taki oto prosty sposób trafiłam na książkę o budowaniu marki chrześcijanina – o budowaniu marki firmy chrześcijańskiej? Na poradnik, który jasno i klarownie mi wytłumaczy jak mieć chrześcijańską markę w świecie?

No…nie. To rzeczywiście byłoby zbyt piękne 😉

Ale po kolei! Muszę się Wam do czegoś przyznać – to jest pierwsza książka ks.Pawlukiewicza jaką czytałam. I nawet za dużo go nie słuchałam do tej pory w internetach, owszem, jakiś fragment tu, jakiś fragment tam… Wiedziałam tylko, że to chodząca legenda kaznodziejstwa. Taka właśnie marka sama w sobie 😉 No i może gdybym lepiej poznała go wcześniej to wiedziałabym z jakim stylem przekazu będę miała do czynienia. Tak więc nie wiem na ile ta książka jest reprezentatywna, ale trochę poznałam dzięki niej ks.Pawlukiewicza.

Książkę się czyta przyjemnie, lekko, w zasadzie mnie wystarczył jeden dzień na przeczytanie jej – w tramwaju, w drodze do pracy, w pociągu z pracy i wieczorem. Weszła jak nóż w masło. Wciągnęła, wessała mnie do środka. Ksiądz sypie dowcipami i anegdotami jak z rękawa i każda jest trafiona, zabawna i czegoś uczy, coś pokazuje.

Podobała mi się szczególnie anegdota z kroplówką 😝 Aż ją zacytuję. (Kontekst jest taki, że ksiądz zauważa, że w dzisiejszych czasach jesteśmy przyzwyczajeni do szybkich efektów tego co robimy).

„My chcemy mieć wszystko szybko. Pewnemu facetowi pielęgniarka zakładała kroplówkę w szpitalu.

– Musi siostra to zakładać?

– No muszę.

– Ale musi to tak powoli kapać?

– No musi.

– A może bym to wypił? Nie takie rzeczy się wypijało.

– Nie, to musi kapać.

– Wie siostra, bo ja jestem hydraulik, jak coś kapie, to się denerwuję.

[tutaj wybucham jakże subtelnym śmiechem]

[i teraz, to co ważne:]

W Twoim życiu Bóg podłączył Cię do kroplówki. Nie będziesz miał wszystkiego od razu. Nie poznasz wszystkich tajemnic”.

Nie wiem czy tak macie, że proste słowa we właściwym momencie powodują, że szczęka Wam opada, oczy robią się wielkie jak pięciozłotówki i myślicie „no tak! Przecież to takie oczywiste i genialne jednocześnie!” – ja tak miałam po tym fragmencie.

Pomyślałam sobie wtedy: OMG, to fragment o mnie! Ja chcę wszystko już! Biję się w piersi! Wizja Bożej kroplówki, która po prostu skapuje, bo Pan Bóg daje mi dokładnie to czego potrzebuje moja dusza w tym czasie i po kolei, po troszeczkę, powolutku pozwala odkrywać moją drogę i swój zamysł wobec mnie…Cóż, bardzo to do mnie przemawia.

Jak czytam takie mniej lub bardziej poradnikowate książki to nigdy, PRZENIGDY nie rozstaję się z ołówkiem. Uwielbiam zaznaczać fragmenty, które mnie poruszają, dopisuję komentarze do tych zdań, które mnie bulwersują, itp. I w tej książce było całkiem sporo miejsc, które nic tylko wypisać na czole i wprowadzić w życie.

Wszystko pięknie, ale wiecie co? Nie tego oczekiwałam po tej książce.

Kurka wodna, ja tu się nakręciłam na górę informacji o budowaniu strategii, wizji, misji etc… dla firmy! Nawet jeśli firmą jestem ja sama, jeśli zaczynam solo, od siebie, jeśli buduję na tym co mam tu i teraz i początki są skromne to mimo wszystko buduję markę i, kurczę… myślałam, że dostanę więcej „mięsa”. A tu trochę tak wegetariańsko.

No i mając takie wysokie oczekiwania zderzyłam się z konkretem – w moim odczuciu – w pierwszym i ostatnim rozdziale. A pomiędzy to anegdoty.

Jak dla mnie, 180 stron można by zawrzeć w jednym (ważnym, acz) krótkim fragmencie:

„Rybka na samochodzie czy litery KMB na drzwiach są ważne. To jasne. Ale naszą marką, naszym logo, ma być przede wszystkim życie na wzór Chrystusa. Mamy naśladować Chrystusa. A co On robił? Służył drugiemu człowiekowi”.

No i racja, ja się z tym zgadzam…a jednocześnie być może oczekiwałam po prostu jakichś fajerwerków, niezawodnego sposobu, sprawdzonej recepty na markę? Niepotrzebnie? A z drugiej strony, chyba dostałam w zasadzie najważniejszą radę (tak na marginesie, to znałam ją wcześniej) – powinnam postępować jak Chrystus. W ważnych momentach i szarej codzienności posiłkować się odpowiedzią na pytanie „What would Jesus do?”. Prawdopodobnie oczekiwałam jakichś spektakularnych odkryć, a tymczasem odpowiedź o tym jak budować markę chrześcijanina jest banalnie prosta – być jak Chrystus (i, tak, wszyscy jesteśmy świadomi, że mimo banalności rzadko kiedy to jest proste do wprowadzenia w codzienność)… No i książka zostawiła mnie z tym jednym mocnym przekazem.

Moi mili Państwo.

Chyba nam więcej nie potrzeba.

Nie czuję, żebym po przeczytaniu tej książki znalazła odpowiedź na pytanie „Jak budować markę chrześcijańskiej firmy (nawet jeśli firmą jestem ja)?”, ale znalazłam w niej przypomnienie do czego w zasadzie się życie sprowadza: być uczniem Jezusa, być takim jak On. Pracować nad sobą tak, żeby w każdej życiowej sytuacji wybierać postawy takie jakie On by wybrał. Co to dla mnie znaczy? Przebaczać, zawsze odpowiadać drugiemu człowiekowi miłością, patrzeć na każdego jak na ukochane dziecko Boga – i dostosować moje zachowanie w perspektywie tej relacji, okazywać miłosierdzie i szacunek drugiemu. Po prostu „Aby ludzie widzieli dobre czyny w Was i chwalili Ojca, który jest w niebie” – tak się buduje markę. Czy we własnej firmie, czy w korporacji, budżetówce, albo po prostu w domu.

PS. A książka? Całkiem przyjemna książka do przeczytania. Poleciłabym ją osobom, które mają ochotę na lekką lekturę, które pośmiałyby się trochę i które z chęcią przeczytałyby (być może po raz pierwszy) jakąś pozycję ks.Piotra Pawlukiewicza.

PPS. Post nie jest w żaden sposób sponsorowany przez ni-ko-go. To tak gdyby komuś przyszła taka myśl do głowy.