Kategorie
Dom

Wieniec wiosenny

Cześć! 😊 Jak się masz? Cieszę się, że możemy znów się tu „zobaczyć” 😊

Słuchaj, Ty i ja wiemy jaki jest temat #1 absolutnie wszędzie: w internetach, memach, newsach, rozmowach z rodziną i znajomymi… 🙄 Co powiesz na mały detoks od tego wszystkiego?

Wiesz, nie o to mi chodzi, że bagatelizuję zagrożenie czy coś, nie, nie! Ale czy Ty nie masz dość? JA mam. Zachowuję ostrożność zgodnie z zaleceniami. I nie zgadzam się na życie w strachu. Ufam.

I w wolnych chwilach scrolluję sobie na Instagramie. Ostatnio natknęłam się na profil, który bardzo lubię, KJP – amerykańskiego fotografa i założyciela marki Kiel James Patrick. I on o tej sytuacji pisał tak:

I know it seems impossible to escape an inescapable aspect of our lives, but that doesn’t mean we have to sink into the despair. Although it’s no time to run from our problems, there’s always time to run to what makes you happy, even if it’s just for a minute or two.

Czujesz to? Innymi słowy: nie wpadaj w rozpacz, respektuj „wroga” i rób to, co daje Ci radość. Na tyle na ile to jest możliwe.

Ten wpis dodał mi skrzydeł! A że jednocześnie zaświeciło słońce, zawitała wiosna, WIOSNA, ludzie(!!), to stwierdziłam, że więcej sygnałów nie potrzebuję i zabieram się za coś twórczego.

Uwielbiam dekorować. Parę lat temu zachwyciłam się wieńcami na drzwi i zaczęłam je robić – po prostu tak jak potrafię. Nie jestem pro (jeszcze 😉), pewnie są jakieś sprytniejsze metody na zrobienie czegoś w związku z takim wieńcem, ale póki co używam takich sposobów jakie znam i takich „składników” jakie mamy dostępne w PL. I dużo rzeczy albo robię na czuja albo podglądam na YT 😉

Pokażę Ci krok po kroku jak zrobiłam taki oto wieniec z okazji wiosny 😊

Jeśli DIY/prace manuale są bliskie i Tobie, gorąco zachęcam do spróbowania. Jedziemy!

Potrzebne Ci będą:

  • Wianek-podkład z pędów winobluszcza LUB (to co ja zrobiłam) świeże, giętkie gałązki i drewniany tamborek do haftowania (popatrz, popatrz jak można go fajnie wykorzystać) lub inne stabilne koło, do którego można owe gałązki przymocować,
  • Sztuczne kwiaty i liście – ja wybrałam tulipany (12), gipsówkę (1) i trawę (1). Wszystko plastikowe i do kupienia w Coście lub Auchan (i na pewno w wielu innych miejscach),
  • Drut florystyczny,
  • Pistolet na gorący klej (i wkłady, oczywiście),
  • Żyłka (taka wędkarska 😁),
  • Mały sekator,
  • Wstążka,
  • Nożyczki.

Mój drogi, moja droga, przygotuj sobie trochę miejsca; umyj stół; znajdź przedłużacz, jeśli pistolet do kleju ma krótki kabel (tak, tak, ja szukałam gorączkowo na ostatnią chwilę 😅) i kartkę papieru/gazety, żeby klej ewentualnie skapywał niekoniecznie bezpośrednio na blat (o to akurat zadbałam zawczasu 😁).

Do dzieła!

1. Jeśli jesteś tym szczęściarzem, któremu udało się dostać piękny wieniec z pędów winobluszczu, zazdro. Możesz przejść do punktu 2. Jeśli masz przed sobą tamborek i gałązki, to chwyć jeszcze drut florystyczny. Bierz po 1-3 gałązki na raz, przykładaj do tamborka i owijaj drutem w 2-3 miejscach, żeby te gałązki przymocować. Przecinaj drut sekatorkiem. Powtarzaj procedurę tak długo, aż będziesz zadowolony/zadowolona z efektu/grubości wieńca (lub aż Ci się skończy drut florystyczny 🤦‍♀️ wtedy z pomocą przyjdzie Ci żyłka wędkarska. Też daje radę).

2. Rozłóż kwiaty i liście przed sobą. Zobacz, te łodygi nie będą Ci potrzebne. Odetnij sekatorem główki kwiatów, zostawiając jakieś 5 cm łodygi. Ja zostawiłam 4 tulipany z liśćmi, reszcie obcięłam głowy. Jak Królowa Kier 🙊 (z Alicji w KC, ma się rozumieć).

3. Gipsówkę też potnij na mniejsze części i trawę też na mniejsze sekcje. Drobniejszymi częściami łatwiej się operuje.

4. Podłącz pistolet na gorący klej do prądu i postaw go na kartce – niech się rozgrzewa. Acha, myślę, że pamiętasz, żeby włożyć do niego wkład z klejem 😉

5. Teraz zrób wersję próbną: ułóż elementy od góry do środka i od dołu do środka. Jakbyś patrzył na tarczę zegara: od 12 do 9 i od 6 do 9. Tak żeby elementy zgrabnie na siebie nachodziły. Ja zaczęłam od trawy, potem kwiaty z liśćmi naprzemiennie z gipsówką i główki kwiatów na zmianę z gipsówką. Wiesz, tutaj możesz naprawdę pokombinować jak Ci się podoba. Zostaw tylko w środku miejsce na kokardę.

6. No, to skoro już ustaliłeś/ustaliłaś układ, to teraz możesz cyknąć fotę, żeby mieć ściągę, lub po prostu zapamiętać co i gdzie. Bo teraz to wszystko ściągamy i będziemy przyklejać.

7. Ostrożnie zacznij przyklejać gorącym klejem trawę, kwiaty itd. Zaczynając od góry (godz. 12) do środka i potem od dołu (godz. 6) do środka. Czasem będziesz potrzebował/potrzebowała przytrzymać chwilę element, który mocujesz, żeby klej zastygł. Powoli, nie stresuj się, jeśli coś się krzywo przyklei, to zazwyczaj jak już wyschnie to będziesz mógł/mogła ostrożnie zdemontować (lub przeciąć sekatorem i zakamuflować to miejsce jeśli trzeba innym kwiatkiem).

8. Jeśli już tutaj dotarłeś/dotarłaś, gratuluję! 😊 Możesz już oddychać spokojnie, bo została nam tylko kokarda. Ja się uparłam, że chcę jakąś bardziej okazałą, więc po prostu zrobiłam najpierw jedną, a potem na niej zawiązałam drugą i tak mi wyszła kokarda z czterema…uchami? Ramionami? Tudzież innymi częściami ciała. Przymocowałam ją również gorącym klejem, na środek „pasa zieleni”.

9. No i teraz popatrz. Widzisz jakieś dziury? Coś niespójnego? Może jakąś wielką plamę zaschniętego kleju gdzieś pomiędzy? 🙄 Luzy arbuzy, odetnij kawałek np. gipsówki i wetknij gdzie trzeba, ładnie zasłoni niedoskonałości.

Ta daaaam! Zrobione! 😊

Zostaje kwestia zawieszenia 😁

Jedna z moich ulubionych Instagramerek powiedziała kiedyś, że jeśli chcesz dekorować dom i co jakiś czas te dekoracje zmieniać, musisz się pogodzić z tym, że będziesz miała w domu dziurki po gwoździach.

Tak więc ja mam od kilku lat, na górze drzwi, od wewnątrz, wbitego pionowo gwoździa. Wbity po prostu na chama, trzyma mi wszystkie moje wieńce. Świetnie się spisuje 😊 No, chyba że macie taki fantastyczny wieszak na wieńce. To wtedy akty przemocy wobec drzwi nie są konieczne.

Anyway! Ostatnie dwa kroki to zawiązanie żyłki na górze wieńca i zamocowanie całej konstrukcji na gwoździu. Zrób kilka pętelek, just to be sure.

I tyle! To jeszcze wyjdź przed drzwi popodziwiać swoje dzieło 😊

O! I jeśli zdecydujesz się zrobić, pochwal się w komentarzach! A może masz już w domu jakąś inną wiosenną dekorację? Pokaż, pokaż! 😊

Kategorie
Rozkminy

Ten o tatuażu.

Cześć! Co tam u Ciebie słychać? Cieszę się, że wpadłeś lub wpadłaś 😊

Jak leci Wielki Post? Jak Twoje postanowienia?

Co, nie jest łatwo, no nie? Ugh, tell me about it. Za Zdrapką Wielkopostną LEDWO nadążam, w weekendy o modlitwie sobie przypominam dopiero wieczorem, a w pracy co chwilę ktoś przynosi ciasto 😂🙄 Jak żyć, no jak żyć…? Ale nawet jeśli miałeś/miałaś jakieś potknięcia to się absolutnie nie poddawaj, tylko wstawaj, poprawiaj koronę i zasuwaj dalej z pracą nad sobą 💪

Dzisiaj opowiem Wam fascynującą historię mojego tatuażu 😂

A było to tak…

Background

„Lata świetlne” temu, jakoś chyba w liceum, a może to już było na studiach, gorąco się modliłam w domu. Już nawet nie pamiętam jakie były okoliczności życiowe, ale patrząc na rezultat tej modlitwy, musiałam się czymś strasznie zamartwiać. Jak to ja. Jak się martwię, to się spinam, potem zaczynają mnie wnętrzności ze stresu skręcać itd. Pewnie niektórzy z Was coś podobnego przeżywają.

I pamiętam jak w czasie tej modlitwy, stresu, spięcia, przyszły mi na myśl słowa z Ewangelii wg św.Mateusza, o tym jak Pan Bóg troszczy się o lilie polne i o ptaki podniebne, więc czemu miałby się nie zatroszczyć o mnie? I kolejne słowa zaraz po tym fragmencie:

Szukajcie wpierw królestwa Bożego i jego sprawiedliwości,

a wszystko inne będzie Wam dodane.

Wiecie co. Momentalnie poczułam ulgę. Autentycznie. I oświecenie. I zaskoczenie. Niesamowite, ale po tych słowach wszystkie myśli i rozterki się uspokoiły. Pan Bóg mnie wzywa do tego, żebym w pierwszej kolejności zajęła się szerzeniem królestwa Bożego na świecie. A On zadba o resztę. Czym ja się martwię? No i te słowa się TAK do mnie PRZYKLEIŁY…że uznałam, że nie chcę się z nimi rozstawać, że one będą moje, że to będzie moje motto życiowe.

Let’s do this.

Czas mijał, moje siostry zaczęły się dziarać. Różne tam rzeczy sobie tatuowały, jakoś po kilku pierwszych przestałam to śledzić 😅. W pewnym momencie stwierdziłam, że jeśli kiedykolwiek miałabym coś sobie wytatuować, to koniecznie to będzie ten cytat z Pisma Świętego.

Pomysł dojrzewał i w sumie, kiedy nastał rok 2018 i spisywałam w styczniu cele na ten rok, to w czołówce było właśnie zrobienie sobie tatuażu. A że lubię kuć żelazo póki gorące 😉 to już w lutym miałam umówiony termin 😁

Wiedziałam, że chcę cytat, ale chciałam też koniecznie kolory, żeby cieszyły oko. Wiedziałam też, że muszę mieć ten cytat na ręce – żeby przypominał mi jakie powinny być moje priorytety. Bardzo tego potrzebowałam i ciągle potrzebuję do tego wracać.

Miałam wybraną czcionkę i kilka plików graficznych – poszłam z tym do studia i tam na miejscu pan dziaracz poukładał moją „mniej-więcej” wizję w spójny obraz, mieszczący się na mojej chudej jak patyk ręce 😂.

Pamiętam ten moment, kiedy przykleił do mojego przedramienia kalkę z projektem tatuażu. Kiedy zobaczyłam się w lustrze z fioletowym szkicem na ręce, ogromny uśmiech od ucha do ucha zawitał na mojej twarzy. „OMG!! Rewelacja!! Robimy to!”

A potem było 2,5 h zaciskania zębów.

Jak ktoś się mnie pyta czy bolało, to odpowiadam, że samo robienie tatuażu nie bolało aż tak bardzo, zresztą ta część przedramienia od wewnątrz jest mało bolącym miejscem na tatuaż. Ale jak mi potem pan dziaracz posmarował ten tatuaż i zawinął folią…jadąc autobusem do domu starałam się nie wyć z bólu. O mamo, jak to strasznie piekło 😖😖😖 masakra!… Ale był! Piękny, kolorowy, z motywami roślinnymi i jednym z najważniejszych zdań w moim życiu.

Epilog?

Co było potem?

Potem zaczęło się coś z czego nie do końca zdawałam sobie sprawę planując ten ruch.

Zaczęłam świadczyć.

Dzień po wydziaraniu, w pracy, podchodzę radośnie na open space’ie do znajomej Finki i mówię do niej, jak to ekstrawertyczka: „Cześć Hanne! Zobacz jaki tatuaż sobie zrobiłam!”.

Z Hanne rozmawiałyśmy kilka dni wcześniej w pracy o tatuażach właśnie. Wtajemniczyłam ją w mój zamiar i przyklasnęła pomysłowi – sama miała zamiar też się wytatuować. Rozmawiałyśmy jak to różni ludzie mają różne podejścia do tej kwestii i jak często odradzają, bo a) na starość skóra się zmarszczy, bo b) może się znudzić i tak dalej, i tak dalej. Hanne to wszystko skwitowała „Co oni gadają! Przecież równie dobrze mogę umrzeć już jutro w jakimś wypadku czy czymś! Dlaczego miałabym nie robić sobie tatuażu z powodu pomarszczonej skóry w podeszłym wieku?”. I couldn’t agree more.

Anyways! Podchodzę do Hanne i pokazuję jej tatuaż (na open space’ie, podkreślam), inni patrzą, Hanne próbuje czytać (tak, „righteousness” to trudne słowo po angielsku 😅), a ja się zastanawiam………….. „Damn, co ja robię? Oprócz tego, że właśnie oblewam się pąsem. Właśnie pokazuję wszem i wobec w pracy, że…jestem wierząca. No bo przecież mówię, że jest to cytat z Pisma Świętego. O cholera, damn, damn, damn, zacznie się hejt.”.

Ale wiecie co? Nie zaczął się.

Wierzcie albo nie, ale ja miałam baaardzo długo problem z tym, żeby nie bać się przyznawać się do mojej wiary w różnych nie-kościelnych towarzystwach. Wiem, że nie ma się czym chwalić, ale serio tak było. Bałam się hejtu, nieprzyjemnych komentarzy, tego, że zaraz ktoś będzie chciał mnie wciągnąć w jakąś dyskusję czy konfrontację, a ja nie będę miała argumentów – różne czarne scenariusze sobie pisałam w głowie. Ale, przynajmniej wtedy, nic się takiego nie zadziało. Dziewczyny popatrzyły, na wieść o tym, że to fragment z Biblii była krótka chwila ciszy 😅 i potem skomplementowały, że bardzo ładny i gdzie robiłam i czy bolało, itd.

Wiecie, to brzmi niewiarygodnie, absurdalnie albo wręcz śmiesznie, ale ja od tamtego dnia uczę się nie bać mówić o tym, że jestem wierząca. A zaczęło się od tatuażu 😂 Oczywiście, to Duch Święty dodaje mi odwagi i pomaga przekraczać swój strach. Ale, kurka wodna, zaczęło się od tatuażu!

To znaczy, projektując go, wiedziałam, że chcę ten cytat, że chcę go po angielsku, m.in. po to, żeby świadczyć w pracy – tak sobie wmawiałam. Ale tak naprawdę nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że ja autentycznie będę to robić.

Teraz bywa tak w mojej aktualnej pracy, że w naszej korpokuchni, w kolejce do zmywania pudełek po lunchu, ktoś zagada „co masz tam wytatuowane?”. Ja wtedy robię głęboki wdech i mówię „To cytat z Pisma Świętego. Szukajcie wpierw królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie Wam dodane. Po angielsku”.

„Acha.”

„Ło matko!”

„A to Ty wierząca jesteś?”

„Ale tak, że do kościoła chodzisz co niedzielę i modlisz się zdrowaśkami?”

Tak.

<kiwanie głową ze strony rozmówcy>

Wiecie, jest takie powiedzenie, pięknie brzmiące po angielsku: Practice makes perfect.

Więęęc* ja dzielnie ćwiczę mówienie o tym, że tak, jestem wierząca, tak, chodzę do kościoła, a jednocześnie nie jestem kosmitą. Bo w chrześcijańskim towarzystwie to easy peasy, ale tam gdzie jesteś w mniejszości, to nie jest to dla mnie takie oczywiste.

Tak sobie pomyślałam, że dominikanie mają swoją dewizę „Głosić wszystkim, wszędzie i na wszystkie sposoby”. Dla mnie to jest jeden z tych sposobów.

Cieszę się, że mam ten tatuaż. Te słowa, które układają moje priorytety będą ze mną na zawsze, już nie będzie wymówek, że zapomniałam. Mogę na nie popatrzeć, dotknąć ich, wziąć głęboki oddech i zabierać się do budowania tego królestwa.


A Wy, co myślicie o tatuażach? Może macie jakieś, albo chcielibyście mieć?

Dla wątpiących, hejtujących, grożących palcem, że to „pieczęć szatana” polecam posłuchać/poczytać nie tylko o.Szustaka (od 24:00 min.), ale też ten filmik i ten artykuł, i ten.

*tak, wiem, że nie zaczyna się zdania od „więc” 🙄

Kategorie
Gift Guide'y

Gift Guide na Dzień Kobiet 2020

Hej, witajcie ponownie na blogu! Miło mi znów Was tu gościć 😊

Patrzcie, patrzcie! Oto pierwszy na tym blogu Gift Guide (tadaaam!), czyli takie zestawienie propozycji na upominki z jakiejś okazji. Przyznaję się bez bicia, że sama uwielbiam przeglądać takie gift guide’y na innych blogach – cóż, zwykle amerykańskich, a to znaczy, że nie zawsze jestem w stanie kupić coś podobnego u nas, ale zainspirować się – a i owszem! 😊

I właśnie ku inspiracji powstał ten wpis.

Panowie, czekajcie, zostańcie, kończę przydługawy wstęp i może właśnie Wam coś podpowiem 😁

Zebrałam 10 propozycji na upominek z okazji Dnia Kobiet! Wybierałam te artykuły z myślą o chrześcijankach – znajdziecie tu produkty zarówno fantastycznych, chrześcijańskich, polskich marek, jak i upominki „uniwersalne”. A nuż szukacie pomysłu na takowy prezent?

I mówię tu też bezpośrednio do dziewczyn! Drogie kobietki, zobaczcie same, sprawcie sobie coś miłego z okazji naszego święta, albo obdarujcie bliską dla Was kobietę: przyjaciółkę, mamę, siostrę 😊

I wiecie, to nie o to chodzi, że kwiatek i życzenia to za mało. Bynajmniej! Ja uważam, że liczy się pamięć i gest ❤ i zawsze to u męża doceniam. Po prostu dorzucam parę pomysłów do dobrowolnego wykorzystania.

A teraz po kolei, ja Wam już wszystko wytłumaczę, co, dlaczego, gdzie i dla kogo 😊

1) Dla takiej, co lubi być na bieżąco ➡ Najświeższy produkt wydawnictwa RTCK: książka o.Adama Szustaka OP „Projekt Estera. Czym jest piękno kobiety?”.

Czuję w kościach, że to będzie hit na tegoroczny Dzień Kobiet. Co o pięknie kobiety mówi Biblia? Już o.Adam Wam powie. Przedstawia w niej dzieje królowej Estery i z sobie właściwym wdziękiem tłumaczy jak ma się ona do nas.

Pozycja dostępna jako real, actual book, jako książka+karty rozwojowe (coś genialnego), jako ebook, jako audiokonferencja – ileż możliwości! Do kupienia w promocyjnej cenie tu.

2) Dla gadżeciary ➡ słuchawki bezprzewodowe douszne.

Chyba nie trzeba specjalnie reklamować. Jeśli któraś z pań ma typową damską torebkę i typowy w niej bałagan (ręka w górę) to czasem wyplątanie słuchawek z tych wszystkich paragonów, chusteczek, ulotek i długopisów graniczy z cudem. Ileż to kobiecych frustracji można by było dzięki takiemu gadżetowi ograniczyć 😉

Te akurat Xiaomi, do kupienia np. tu.

3) Dla kinomaniaczki, którym aktualny repertuar kin nie odpowiada (widzieliście, że w tym roku nie ma NIC ciekawego na Dzień Kobiet? Skandal!) ➡ i tych z Was, którzy mają braki w budżecie, ale za to mają Netflixa.

Jako pomysł na randkę w domu albo na wieczór z przyjaciółkami. Moi drodzy czytelnicy, nie wiem jaka jest szansa, że trafilibyście na ten film, gdyby nie ja 😜😜😜 (a ja, gdyby nie Gaba). Film, produkcji netflixowej, na podstawie książki, „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierków”. Za sam tytuł należy się Booker Prize. Weźcie charakterek Lizzy Bennet, zamiłowanie do pisania Jo March i osadźcie tę mieszankę w okresie II wojny światowej. This can’t go wrong. Główna bohaterka, Juliet, bystra i zabawna, przymierza się do napisania książki o wyspie Guernsey w czasach okupacji niemieckiej. Jest w (książce i) filmie i zabawnie i smutno, i romantycznie. Jednym (angielskim) słowem: delightful.

4) Dla miłośniczek kawy! ➡ Powiem Wam, że jest mi MEGA TRUDNO znaleźć niekiczowaty chrześcijański kubek…Ale znalazłam! I jak przeczytałam napis na nim…pomyślałam, że to jest jakaś herezja! 😜 Skrupulatnie sprawdziłam w Księdze Rodzaju… i Pan Bóg rzeczywiście trzeciego dnia stworzył… wszystkie rośliny 😃 a więc kawę też!

Do kupienia tu.

5) Dla tych, co lubią ładnie pachnące kosmetyki ➡ Jak układałam ten gift guide to oczywiste było dla mnie, że musi się w nim znaleźć jakiś kosmetyk. Ale, kurka wodna, miałam problem: jak dasz kobiecie żel pod prysznic, to pomyśli, że myślisz, że się nie myje; jak dasz jej krem do twarzy, to pomyśli, że myślisz, że ma zmarszczki; jak dasz jej krem do rąk, to pomyśli, że myślisz, że ma szorstkie ręce…Ech, te baby! 😉 Padło więc na bezpieczne mleczko do ciała, o zapachu olejku arganowego i róży. OMG, jego zapach jest (nie lubię tego słowa) O-BŁĘ-DNY! Wącham i mam miękkie kolana.

Można kupić stacjonarnie(!) i na stronie.

6) Dla sroki (co lubi błyskotki) ➡ kolczyki Korona, również nawiązujące do historii królowej Estery, a wykonane przez kolejną świetną markę – Bgood. Powiem Wam, że ilekroć wchodzę na ich stronę i oglądam biżuterię, to czas płynie jakoś inaczej i niesprawiedliwiej.

Można je kupić tu (jest promocja!).

7) Dla tradycjonalistki kwiaty. Nie chciałam od nich zaczynać listy, bo poniekąd są oczywistą oczywistością, ale wiecie co? Kwiatami na Dzień Kobiet nie muszą być koniecznie tulipany. Mówię to ja, fanka tulipanów. Na przykład czy wiecie jak arcygenialnie wyglądają w wazonie lilie??? Już abstrahując od symboliki, czasem jak widziałam w niektórych kawiarniach ogromny bukiet lilii na środku stołu, to aż zapierało mi dech w piersiach. A w domu czasem miewam dosłownie jedną gałązkę lilii, włożoną do wąskiego wazonu i wierzcie mi, wygląda absolutnie szykownie. Do kupienia w lokalnej kwiaciarni 😉

8) Dla melomanekpłyta Iwony Pietrali „Jestem Blisko”. Delikatny, dźwięczny głos i elektroniczne brzmienia, muzyka uwielbieniowa, refleksyjna, modlitewna, ale też z przyjemnym, nienachalnym beatem. Ja jestem, niestety, wybredna jeśli chodzi o muzykę chrześcijańską, nie lubię kato-lipy (there! I said it), a tutaj mogę Was zapewnić, że Iwona idzie z duchem czasu, co dla mnie mega się liczy. Płytę można kupić tu (i uwaga, jest promocja 3 w cenie 2!).

9) Dla tych co lubią, kiedy ładnie pachnieświeca zapachowa! Ale wiecie co, warto naprawdę wydać ciut więcej kasy i ominąć te monozapachowe świeczki z sieciówek kosmetycznych, a wybrać się np. do TK Maxxa i tam poszperać, i zapolować na świecę, która nie tylko ma czarujący, bardziej złożony zapach, ale i pięknie wygląda. U nas aktualnie pali się Spring Aura – Lemon Blossom. No, zupełnie inny UX przy stole. Nie mam tu konkretnej marki na myśli, najlepiej wybrać się na polow(ąch)anie do najbliższego TK Maxxa albo poszukać na allegro.

10) Dla mężatek, co lubią się duchowo rozwijać ➡ Ostatnia propozycja to książka „Cenniejsza niż perły: o tym, jak mądra żona pomaga mężowi osiągnąć pełnię męskości” autorstwa Gary L. Thomasa.

Literatura ciężka. W takim sensie, że nie zawsze podobało mi się to co czytałam. Autor stawia cholernie wysokie wymagania przed pobożną kobietą-żoną. Jednocześnie pokazuje jak zmiana naszej-kobiecej postawy realnie wpływa na jakość naszego małżeństwa. Po każdym buntowniczym tupnięciu nóżką, jak pomyślałam nad daną sprawą trochę dłużej, niechętnie, ale przyznawałam autorowi rację. Moim skromnym zdaniem, lektura obowiązkowa dla każdej żony.

Szukajcie na ceneo.

Tadaaaam! I tak oto dotarliśmy do końca tej zacnej wyliczanki 😊

A Wy, jakie macie pomysły/podpowiedzi co do prezentów na dzień kobiet? Dziewczyny, jaki upominek sprawia, że podskakujecie z radości? Jakie kwiaty najbardziej lubicie?

Wiecie, co jest jeszcze ważne? Żeby w taki dzień nie zapomnieć też o modlitwie za ważne dla nas kobiety. To kosztuje zero monet, a może zdziałać cuda.


Disclaimer na koniec: post nie jest sponsorowany. 
Poniżej podaję źródła wszystkich obrazków:
http://bit.do/fxxyQ , http://bit.do/fxxyT , http://bit.do/fxxy5 , 
http://bit.do/fxxzf , http://bit.do/fxxzg , http://bit.do/fxxzk ,
https://images.app.goo.gl/eY2nJsCt27cfzG8v5 , http://bit.do/fxxzr ,
http://bit.do/fxxzu , http://bit.do/fxxzz
 
Kategorie
Recenzje

Co z tą marką?

Zacznę od tego, moi mili, że uwielbiam wydawnictwo RTCK. Nie wiem jak to robią, ale cokolwiek wypuszczają w świat, to jak tylko się o tym dowiaduję z newslettera albo z Insta, to jest dokładnie to czego w danym momencie potrzebuję. Napalam się jak szczerbaty na orzechy i po prostu muszę! to! mieć! (oczywiście, potem sprawdzam stan konta i różnie to „muszenie” się kończy).

No i pewnego pięknego dnia widzę reklamę książki ks.Piotra Pawlukiewicza „Ty jesteś marką”. OMG! To nie może być przypadek! Niedawno zaczęłam coaching kariery, machina ruszyła, elementy mojej mentalnej układanki zaczynają wpadać na właściwe miejsca – i oto taka książka! O marce, którą – jak się zanosi – będę budować. Ba! Już ją buduję! Kupuję z radością i z zapałem zaczynam czytać.

Jednocześnie myślałam sobie, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe – czy w taki oto prosty sposób trafiłam na książkę o budowaniu marki chrześcijanina – o budowaniu marki firmy chrześcijańskiej? Na poradnik, który jasno i klarownie mi wytłumaczy jak mieć chrześcijańską markę w świecie?

No…nie. To rzeczywiście byłoby zbyt piękne 😉

Ale po kolei! Muszę się Wam do czegoś przyznać – to jest pierwsza książka ks.Pawlukiewicza jaką czytałam. I nawet za dużo go nie słuchałam do tej pory w internetach, owszem, jakiś fragment tu, jakiś fragment tam… Wiedziałam tylko, że to chodząca legenda kaznodziejstwa. Taka właśnie marka sama w sobie 😉 No i może gdybym lepiej poznała go wcześniej to wiedziałabym z jakim stylem przekazu będę miała do czynienia. Tak więc nie wiem na ile ta książka jest reprezentatywna, ale trochę poznałam dzięki niej ks.Pawlukiewicza.

Książkę się czyta przyjemnie, lekko, w zasadzie mnie wystarczył jeden dzień na przeczytanie jej – w tramwaju, w drodze do pracy, w pociągu z pracy i wieczorem. Weszła jak nóż w masło. Wciągnęła, wessała mnie do środka. Ksiądz sypie dowcipami i anegdotami jak z rękawa i każda jest trafiona, zabawna i czegoś uczy, coś pokazuje.

Podobała mi się szczególnie anegdota z kroplówką 😝 Aż ją zacytuję. (Kontekst jest taki, że ksiądz zauważa, że w dzisiejszych czasach jesteśmy przyzwyczajeni do szybkich efektów tego co robimy).

„My chcemy mieć wszystko szybko. Pewnemu facetowi pielęgniarka zakładała kroplówkę w szpitalu.

– Musi siostra to zakładać?

– No muszę.

– Ale musi to tak powoli kapać?

– No musi.

– A może bym to wypił? Nie takie rzeczy się wypijało.

– Nie, to musi kapać.

– Wie siostra, bo ja jestem hydraulik, jak coś kapie, to się denerwuję.

[tutaj wybucham jakże subtelnym śmiechem]

[i teraz, to co ważne:]

W Twoim życiu Bóg podłączył Cię do kroplówki. Nie będziesz miał wszystkiego od razu. Nie poznasz wszystkich tajemnic”.

Nie wiem czy tak macie, że proste słowa we właściwym momencie powodują, że szczęka Wam opada, oczy robią się wielkie jak pięciozłotówki i myślicie „no tak! Przecież to takie oczywiste i genialne jednocześnie!” – ja tak miałam po tym fragmencie.

Pomyślałam sobie wtedy: OMG, to fragment o mnie! Ja chcę wszystko już! Biję się w piersi! Wizja Bożej kroplówki, która po prostu skapuje, bo Pan Bóg daje mi dokładnie to czego potrzebuje moja dusza w tym czasie i po kolei, po troszeczkę, powolutku pozwala odkrywać moją drogę i swój zamysł wobec mnie…Cóż, bardzo to do mnie przemawia.

Jak czytam takie mniej lub bardziej poradnikowate książki to nigdy, PRZENIGDY nie rozstaję się z ołówkiem. Uwielbiam zaznaczać fragmenty, które mnie poruszają, dopisuję komentarze do tych zdań, które mnie bulwersują, itp. I w tej książce było całkiem sporo miejsc, które nic tylko wypisać na czole i wprowadzić w życie.

Wszystko pięknie, ale wiecie co? Nie tego oczekiwałam po tej książce.

Kurka wodna, ja tu się nakręciłam na górę informacji o budowaniu strategii, wizji, misji etc… dla firmy! Nawet jeśli firmą jestem ja sama, jeśli zaczynam solo, od siebie, jeśli buduję na tym co mam tu i teraz i początki są skromne to mimo wszystko buduję markę i, kurczę… myślałam, że dostanę więcej „mięsa”. A tu trochę tak wegetariańsko.

No i mając takie wysokie oczekiwania zderzyłam się z konkretem – w moim odczuciu – w pierwszym i ostatnim rozdziale. A pomiędzy to anegdoty.

Jak dla mnie, 180 stron można by zawrzeć w jednym (ważnym, acz) krótkim fragmencie:

„Rybka na samochodzie czy litery KMB na drzwiach są ważne. To jasne. Ale naszą marką, naszym logo, ma być przede wszystkim życie na wzór Chrystusa. Mamy naśladować Chrystusa. A co On robił? Służył drugiemu człowiekowi”.

No i racja, ja się z tym zgadzam…a jednocześnie być może oczekiwałam po prostu jakichś fajerwerków, niezawodnego sposobu, sprawdzonej recepty na markę? Niepotrzebnie? A z drugiej strony, chyba dostałam w zasadzie najważniejszą radę (tak na marginesie, to znałam ją wcześniej) – powinnam postępować jak Chrystus. W ważnych momentach i szarej codzienności posiłkować się odpowiedzią na pytanie „What would Jesus do?”. Prawdopodobnie oczekiwałam jakichś spektakularnych odkryć, a tymczasem odpowiedź o tym jak budować markę chrześcijanina jest banalnie prosta – być jak Chrystus (i, tak, wszyscy jesteśmy świadomi, że mimo banalności rzadko kiedy to jest proste do wprowadzenia w codzienność)… No i książka zostawiła mnie z tym jednym mocnym przekazem.

Moi mili Państwo.

Chyba nam więcej nie potrzeba.

Nie czuję, żebym po przeczytaniu tej książki znalazła odpowiedź na pytanie „Jak budować markę chrześcijańskiej firmy (nawet jeśli firmą jestem ja)?”, ale znalazłam w niej przypomnienie do czego w zasadzie się życie sprowadza: być uczniem Jezusa, być takim jak On. Pracować nad sobą tak, żeby w każdej życiowej sytuacji wybierać postawy takie jakie On by wybrał. Co to dla mnie znaczy? Przebaczać, zawsze odpowiadać drugiemu człowiekowi miłością, patrzeć na każdego jak na ukochane dziecko Boga – i dostosować moje zachowanie w perspektywie tej relacji, okazywać miłosierdzie i szacunek drugiemu. Po prostu „Aby ludzie widzieli dobre czyny w Was i chwalili Ojca, który jest w niebie” – tak się buduje markę. Czy we własnej firmie, czy w korporacji, budżetówce, albo po prostu w domu.

PS. A książka? Całkiem przyjemna książka do przeczytania. Poleciłabym ją osobom, które mają ochotę na lekką lekturę, które pośmiałyby się trochę i które z chęcią przeczytałyby (być może po raz pierwszy) jakąś pozycję ks.Piotra Pawlukiewicza.

PPS. Post nie jest w żaden sposób sponsorowany przez ni-ko-go. To tak gdyby komuś przyszła taka myśl do głowy.