Kategorie
Dom

Urodziny w stylu „Ptasiej Akademii” + 4 wiwaty

Jak za chwilę na dole przeczytacie, te urodziny były naprawdę organizowane na wariackich papierach 😂 – na urlopie, leżąc na plaży (bo w apartamencie nie było zasięgu 🤯) i wcale się nie relaksując, tylko stresując, że na tym małym wyświetlaczu smartfona, to ja nic nie widzę, bo światło się tak odbija, że hej (czo ja kupuję? 🤓 zdaje się, że serwetki, ale zobaczymy co kurier dostarczy 🤪)!

Hej mój miły Czytelniku i miła Czytelniczko!

Co u Ciebie słychać? Jakie myśli Ci towarzyszą w ten poniedziałek? 😊

Ja wracam do pracy po L4 z Hubkiem i… cóż… trochę się boję, że jak już zaloguję się do kompa to wybuchnie bomba outlookowa 😂 ach… tak, już to widzę! 😂 (o mamo, czy ja nie miałam przypadkiem zmienić hasła do kompa? 🤔 dammit! 🤦‍♀️).

Ale, ale!

Nie chcę Ciebie tu zanudzać malowaniem jakże fascynującej perspektywy mojego powrotu do pracy 😁.

Dzisiaj będzie kolorowo i dzieciowo-kreatywnie na blogu 😊.

Przedstawię Ci taką mini-foto-relację z 5. urodzin Łucji, która zażyczyła sobie wszystkiego w motywie „Ptasiej Akademii”. Czyli Top Wing. To chyba dość niszowa bajka, bo jak pytałam innych rodziców, to nie kojarzyli tych postaci 😅. A Ty ją znasz?

Od trzech lat organizujemy urodziny Łucji w plenerze, a od dwóch lat tym plenerem jest ogródek działkowy moich teściów. To niesamowite jak rewelacyjnie dzieci tam się czują! Sieją z dziadkami, pomagają zbierać pomidory… i imprezują!

Krótki background story musi być 😅.

Ja WIEDZIAŁAM, że będę planowała te urodziny będąc na urlopie, ale kurdelebele nie sądziłam, że będę to robić na plaży! I nie, to wcale NIE JEST FAJNE! 😅 To znaczy, dla mnie nie było. Picture this: leżę na macie piknikowej na plaży i rozjaśniam maksymalnie wyświetlacz, żeby coś zobaczyć w tym odbijającym się słońcu, dzieci biegają, mąż stara się mistrzowsko je ogarniać, a ja, sfrustrowana, scrolluję na tym małym (w porównaniu do laptopa) urządzonku i szukam plastikowych widelców w odpowiednim kolorze 🤪. I jednocześnie próbuję sobie zwizualizować gdzie co położę na stole urodzinowym, nie mając oczywiście żadnej kartki papieru pod ręką. Not fun!

Ale! Okazuje się, że quasi-zaawansowane planowanie na plaży jest możliwe. Nieidealne, ale możliwe.

Oto rezultat:

Wiecie, podejrzewam, że ci z Was, którzy są rodzicami nauczyli się/uczą się trudnej sztuki odpuszczania 😅. Ja się właśnie jej uczę przy takich oto projektach. Kupuję ready-made przekąski, torty robię z jednego, sprawdzonego przepisu, szukam prostych przepisów z użyciem gotowego ciasta francuskiego i liczę na kreatywność, żeby jakoś to wszystko połączyć w miarę spójną całość. Jeśli jest w Was taki creative urge, żeby taki stół urodzinowy stworzyć, ale przeraża brak czasu, Wam również takie upraszczanie polecam.

Te urodziny nie mogłyby się odbyć bez kilku arcycennych źródeł dla niewyżytej-kreatywnie-acz-zabieganej matki 😂. Należą im się wiwaty!

4 wiwaty urodzinowe, czyli co ułatwiło mi życie i pomoże również Wam:

1) Wiwat sklep „Party u Marty – na allegro.

Tam. Mają. Kurde. Wszystko.

Nawet gadżety z tak niszowej i przez większość rodziców nieznanej bajki „Ptasia Akademia” (Top Wing) 😂 : banner, obrus foliowy, talerzyki…a do tego pasujące kolorystycznie sztućce i serwetki. Miodzio!

2) Wiwat personalizowane opłatki na torty – na allegro.

Jeśli robicie tort DIY, a – ekhem – nie macie czasu na lepienie dekoracyjnych figurek z masy cukrowej tudzież innych wymyślnych elementów na tort, polecam po prostu zamówienie opłatka z wybranym motywem. TAKA oszczędność czasu! (Tak, wiem, kupienie gotowego tortu to jeszcze większa oszczędność czasu 😅).

3) Wiwat free printables!

O mamoooo, czaicie to? Są w internetach dobrzy ludzie, którzy za darmo tworzą gadżety urodzinowe do samodzielnego wydrukowania: zaproszenia, owijki na butelki z napojami, toppery na babeczki. Chwała im za to! 😊

4) Wiwat Pinterest!

Za podsuwanie pomysłów innych kreatywnych i upartych świrów jak ja 😅 albo po prostu profesjonalistów, którzy takie kinderbale lub stoły deserowe robią na co dzień i za kasę. I potem się dzielą zdjęciami swoich dzieł. Po czym wchodzą takie DIY typy jak ja i zżynają  inspirują się 😁.

Moją tablicę z inspiracjami z „Ptasiej Akademii” możecie obejrzeć tutaj.

Pytanie, czy jubilatka była zadowolona?

Tylko spróbowałaby nie być! 😂😂😂 Żarcik. Najbardziej jej smakował maminy tort i dziadkowe kiełbaski z grilla 😊.

A Wy urządzacie urodziny swoim dzieciom? Albo jako wujek/ciocia pojawiacie się na takich imprezach? Jesteście #teamdyi czy #teamzrobiewbobolandiiiniebedesiemeczyc ? 😂

Kategorie
Rozkminy

Szpitalne rekolekcje

Hej Kochani Czytelnicy! 😊

O mamo!

Co u Was słychać?

Czy w Waszej części świata czuć już jesień? U nas, mam wrażenie, lato jeszcze nieśmiało zagląda, jakby nie było pewne czy chce już opuścić tę imprezę, czy też zostać jeszcze chwilę 😅 A co za tym idzie, we wrześniu i na blogu, i na IG letnio-jesienne klimaty też się będą przeplatały.

No. To ja tutaj tego podnoszę rękę i zgłaszam się do odpowiedzi 😅 – chcę Wam dzisiaj opowiedzieć parę (dłuższych) zdań nt. tego, co się u mnie działo lately.

Byłam w szpitalu.

Pierwszy raz.

Tzn. pierwszy raz z noclegiem (bo raz byłam na kilka godzin na badaniu).

Nie ja byłam pacjentem.

I być może taki scenariusz dla wielu z Was nie jest obcy i no big deal. Dla mnie był. Również dlatego, że Pan Bóg niesamowicie wykorzystał ten czas i to wydarzenie, żeby mi dać znać o swojej miłości do mnie.

Bo w szpitalu czułam, że moje życie zwolniło tempo. Ale nie był to czas marazmu, ale (ha!…) rozwoju! Takiego rozwoju w rytmie slow. W życiu bym się nie spodziewała, wiecie?

Od momentu odbioru Huberta z przedszkola i zobaczenia jego fioletowego ucha, tak sobie myślę, starałam się być uważna. Takie po prostu pełne skupienie na sytuacji i na tym jakie decyzje podjąć. Myślę, że Pan Bóg w czasie tej – nazwijmy to eufemistycznie – przygody 😅 dawał mi znaki.

Nie takie, że, wiecie, promienie rozświetlają jakiś punkt przede mną i słychać głosy aniołów 😅. Dawał mi znaki w totalnie zwykłych rzeczach – ale jakoś tak czuję, że to Jego sprawka, bo wiadomo, że przypadków w życiu nie ma 😊. Słuchajcie tego:

10 znaków, które Pan Bóg mi dał w czasie „szpitalnych rekolekcji”:

1) Niepokój – i nie mam tu na myśli takiego bezpodstawnego, albo wyolbrzymionego, które może pochodzić od złego. Mam tu na myśli konkretne uczucie niepokoju, które we mnie się pojawiło na widok spuchniętego, fioletowego, lekko odstającego ucha Huberta. Yhhhh! Najczęściej do dziecięcych uderzeń/stłuczek podchodziłam „do wesela się zagoi” (i naprawdę okazywało się, że nie były to poważne kontuzje) – tym razem było inaczej, czułam, że to coś poważniejszego.

2) Skojarzenie – że tak powiem, połączyłam kropki: rano mąż dzwonił, że Hubert w akcie buntu przeciw pomysłowi posłania go do przedszkola rzucał się na podłodze i „grzmotnął” w szafkę w szatni. Ale wtedy nie było widać obrażeń. Cóż, teraz było widać i już wiem „skąd się wziąwszy”.

3) Intuicja – po telekonsultacji w sprawie tego fioletowego ucha (yhhhh!), nie wykupiłam zalecanej maści, tylko od razu zarejestrowałam Hubka do laryngologa. Coś czułam, że po prostu nie chcę z tym eksperymentować i czekać na rezultat, tylko trzeba działać inaczej.

4) Szczęście vel. Palec Boży w sprawie wizyty – wow! Akurat znalazłam wizytę do laryngologa dziecięcego na ten sam dzień wieczorem. Przypadek?

5) Szczęście vel. Palec Boży w sprawie lekarza – pani doktor po obejrzeniu i wymacaniu ucha popatrzyła mi głęboko w oczy i powiedziała 3 szokujące dla mnie słowa „jedziecie do szpitala”.

Jedziecie. Do. Szpitala.

Na mojej twarzy determinacja, a w mojej głowie panika i milion pytań: coooo??? ale, że na noc???? Na jak długo???? Eeeee, ja nie wiem jak to się robi! 🙈 aaaa!

Powiem Wam, że po wyjściu z gabinetu toczyłam walkę o pokój serca i zaufanie Panu Bogu, że nas poprowadzi. Bo wiecie, ja już w głowie miałam te okropne scenariusze kolejek i przepychanek między pacjentami („pan tu nie stał” – tak tego nie cierpię!) i przymusu bycia asertywną wobec lekarzy („nie, pani doktor kazała naciąć tego krwiaka, nie zgadzam się na półśrodki”). I wcale mi się to nie podobało, co sobie wyobrażałam 😅😖 Help!

6) Pokój serca – pojawił się, po jakiejś takiej wewnętrznej walce i wielkich nerwach (i warczeniach, i wewnętrznych narzekaniach na kolejki), czekając na przyjęcie na SORze, kiedy po kilku razach udało mi się wyszeptać „Jezu, Ty się tym zajmij” i powtarzałam sobie to kilka razy, aż…wreszcie poczułam spokój. To nie żadna magia, po prostu zdecydowałam, że wierzę, że On się tym zajmie. I nagle w środku chill. Ha!

7) Dziecko ciągle spokojne – to jest dla mnie absolutnie niesamowite jak dobrze Hubert znosił to wszystko: badania, kolejki, nudę na korytarzu na SORze, covidowo-wyłączone automaty z napojami. On w tym całym galimatiasie był po prostu pogodny. Przypadek?

8) Świetne pielęgniarki na SORze – mimo że zmęczone (weszliśmy na badania jakoś około północy) to z uśmiechem przyjęły Huberta, nazwały wenflon motylkiem i tym skradły moje i jego serce 😂. Zagadywały, gruchały do niego 😂 a on spokojnie siedział ze mną na fotelu i ani. Razu. Nie jęknął. Przy pobieraniu krwi. 😮

O godz. 01:45, kiedy byliśmy już ostatni na korytarzu, ja chodziłam w tę i z powrotem, żeby nie zasnąć, a Hubert spał na mojej bluzie na podłodze, przyszedł po nas pan, który zaprowadził nas na oddział przejściowy, gdzie mieliśmy czekać na wyniki covidowe.

Ech, nie zapomnę widoku tej izolatki, do której nas zaprowadzono. Smutne, szpitalne kolory (wiecie, taki ten zielono-niebieski kolor ścian), straszne jarzeniówki, minimalizm jeśli chodzi o umeblowanie 😅, a za oknem czarna noc. Położyłam się obok Huberta na łóżku i próbowałam zasnąć. Tej nocy spałam 3,5 h.

9) Znajome pół twarzy – (uwaga, tu będzie kulminacja 😂) kiedy umieszczono nas już na otolaryngologii dziecięcej i był obchód lekarski, i do sali weszło kilka osób, zauważyłam, że jedna z twarzy w maseczce, ta która najwięcej mówiła i jakby przewodziła całą tą grupą, wydała mi się znajoma. Paczę, paczę…zerknęłam na plakietkę, szukając potwierdzenia i rzeczywiście! Toż to znajoma z duszpasterstwa z dawnych lat! Ale jajca! 😃 Ona też zdecydowała, że Hubert wjeżdża na salę operacyjną tego samego dnia. Ech! Jak tylko wyszli, napisałam do Krzyśka z wieściami kogoż ja tu spotkałam, to oboje się śmialiśmy, że widać, no po prostu widać, że Pan Bóg tym wszystkim steruje 😉.

10) Świetne pielęgniarki na oddziale – przyjazne, gruchające do Huberta (again 😅), pomocne(!), zmieniające bez narzekania posikaną pościel i przemoczony do suchej nitki, w czasie mycia, opatrunek wokół „motylka”.

Ech. 🥰

Te i inne drobiazgi, dla mnie, były komunikatem dla mnie od Boga. W stylu:

Córuś, wyluzuj, mam to wszystko ogarnięte. Zaufaj mi.

Wiecie, te szpitalne rekolekcje były dla mnie czasem:

– ćwiczenia się w cierpliwości wobec Huberta, który chciał co chwilę oglądać pociągi na YT i co chwilę zmieniał zdanie, że chce jednak co innego,

czytania: poczułam nowy zew mojego zamiłowania do książek i skoro w szpitalu przeczytałam prawie dwie, to mam ochotę na więcej, więcej, więcej (om nom nom nom),

docenienia mojego narożnika, na którym śpimy: w porównaniu do łóżka polowego w sali szpitalnej, to co mamy w domu to jest high-class materac 😂,

docenienia pracy pielęgniarek: ja generalnie podziwiam, że ktoś decyduje się pracować ze strzykawkami i krwią na co dzień 😂 a jeśli jest do tego po prostu uprzejmy i troskliwy, to w ogóle chapeau bas,

slow life. Po prostu. Za niczym nie goniłam. Opiekowałam się Hubertem, chodziłam z nim na spacery po tym samym korytarzu, szukałam mu pająków po drugiej stronie szyby okiennej, liczyliśmy przez okno rowery przypięte do poręczy, odpuszczałam reguły w imię dobra wspólnego 😂 i puszczałam mu tego YT, żeby nie robił awantur. Odliczałam czas do posiłków szpitalnych (wierzcie mi, po 14 h niejedzenia barszcz szpitalny był absolutnie wyśmienity i do tej pory do niego wzdycham 😂). Czytałam. Słuchałam ciszy lub otaczających mnie dźwięków. Modliłam się.

Kto by pomyślał – w szpitalu, a taki dobry czas!

Ech. W tym wszystkim czuję wdzięczność.

A może ktoś z Was również przeżył swoiste „szpitalne rekolekcje”? Czas totalnego zwolnienia tempa i zbliżenia się do Boga? Napiszcie koniecznie w komentarzach! 😊

Kategorie
Rozkminy

10 kato-rzeczy, o których nie miałeś pojęcia, że istnieją

canva.com

Buongiornooooo!!! 😄😄😄

Ach, Mój Drogi, Moja Droga, jakże mi miło gościć Cię tu, na moim blogu, po przerwie urlopowej!

Co u Ciebie słychać? Wypoczęty? Opalona? Gotowi na nowy miesiąc pełen ekscytujących wyzwań? Hę? 😁

Haha, ja tu się Was autentycznie pytam tak z entuzjazmem i w ogóle (całkowicie szczerze), ale (ech!) przyznaję się, że cięęężko było mi usiąść do tego posta – tak sobie myślę, że taka przerwa urlopowa to jednak wybija z rytmu (surprise, surprise 😂), ale ogarnęłam! Najtrudniej jest zacząć, a potem już leci, no nie?

Dobra, do rzeczy. Słuchajcie, będąc na urlopie i scrollując to tu, to tam (najczęściej w łazience, bo walczę, żebym chociaż tam przy mojej dwójce ruchliwych dzieci miała odrobinę prywatności 😂) natknęłam się na TAKIE kato-rzeczy (przedmioty/organizacje/platformy), że szczena mi opadała na te łazienkowe kafelki! Potem sobie przypomniałam o kilku innych rzeczach, o których, w sumie, może nie wszyscy wiedzą i tak oto powstała poniższa lista.

Totalnie randomowa lista 10 kato-ciekawostek, o których prawdopodobnie nie wiedziałeś, że istnieją

1) Ofiaromat

Słuchajcie (mówiłam o tym kiedyś na InstaStories), czy Wy wiecie, że są takie ustrojstwa jak ofiaromaty??? Jak zobaczyłam toto w kościele u wrocławskich dominikanów to, kurka wodna, co chwilę na niego zerkałam w czasie Mszy (nununu!).

Jak sama nazwa wskazuje, w ofiaromacie można za pomocą karty płatniczej wpłacić ofiarę w wybranej przez nas kwocie. Koniec z nerwowym szukaniem gotówki w czasie modlitwy wiernych 😅!

2) Chrześcijańskie portale randkowe

Ja znam przynajmniej 3 małżeństwa, które poznały się właśnie na portalu randkowym dla ludzi wierzących. Może czas podsunąć linka (lub trzy) znajomemu singlowi lub singielce? 😉

https://www.przeznaczeni.pl

https://singlowanie.pl

https://zapisanisobie.pl

3) Katoflix i VatiVision

Też wspomniałam o tym kiedyś na IG – dla mnie to absolutnie genialne, że ktoś wymyślił coś takiego jak katolicki Netflix. Ostatnio się zarejestrowałam, wykupiłam 72-godzinny dostęp do filmu „Jak Bóg da” (za całe 9 zł) i mogę zaświadczyć, że wszystko poszło gładko: rejestracja, płatność i jakość filmu nie budziła żadnych zastrzeżeń. Aha, no i film przekomiczny 😂

https://katoflix.pl

https://www.vativision.com/home – platforma ruszyła w czerwcu 2020 we Włoszech, czekamy na wersję polską (lub chociaż angielską 😉)

4) Konfesjonał z klimatyzacją

Dźwiękoszczelne konfesjonały z klimatyzacją są zamontowane np. w Kalwarii Zebrzydowskiej. To dopiero komfort! Niczym mercedes wśród samochodów 😂 Jest ryzyko, że penitent nie będzie miał ochoty wyjść zbyt szybko, though 😉 😂 Ale w całej masie kościołów nie brakuje też drobniejszych usprawnień, jeśli chodzi o odbywanie spowiedzi: coraz częściej można znaleźć w konfesjonałach pudełko z chusteczkami (mała rzecz, a tak przydatna!), a np. u wrocławskich paulinów na konfesjonale jest czerwono-zielona lampka, oznaczająca, czy kapłan akurat spowiada czy też czeka na kolejną osobę. Super!

5) Chrześcijański speed dating

To jest po prostu szał: speed dating w chrześcijańskiej odsłonie (jacie kręcę! Lubię takie boskie, szalone pomysły! 😁). Spotkania odbywają się m.in. w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Katowicach, Wrocławiu, Rzeszowie i Tarnowie. Kolejny link do podrzucenia wierzącemu znajomemu, który szuka kogoś do pary 😉

https://chrzescijanscysingle.pl

https://chrzescijanskierandki.pl

6) Formed.org

Natknęłam się na niego przypadkiem. Akurat scrollowałam w łazience i paczę, a tu takie cudeńko! 😍 Formed to platforma z filmikami, e-bookami i audiobookami, które mają na celu FORMACJĘ katolicką. Czyli znajdziecie tu filmiki o sakramentach, o Piśmie Świętym, o current hot topics na świecie, a także filmy fabularne i dokumentalne o świętych, filmy dla dzieci, o mamo, dużo tego! A jeśli chodzi o książki! W przypadku niektórych książek można dołączyć do grupek dzielenia online. WOW.

Platforma jest płatna $12/miesiąc, można wykupić darmowe 7 dni próbne, żeby poklikać i przetestować. Aha, jest PO ANGIELSKU 😉 czyli dodatkowo świetna okazja do ćwiczenia tego wspaniałego języka.

7) Katolik Wspiera

Katolicka platforma crowdfundingowa. Można rejestrować tam swoje projekty lub być darczyńcą i wrzucić coś do skarbony. Projekty są z różnych kategorii – można wesprzeć twórców, misjonarzy, pomysły edukacyjne i inne. Świetna sprawa!

https://www.katolikwspiera.pl

8) Szkoła tańca uwielbieniowego

Tak. Taka szkoła istnieje 😮 Szacun! I wiecie, nie chodzi tu tylko o pokazywanie do piosenek, o nie! Worship Style to jest szkoła, która uczy żywiołowego tańca uwielbienia. Ma autorski program, w którym łączy przeróżne style taneczne. Szkoła ma siedzibę w Gdańsku, ale organizuje kursy na instruktorów, także wiecie 😉 no limits 😉

http://www.worshipstyle.pl/index.html

9) Aplikacje

Niektórych z nich nie trzeba przedstawiać, myślę że wielu z Was ma zainstalowane Pismo Święte lub Modlitwę w Drodze, ale czy wiedzieliście też, że jest dostępna w aplikacji Biblia z edycji Świętego Pawła (baaardzo lubię to tłumaczenie)?

Mamy też aplikacje do Nowenny Pompejańskiej (i to niejedną), do Aktu Zawierzenia Jezusowi przez Maryję, do przeróżnych nowenn, a ostatnio odkryłam coś dla najmłodszych – kolorowanki biblijne 😁 Rodzice też mogą…przetestować 😅 relaksują!

10) Zabawki katolickie

Również moje ostatnie odkrycie: mała firma rodzinna w USA produkuje drewniane zabawki ze świętymi. Patrzcie jakie cudne! Figurki są całkowicie eco i non-toxic, a co za tym idzie zupełnie bobas-friendly.

https://saintlyheart.com

Która ciekawostka Was najbardziej zaintrygowała? A co dołożylibyście do tej listy? 😊 Napiszcie w komentarzach! 😊

Kategorie
Dom

Letni wieniec tropikalny

Czeeeeść 😊

Miło mi Cię gościć na moim blogu!

Co tydzień zastanawiam się czy przypadkiem poprzednim razem nie witałam Cię tymi samymi słowami 😂

Czekaj, zerknę.

Nie, tydzień temu było inaczej, uff! 😅

Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko!
Jak widzisz post pojawił się nieco później i zastanawiam się ilu z Was pomyślało sobie „co ta Benia szykuje, że potrzebuje aż tyle czasu na przygotowanie posta?…” 😂

Hmm, no cóż.

Benia nie przygotowała sążnej rozkminy na poważne religijne tematy, nie będzie to też entuzjastyczna recenzja książki zmieniającej wszem i wobec moje postępowanie…dzisiaj będzie po prostu #handmade #diy #homedecor.

Kurczę, powiem Ci, że prowadzenie bloga mega dużo mnie uczy – takich rzeczy, które na pierwszy rzut oka nie są jakoś baaardzo powiązane z taką działalnością czy zobowiązaniem.

Bo uczy mnie na przykład odpuszczania (niektórym przychodzi to naturalnie 🤪. Mnie nie). Priorytetyzowania. Pokazuje mi prawdę o mnie: ile z tych moich wzniosłych deklaracji o priorytetach życiowych zostaje w mojej idealistycznej głowie, a ile z tego tak naprawdę widać na co dzień w moich decyzjach?

Co ja właściwie chcę powiedzieć przez to takie gadanko? 😜

Ano to, że warto być regularnym, ale nie wtedy kiedy katuje to nasze zdrowie i nasze relacje. Tak sobie myślę. Bo lepiej przesunąć sobie samemu nadany deadline i np. zwyczajnie się wyspać. Świat się nie zawali i korona Ci z głowy nie spadnie. To dlatego mam opóźnienie w poście blogowym, ale…wygląda na to, że życie dalej się toczy 😂.

No, ale do rzeczy!

Mój Drogi, moja Droga!

Od początku lata chodził za mną wieniec na drzwi pasujący do tej pory roku (dobrze, że zdążyłam – ha. ha. ha. – bo to już się sierpień zaczął 🤦‍♀️ a jak wychodzę z psem rano to jeszcze latarnie się świecą 🤯), a że bliskie mojej estetyce są klimaty tropikalne jakoś tak baaardzo naturalnie i na autopilocie zaczęłam szukać inspiracji i materiałów na…no, właśnie coś takiego 😁 w sensie: wieniec tropikalny.

Czego będziesz potrzebował/potrzebowała, żeby taki wieniec przygotować?

Jak widać, oponka nie jest nowa – zdemontowałam stary wieniec i mogę użyć jej na nowo 🙂
  • oponkę/wieniec styropianowy – albo z innego tworzywa, najlepiej ok.30cm średnicy lub ciut większy,
  • sztuczne kwiaty i liście – sami widzicie na zdjęciach, że zaszalałam 😅 i przesadziłam! Nie potrzeba aż tyle 😅. Summa summarum zużyłam 6 liści (różnych) i jeden kwiatek (luzy arbuzy, resztę rzeczy chętnie użyję do czegoś innego),
  • pistolet na gorący klej (i wkłady, oczywiście),
  • żyłkę (taką wędkarską),
  • mały sekator,
  • szeroką, brązową wstążkę,
  • nożyczki.

No to robimy!

1) Zaczynamy od przygotowania naszej bazy, czyli oponki (od razu na myśl mi przychodzą Dunkin’ Donuts 🤤 o mamoooo, ale bym zjadła!). Weź wstążkę i jej koniec przyklej gorącym klejem tak jakoś z tyłu oponki, żeby nie rzucało się w oczy. I teraz zawijaj wstążkę aż pokryjesz całą powierzchnię oponki. Wtedy utnij ją (tzn.wstążkę) i przyklej znowu gorącym klejem końcówkę, również z tyłu.

2) Weź liście i zacznij najpierw „na sucho” czy też „na brudno” układać kompozycję. Jak Ci będzie to pasowało? Czy chcesz z boku? Na dole wieńca? Użyj wyobraźni, pobaw się trochę, aż poczujesz wewnętrzną satysfakcję. Najlepiej zrób zdjęcie tego co ułożyłeś/ułożyłaś, bo teraz trzeba to wszystko ściągnąć i układać od początku, pojedynczo 😜.

3) Podzielę się z Tobą takim, no, nie lifehackiem 😂, ale close to it.

Pierwszy wieniec jaki zaczęłam robić (niesfotografowany) był zdecydowanie za mały na moje ogromniaste liście, które zamówiłam przez internet, oczywiście nie wymierzając ich wcześniej 🤦‍♀️ Znalazłam drugi, trochę większy, ale ciągle za mały – jak kładłam liście to przykrywały absolutnie wszystko. Pomyślałam więc, że trochę zmniejszę ich rozmiar. Ty też możesz to zrobić, jeśli znajdziesz się w rozmiarowych tarapatach.

Po prostu wszystkie moje liście poszły do fryzjera:

4) Nożyczki i sekatorek poszły w ruch i teraz wszystko pasowało 😁 Zaczęłam od liści palmy, trochę jako tło i potem zaczęłam układać pozostałe. Dokleiłam jeszcze jeden liść palmy z tyłu wieńca – jakoś tak mi to pasowało, żeby wychylał się z drugiego planu. Ty też po kolei każdy liść dodawaj do wieńca i przyklejaj gorącym klejem.

5) Na końcu dodaj kwiatka – ja przymierzyłam wszystkie te egzotyczne hibiskusy i orchidee, i jakoś na nic się nie mogłam zdecydować, a dodałam tę wrzuconą w ostatniej chwili do koszyka na allegro FREZJĘ – i to było to! ❤ Duchu Święty, I know that you know that I know 😎

6) Jeśli chcesz możesz dodać coś ekstra – ja znalazłam w Coście takie małe, kartonowe napisy „aloha” (yes, please ❤) – wystarczyła dosłownie kropla gorącego kleju, żeby taki napis przymocować. No i tak paczę i paczę. I: nie. Musi być jakiś błysk. Dodałam gałązkę srebrnych liści i TO! BYŁO! TO!

7) Na (już naprawdę koniec) zrób pętelkę z żyłki i zamocuj swoje piękne dzieło na drzwiach.

Ja tak sobie na ten wieniec patrzę i myślę: cóż, wakacji w tropikach nie będzie w tym roku 😂, to chociaż mam to!

Ty też wyjdź przed drzwi i podziwiaj swoje dzieło! 😊

No i koniecznie strzel mu fotę i pochwal się w komentarzach! ❤ ⬇

Kategorie
Recenzje

Czy Jezus miał beach body?

źródło: canva.com

Dzień dobry, miły Czytelniku, miła Czytelniczko! 😊

Ściskam Cię na przywitanie w ten letni poniedziałek!

Co u Ciebie? Jak rodzina? Jak w pracy?

A może właśnie się urlopujesz? Jeśli tak, to napisz w komentarzu w jakim zakątku Polsku lub świata aktualnie przebywasz 😊

Słuchaj, chcę Ci dzisiaj opowiedzieć o mega intrygującej audiokonferencji, którą wysłuchałam sobie w czasie mojego dnia wolnego, siedząc na ławce na bulwarze Xaverego Dunikowskiego, potem przechadzając się na wyspę Słodową i potem półleżąc na trawie na tejże wyspie. I robiąc tego dnia ponad 14000 kroków (jak przeliczył krokomierz). Ha!

3 rzeczy o ciele, które mnie zaskoczyły w konferencji ks.Marka Dziewieckiego „Koniec wymówek! Trenuj z Jezusem ciało i ducha”:

1) „Ja jako człowiek jestem nie z tej ziemi, a moje ciało jest z tej ziemi”.

To jest w ogóle pierwsza myśl jaką przedstawia ks.Marek w czasie tej konferencji. Sczajcie to: „ja jako człowiek jestem nie z tej ziemi” – to wiedziałam, „a moje ciało jest z tej ziemi” – to też wiedziałam. Ale zestawienie tego razem jest dla mnie zaskakujące.

No bo tak. Ja jako człowiek, jako istota z duszą pochodzę od Boga.

A moje ciało pochodzi z tego świata. Zostało stworzone przez Boga tu, na ziemi.

Człowiek z planety Boga + ciało z planety Ziemia = status „to skomplikowane”.

Zobaczcie, mając ciało i ducha mamy w sobie dwie zupełnie inne natury.

A jednocześnie – chrześcijaństwo naucza – jest absolutna jedność między ciałem a duchem.

Nie da się ich rozdzielić, nie może być człowiek tylko ciałem albo tylko duchem. Tylko cielesnością albo tylko duchowością.

I ten delikaty balans jest mega skomplikowany i trudny do osiągnięcia, bo jako chrześcijanie jesteśmy wezwani zarówno do rozwoju duchowego i jak i do dbania o swoje ciało. A na skutek grzechu pierworodnego często zamiast harmonii tych dwóch sfer, doświadczamy jakiegoś konfliktu.

Bo jakże często jest tak, że nasze ciało ma na coś ochotę – np. na kolejną porcję lodów, albo na jeszcze tylko jeden odcinek serialu, albo na jeszcze 5 minutek drzemki, a nasz duch, nasze sumienie krzyczy w środku (albo i nie?): „Ty chyba żartujesz! Weź się ogarnij i odstaw te lody/wyłącz tego Netflixa/marsz do roboty!”.  

I jakoś tak sobie myślę, że właściwe dbanie o te dwie natury w nas, naturę z tej ziemi i naturę nie z tej ziemi, wymaga dużego nagimnastykowania się, żeby zrobić to dobrze.

2) „Troska o ciało jest powinnością moralną”.

O mamo, tym to mnie normalnie zabił. 🤯

W sensie, świat się zatrzymał jak to usłyszałam.

Troska o ciało jest powinnością moralną – przecież to brzmi mega poważnie!

Wiecie, ja nierzadko tak mam, może Wy też, że jak przeczytam albo usłyszę jakąś prawdę życiową, to choćby nie wiem jak była banalna i oczywista dla osób postronnych – to jeśli trafi we mnie we właściwym momencie, to nagle doznaję jakiegoś absolutnie kosmicznego olśnienia.

Kurka wodna! Skoro dbanie o ciało (oczywiście, ani mnie, ani księdzu Markowi nie chodzi o jakieś skrajne, hedonistyczne dbanie o ciało) jest powinnością moralną, to, ja pierdziu!, to sfera dbania o ciało od razu osiągnęła jakiś zupełnie nowy, wyższy rangą status, z którym nie umiem dyskutować. Bo tutaj się dla mnie kończy „ale…”, „ale przecież…”, „ale ja…”. Zamykam gębę i biję się w pierś.

Bo widzę jak czasami olewam to, że gdzieś coś boli i może warto by było pójść zrobić badania. Jak czasem wykupuję recepty, a potem leki biorę w kratkę. Jak wiem, ile czasu tygodniowo według WHO powinnam poświęcić na aktywność fizyczną i nic z tym nie robię. Jak, tak naprawdę, nie biorę NA SEEEERIO tego, że jeśli nie zadbam o moje ciało dzisiaj to na starość będę to sobie CODZIENNIE, PRZY KAŻDYM BÓLU wyrzucała. Że wnuków mogę nie mieć siły podnosić. Że mogę mieć trudności z poruszaniem się.

Kurde, mam powinność moralną. I mam zobowiązanie wobec mojej rodziny.

3) „Jezus był okazem zdrowia, był wysportowany”.

Haha, co? – taka była moja pierwsza reakcja na zdanie ks.Marka. Takie lekkie podśmiechiwanie się.

No dobra, dobra, ale skąd ksiądz to wytrzasnął?

No i ksiądz Marek tłumaczy to tak (a bierze to wszystko z Ewangelii!):

Jezus miał bardzo wymagający tryb życia:

– praktycznie wszędzie poruszał się pieszo (a pamiętajmy, że odwiedzał rozliczne miejscowości, by nauczać),

– wszędzie w upale (bo podróżował i nauczał w ciągu dnia),

– nie zawsze zdarzał się regularny posiłek (bo jak był w drodze, to czasem zwyczajnie nie było jak),

– mówił całymi dniami (no bo nauczał – czy to tłumy, czy węższe grono swoich uczniów),

– bez mikrofonu (a że słuchały go tłumy, to musiał mieć donośny głos),

– i z mocą (por. Mk 1,22 i Mk 1,27).

A jak jeszcze dołożymy sobie do tego taki element układanki, że Jezus uczył się od św.Józefa fachu ciesielskiego i w zasadzie przez większość swojego dorosłego życia pracował fizycznie sześć dni w tygodniu…

No, nie ma bata, MUSIAŁ mieć na to siłę, taką „zwyczajną”, fizyczną siłę, musiał mieć odpowiednią tężyznę fizyczną, żeby realizować taką pracę.

Do tego – ogarnijcie to – ks.Marek zwraca uwagę, że Jezus w czasie drogi krzyżowej uniósł krzyż mocą swojej ludzkiej natury. Ludzkiej. Bo gdyby użył boskiej natury to by pewnie na paluszku tę belkę krzyżową podniósł. A On użył swojej ludzkiej, fizycznej siły.

Nie wiem czy miał beach body, ale gdyby miał tylko skórę i kości, i gdyby nie dbał o swoje zdrowie i o swoje ciało to, no way, nie dotarłby na Golgotę. Oczywiście, do tego kierowała Nim nieskończona miłość do nas i niepojęta siła psychiczna, ale de facto Jego ludzkie mięśnie niosły ten krzyż przez wąskie uliczki Jerozolimy.

Jeszcze jedną intrygującą rzecz ks.Marek zauważa. Już trochę „lżejszą”.

Pan Jezus lubił…jeść 😊

Oczywiście, nie chodzi o „lubienie jeść” = „obżeranie się dla przyjemności”.

Ale, w przeciwieństwie do Jana Chrzciciela, który ani zbyt gustownie się nie ubierał (miał „odzienie z sierści wielbłądziej”), ani zbyt dobrze nie jadał (dieta szarańczowo-miodowa), Jezus dawał się zapraszać na uczty. Mamy wesele w Kanie Galilejskiej, mamy ucztę u Mateusza, potem też u Zacheusza, u Marty i Marii, zapraszali go faryzeusze i uczeni w Piśmie, ale też celnicy i grzesznicy. Jezus nie odmawiał. Apparently, lubił smacznie zjeść.

A co powiedział do uczniów po zmartychwstaniu?

Najpierw stanął pośród nich i powiedział „Pokój Wam!” – nie mogli uwierzyć, że to On.

Potem pokazał im swoje ręce i nogi – dalej nie mogli uwierzyć.

Wreszcie zapytał „Macie tu coś do jedzenia?” – i uwierzyli :D.

To tak trochę z humorem, ale sprawdźcie sami! (Łk 24,36-43)

Ksiądz Marek kwituje to tak: „Czyli [Jezus] cieszył się swoim ciałem i o to ciało dbał”.

Kochani moi, do czego to wszystko zmierza?

My tutaj ciągle o ciele, a jak z rozwojem duchowym?

Ks.Marek mówi, że zdrowie duchowe jest oczywiście ważniejsze niż zdrowe ciało (i myślę, że wszyscy chrześcijanie podpiszą się pod tym obiema rękami). A jednocześnie „tylko sprawne ciało może nam umożliwić sprawne funkcjonowanie w rodzinie, małżeństwie, szkole, miejscu pracy i oczywiście w sporcie”.

No i mając perspektywę ziemskiej natury mojego ciała, mojej powinności moralnej i mając za wzór mojego Mistrza, który swoim ciałem się cieszył i o nie dbał – daje mi to potrzebną motywację do zmian.

.

Polecam Wam odsłuchać całą konferencję „Koniec wymówek! Trenuj z Jezusem ciało i ducha” ks.Marka Dziewieckiego, wydaną przez wydawnictwo RTCK – zaskakujących odkryć jest tam znacznie więcej 😊

.

A jak jest u Ciebie z dbaniem o ciało? Jaką masz z nim relację? Czy czujesz, że powinieneś/powinnaś coś zmienić w tej sferze?

Kategorie
Rozkminy

Wakacyjny niezbędnik katolika

Hej Mój Drogi, Moja Droga! 😊

Jak to się dzieje, że mamy już drugą połowę lipca 😱??? Zauważyłeś/zauważyłaś? Szok!

Wakacje lub urlopy już poplanowane?

U nas prawie 😅 Mamy ustalony termin i obrany kierunek, ale jeszcze szukamy noclegów. Wiesz, widziałam jakiś czas temu na Insta takie zdjęcie jednej z mam, której konto followuję, z napisem „Rodzice tak naprawdę nie jadą na wakacje. Po prostu zajmują się swoimi dziećmi w innym mieście”. Couldn’t agree more. U nas tak to właśnie będzie wyglądało 😜

Czas wakacji to czas odpoczynku od wielu rzeczy i – jak, podejrzewam, większość z nas wie, chociaż może nie od razu się przyzna – bywa i tak, że to czas odpoczynku od modlitwy. A nie o to chodzi!

W wakacje trudniej o samodyscyplinę, oporniej nam idzie z codziennymi nawykami, a czasem rutyna w ogóle jest całkiem zrujnowana. Apeluję ja do Was, mili Czytelnicy: nie dopuśćmy do tego, żeby w czasie urlopu zaniedbać relację z Panem Bogiem.

Proponuję spakować do walizki/plecaka kilka rzeczy, które nie zajmują dużo miejsca(!), a pomogą nam tej relacji nie zaniedbać, a nawet ją wzmocnią!

Wakacyjny niezbędnik katolika – 8 rzeczy, które warto spakować na wakacje

1) Różaniec

Słuchajcie, wiem, że może nie wszyscy z Was modlą się codziennie na różańcu. Ale zwizualizujcie sobie którąś z tych scen: wędrujecie po górach, leżycie na plaży słuchając szumu fal, przechadzacie się ulicami jakiegoś pięknego miasta… no i CZEMU by w takiej sytuacji nie wziąć do ręki różańca i nie odmówić choćby dziesiątki? A jeśli wybije godzina 15:00, to może choćby dziesiątkę koronki do Miłosierdzia Bożego? Moim zdaniem, to taki piękny akcent w ciągu dnia!

Moja rada: jeśli macie tendencję do gubienia rzeczy, to think twice czy chcecie na wakacje zabierać ze sobą ten różaniec od Waszej prababci, ten przywieziony z Jerozolimy czy jakiś inny o dużej wartości sentymentalnej. Jasne, to tylko przedmiot, ale po co macie się smucić. Ja ostatnio zgubiłam 2 różańce 😑 i zanim zamówię sobie taki z akwamarynu, który mi się marzy, kupiłam sobie całkiem miły dla oka różaniec za 5 zł. I pojedzie ze mną na urlop. High five!

2) Pismo Święte małych rozmiarów lub aplikacja z Biblią

Bardzo Was zachęcam do codziennego czytania choćby krótkiego fragmentu z Pisma Świętego. Do plecaka lub walizki możecie spakować np. małych rozmiarów Nowy Testament z Edycji Świętego Pawła – ma 10,5 x 15,5 cm, więc jest naprawdę niewielki, a ma cenne komentarze do każdego fragmentu!

Alternatywnie oczywiście zawsze możecie mieć pod ręką aplikację Modlitwa w drodze lub Pismo Święte. Pod warunkiem, że tam gdzie jesteście, macie zasięg 😉

3) Lektura duchowa

Moi mili. Kiedy pierwszy raz korzystałam z rachunku sumienia oo.kapucynów z Kielc (do tej pory mój ulubiony rachunek sumienia) natrafiłam na refleksję, która otworzyła mi oczy: „Nie starałem się o pogłębienie swojej wiedzy religijnej przez słuchanie kazań, czytanie Pisma Św., książek religijnych itp.”. Dominikanie też piszą w rachunku sumienia dla dorosłych „Czy wzbogacasz swoją modlitwę poprzez lekturę Pisma Świętego, tekstów doświadczonych w modlitwie świętych i pisarzy religijnych?

Zonk!

Nie chcę powiedzieć, że ktoś kto NIE czyta książek, które wspomagają wzrost duchowy, ma grzech śmiertelny (aż tak się na tym nie znam), ale to nie przypadek, że o lekturach duchowych jest mowa w kontekście modlitwy osobistej. Może urlop/wakacje to dobry czas, żeby po jakąś lekturę sięgnąć?

Polecę Wam tu 3:

Pierwsza: „Sto listów o modlitwie” – krótkie rozdziały, czyta się świetnie, dużo mądrości i genialna intuicja księdza Caffarela w kontekście modlitwy)

Druga: „Zuchwała Księga Świętych” – pisałam recenzję tej książki; krótko mówiąc: jest rewelacyjna. Fantastyczne spojrzenie na święte kobiety + ma materiały do pracy/przemyśleń!

Trzecia: „Wielka ryba” – książka o odkrywaniu kształtu własnej duszy, pomaga uzmysłowić sobie jakie plany i talenty wszczepił w nas Pan Bóg. Książka plus notatnik z zadaniami!

4) UTM czyli Urlopowy Tracker Modlitewny

A jak! 😊 Zapraszam do pobrania, wydrukowania i zabrania ze sobą takiej pomocy wizualnej do śledzenia tego, jak nam idzie modlitwa i czytanie Pisma Świętego (a raczej jak nam idzie ich REGULARNOŚĆ) w czasie wakacji. Looknijcie sobie do tego wpisu, żeby poczytać cuś więcej na ten temat. A jak jeszcze strzelicie fotę tego trackera, udostępnicie na social mediach i oznaczycie mnie (benia_franek na Insta i Bernadetta Franek na fb), to będzie mi mega miło.

5) Słuchawki + powerbank

Do tej pory było analogowo, ale przecież cyfrowo też jako chrześcijanie funkcjonujemy! 😊

Poza sytuacjami kiedy wybieracie się na rekolekcje w ciszy albo celowo i świadomie chcecie odłączyć się od wszelkich urządzeń cyfrowych, warto wziąć ze sobą słuchawki na wakacje.

Pomyślcie sobie: raz, że można posłuchać jakiegoś dobrego audiobooka (ja np. mam ogrrromną chrapkę na „Koniec wymówek!” – audiobook ks.Dziewieckiego o ciele i sporcie. Ha! Może wreszcie ruszę cztery litery 🙈), dwa: można posłuchać refleksji/komentarzy do Słowa Bożego, trzy: można posłuchać muzyki chrześcijańskiej. Dobre powody? No raczej.

A powerbank to wiadomo, jak okaże się, że prądu lub gniazdka braknie, to takie małe urządzonko potrafi zwyczajnie pomóc. Że już nie wspomnę o sytuacjach niebezpiecznych, w których trzeba dzwonić na numer alarmowy, a tu bateria słaba. 😱 Oby takich nie było! Ale wiecie, ja to z gatunku tych, którzy biorą „na wszelki wypadek”.

6) Spowiedź!

Oczywiście mam na myśli, że warto taką spowiedź ODBYĆ przed wyjazdem, albo zaplanować na „w trakcie wyjazdu”. Ostatnio słuchałam na YT Wodza (o.Tomasza Nowaka OP), który opowiadał, że Pan Bóg w sakramencie spowiedzi nie tylko odpuszcza nam grzechy, ale też wylewa na nas łaskę. Jest tu ktoś kto NIE CHCE darmowej łaski? Hę?

Podsyłam Wam od razu linki do dwóch rachunków sumienia, o których już tu wspominałam:

rachunek sumienia dla dorosłych – Kapucyni Kiecle (ja aktualnie od kilku lat korzystam),

rachunek sumienia dla dorosłych – Dominikanie (przez wiele lat korzystałam i bardzo sobie ceniłam)

7) Outfit na Mszę Świętą

Warto! Wziąć! Pewnie koszula lub sukienka wygniecie się w walizce/plecaku, ale musiałbyś/musiałabyś mieć naprawdę wielkiego pecha, żeby hotel/pensjonat/rodzina, u której będziesz nie miała żelazka do pożyczenia. Kaman, ubierz się ładnie dla Jezusa. Poczuj się odświętnie w Dzień Święty.

8) Playlista z muzyką chrześcijańską

Ha!

Raz, że dosłuchania, ale też do śpiewania!

Moi mili. Ja np. uwielbiam śpiewać w aucie. I żeby wychwalać Pana Boga śpiewem nie trzeba być drugą Whitney Houston. Jestem przekonana, że Jemu podobają się nasze mniej lub bardziej udane występy solowe lub w zespole (np.rodzinnym 😉), jeśli są szczere i prosto z serca.

Tak więc, jeśli wybieracie się gdziekolwiek na wakacje autem, odpalcie sobie ulubiony zespół chrześcijański i śpiewajcie razem z nimi! Jeśli pomaga Ci to w modlitwie, włącz sobie muzykę uwielbieniową, albo kanony z Taize. Zachęcam Cię, żebyś słuchał(a) i śpiewał(a).

Pomogę Ci w tym trochę 😉

Tutaj na dole znajdziesz link do playlisty na YouTube’ie z Muzyką Chrześcijańską do Śpiewania w Aucie. Możesz oczywiście śpiewać też w pociągu, samolocie i blablacarze (to dopiero ewangelizacja!). Możesz też jej tylko słuchać i śpiewać w sobie w środku.

Chrześcijańska Playlista do Śpiewania w Aucie

Co więcej, możesz też ją ze mną współtworzyć.

Jeśli znasz jakąś piosenkę, która świetnie by się nadawała do tej playlisty koniecznie daj mi znać 😊 Napisz jej tytuł lub wrzuć do niej linka w komentarzach do tego posta lub w komentarzach do playlisty na YouTube’ie.

Nie obiecuję, że będę do niej wrzucać wszystko jak leci – będę starała się ją utrzymać spójną. Ale pisz, pisz i dawaj znać – ja też chętnie poznam nowych dla mnie artystów i zespoły chrześcijańskie.

No to Mój Drogi, Moja Droga, jesteś już dobrze wyposażony/wyposażona na wakacje 😉 pod kątem przeżywania ich z Panem Bogiem.

A może dopisał(a)byś coś do tej listy wakacyjnej? Daj znać w komentarzu!

Kategorie
Gift Guide'y

Gift Guide Ślubny 2020

Cześć i czołem miły gościu!

Dobrze Cię tu widzieć 😊 !

Jak Twoje plany urlopowe? A może jesteś już po? A może urlop planujesz na bardziej hipsterski czas (np. na zimę, bo lecisz do Australii, żeby złapać znowu lato? Ha! To dopiero by było… 🥰! )?

A może, jak niektórzy z moich znajomych, w te wakacje będziesz gościem na ślubie?

No właśnie! „W związku z zaistniałą sytuacją” niektórzy musieli śluby poprzesuwać (och, ten stres 😓, nie zazdroszczę!), niektórzy grzecznie podziękowali za zaproszenie, ale z tego co słyszę tu i ówdzie już śluby i wesela z udziałem większej ilości gości znowu się odbywają.

No i może, gościu ślubny drogi, zastanawiasz się co by tu nowożeńcom w takim ważnym dla nich dniu sprezentować, hę?

Ha! Wyobraź sobie, że mam dla Ciebie parę podpowiedzi. 😎

Specjalnie dla Ciebie zebrałam 10 pomysłów na prezent dla wierzących nowożeńców. Znajdziesz tu coś dla ciała i coś dla ducha. Niektóre z nich tak mi się podobają, że zastanawiam się na poważnie czy by nie kupić ich dla nas 😅 (chociaż nowożeńcami byliśmy 9 lat temu! Ano, właśnie! Ta lista może równie dobrze Ci się przydać jeśli planujesz kupić prezent z okazji ROCZNICY ślubu. Ha! Nailed it! 😎)!

Jedziemy!

10 propozycji na prezent dla wierzących nowożeńców

(lub starożeńców):

1) Pościel z cytatem z Pieśni nad Pieśniami – genialna sprawa. Miły dla oka, minimalistyczny dizajn. No i nawiązanie do PnP mnie totalnie ujęło. (Od mojego tajnego źródła wiem, że pościel będzie dostępna w sklepie w sierpniu 👍).

2) Plakat spersonalizowany z ważnymi datami+miejscami – aaa normalnie, zachwyciłam się! Na stronie jest przykład z fragmentami map, ale można załadować jakiekolwiek zdjęcie. Nooo i te napisy „pierwsze spotkanie”, „oświadczyny”…ach, ach, już sobie wyobrażam takie cuś wiszące u mnie na ścianie i podoba mi się ta wizja 😊

3) Małżeńska gra – moi drodzy, żarty na bok! Ta gra przypomina małżonkom o co chodzi w komunikacji, a – wierzcie mi – prędzej czy później się o tym zapomina. A w małżeństwie gadasz albo giniesz. Podoba mi się też to zdanie z opisu: „W grze nie ma przegranych, można jedynie wygrać lepszą relację.”

4) Komplet leżaków – RE-WE-LACJA. Ja jestem fanką leżaków i tego błogostanu, który następuje jak już się wygodnie w takim leżaku umoszczę 😊❤ Jak dla mnie, taki prezent zachęca do letniego (czasem potrzebnego) leniuchowania i relaksu we dwoje. Super sprawa!

5) Bransoletki z dziesiątką różańca – komplet dla Niej i dla Niego. Subtelne, świetnie się wpasują na nadgarstku obok biznesowego zegarka albo wśród innych bransoletek. No i przede wszystkim niech się nowożeńcy modlą razem!

6) „Akrobatyka małżeńska” – książka lub ebook o.Adama Szustaka OP. Must-have. O.Adam w tym cyklu konferencji przedstawia małżeństwo jako najprostszą rzecz na świecie (totalnie się nie zgadzam), oczywiście pod pewnymi warunkami (no właśnie). Posługując się historiami/sytuacjami z Biblii wyjaśnia co, według Pisma Świętego, jest małżeństwu do szczęścia potrzebne, np. jakie postawy nam się przydadzą w tej codziennej relacyjnej akrobatyce, jakie role Pan Bóg przewidział dla mężczyzny i kobiety – okraszając to, oczywiście, humorem opartym na wytykaniu nam 😉 naszych ludzkich słabości.

7) Personalizowana deska do serów – coś dla ciała! Słuchajcie, może Wam to się wydawać takie „eee…nie”, ALE pomyślcie sobie: wieczór we dwójkę, wino, jakiś dobry film i sery/przekąski zaserwowane na takiej właśnie desce z imionami i datą ślubu…po 3, 5, 10 latach po ślubie. Jestem dziwnie przekonana, że niejednemu małżonkowi się łezka wzruszenia w oku zakręci. No i niech sprzyja domowym randkom!

8) Album „50 pierwszych rocznic”. Ja się, moi Drodzy, zastanawiam nad taką rzeczą: CZEMU my tego jeszcze nie mamy??? O mamo! Jaki cudowny pomysł! Pięknie wydany album nie tylko na zdjęcia, ale też na ważne myśli! Np. „Najpiękniejsze wspomnienia”, „Plany na kolejny rok”… I autorzy zachęcają, jeśli kupi/dostanie się taki album na którąś rocznicę ślubu, to żeby wrócić do tych wcześniejszych (stron i rocznic) i uzupełnić. Już sobie wyobrażam to wyszukiwanie zdjęć z tego okresu, gdzie wtedy byliśmy, co wtedy mieliśmy w głowach 😅 Coś świetnego!

9) Książka „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus” Johna Graya. Wiecie co, może dla Was to jakaś tam wyświechtana fraza, ale my z mężem mieliśmy swego czasu tradycję kupowania tej książki nowożeńcom. Bo NAM bardzo pomogła. Zrozumieć siebie. Swoje (już nie takie absurdalne) zachowania. Pamiętam, że dla mnie była ona MEGA odkrywcza. Ta pozycja, to, moim zdaniem, MUST READ – KAŻDEGO małżeństwa. Kto jeszcze nie ma – kupić koniecznie i przeczytać!

10) Personalizowana wycieraczka. No po prostu coś uroczego. Nie wiem czy na Was, panowie, robi to takie wrażenie, ale dla większości kobiet, po pierwsze, zmiana nazwiska, a po drugie myślenie i MÓWIENIE o związku jako o „Państwu Kowalskich” czy „Państwu Nowakach” to jest niesamowite uczucie. A jak jeszcze wprowadzacie się do własnego mieszkania…to taka wycieraczka to istna wisienka na torcie 🍒

Kochani, a jakie prezenty Wy polecacie? Może dostaliście na swój ślub jakiś prezent, który możecie polecić innym? Dawajcie znać w komentarzach! 😊

Kategorie
Rozkminy

Solo trip – dlaczego co roku wyjeżdżam sama?

Cześć Czytelniku! Hej Czytelniczko!

Miło mi, że wpadasz! 😊

Opowiem Wam dzisiaj o takim moim, na początku dziwnym (jak dla ekstrawertyka), doświadczeniu – wyjazdach solo.

Mam taką swoją (strasznie długą, bo trzyletnią 😜) tradycję, że co roku wyjeżdżam sama na 2 dni, gdzieś za Wrocław.

Tak jest, sama.

Tak, dzieci zostają w domu. Z tatą.

Już to słyszę: „Ło matko i córko! Toż to nie wypada! Co sobie teściowie pomyślą? Dzieci zostawiasz??? A co mąż na to?”

A ja na to: „sorry, Batory. Mąż co roku wyjeżdża z kolegami w góry. Na cały weekend. Heloł! I jakoś on nie ma second thoughts. Jego nikt nie osądza i jemu nikt się nie dziwi. To czemu ja nie mogę?”

Poza tym, wierzcie mi, każdemu, kto wiedzie intensywne życie, czy to zawodowo czy to rodzinnie (czasem both!) przydałoby się wyjechać samemu! Jak palec! I zaznać trochę spokoju. Nawet świętego spokoju.

I wiem, że część z tych rzeczy, które ja robię na solo tripach, ktoś inny może zrobić w domu, ale ja znam siebie. Nawet jeśli wygonię swoich na caaaały dzień na działkę do dziadków, to będę patrzyła na to mieszkanie i będę. Widziała. Co mam do posprzątania. I na samym obserwowaniu się nie skończy, if you know what I mean. Macie tak też? 😂

Dlatego potrzebuję, potrzebuję wyjeżdżać i pozwalam sobie na coroczny taki krótki wypad, żeby zająć się tylko własnymi sprawami – u mnie na tapecie jest zawsze rozwój zawodowy, bo przez bardzo długi czas był on dla mnie po prostu MEGA zagadką.

Ale warto czasem wyjechać solo nawet jeśli ma się poukładane życie zawodowe, serio! 😁

Podam Ci teraz, drogi Czytelniku, droga Czytelniczko, listę 9 rzeczy, których możesz doświadczyć w czasie wyjazdu solo. Zastanów się, może to właśnie coś, czego potrzebujesz!

1) Spotkasz się ze swoimi myślami.

Często na co dzień ich nie słychać. Albo są przerywane radosnymi okrzykami dzieci, albo milionem innych bodźców. I wiem, że to frazes, ale naprawdę potrzebujemy czasu, żeby usłyszeć własne myśli. Tyle w nich ważnych odczuć, jakichś intuicji, może lęków, marzeń. W tej pędzącej codzienności po prostu ciężko to zauważyć.

2) Spotkasz się z Bogiem.

Dla mnie zawsze te wyjazdy otwiera modlitwa. Poświęcam ten czas, ofiarowuję go Bogu. Nawet jeśli decydujesz się, że będziesz po prostu odpoczywać, że nie masz żadnych planów do zrealizowania, żadnych rozkmin zawodowych, ani rzeczy do przemyślenia i chcesz po prostu pooddychać innym powietrzem, popatrzeć na inny skrawek nieba – nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ten odpoczynek ofiarować Bogu.

3) Spotkasz się z przyrodą.

Wybieram pensjonaty/hotele przy lesie, przy parku. Zawsze sobie zaplanuję mnóstwo do roboty, ale staram się chociaż godzinę poświęcić na spacery na łonie natury. Zachwycam się lasami, łąkami, bliskością gór.

4) Zatęsknisz, docenisz.

Zawsze chwilę zatęsknię za rodzinką w czasie tego wyjazdu (zastanawiam się: kiedy indziej doświadczę takiej tęsknoty? (Może dopiero jak dzieci będą same wyjeżdżały?) A przecież ta tęsknota prowadzi do wdzięczności.) I docenię po raz kolejny męża, teściów, to co mam, to, że mam gdzie i do kogo wracać.

5) Porobisz zdjęcia.

Biorę aparat lub telefon, idę w przyrodę i chwytam chwilę. Nie mam wielkich zdolności fotograficznych. Kiedyś robiłam dużo zdjęć kulinarnych i dawało mi to frajdę. Teraz cieszy mnie przyzwoicie zrobione zdjęcie krajobrazu, widoku z okna, pojedynczego kwiatka w przybliżeniu, na tle reszty łąki. Patrzę na nie i się uśmiecham: ja to uchwyciłam.

6) Nadgonisz z czytaniem.

Lista książek, audiobooków, e-booków, które mam ochotę zabrać na taki solo trip jest tak długa, że śmieję się, że to program na wyjazd tygodniowy! 😜 Ale ograniczam się bardzo, biorę zazwyczaj jedną książkę i ten czas, który wieczorem spędzam w pokoju hotelowym, leżąc na brzuchu na łóżku z nosem w książce jest BEZ-CEN-NY.

7) Ułożysz plan.

Wyjazd solo to też idealny czas na planowanie. Tworzenie w głowie i na papierze. Polecam wzięcie notesu, kolorowych cienkopisów i zakreślaczy, bo ułatwiają odnajdywanie się potem w gąszczu notatek. To też dobry czas na zaplanowanie zmiany.

8) Poukładasz na nowo priorytety.

Często w wyniku spotkania z własnymi myślami i z Panem Bogiem potrafimy spojrzeć na nasze życie, i zrobić taki jakby rachunek sumienia. Ja kminię w ten sposób: co MYŚLĘ, że jest moimi priorytetami, a co mówią o tym moje DECYZJE? Czy one są spójne z tą kolejnością priorytetów, którą mam w głowie? Ha! U mnie nieraz było tak, że łapałam się na tym, że moje wartości w głowie mają się nijak do moich rzeczywistych wyborów.

9) Powrócisz do wspomnień z dzieciństwa.

Ja nie miałam babci (ani w zasadzie żadnej bliskiej rodziny) na wsi, ale na swoim pierwszym solo tripie 5 min od pensjonatu była polana przed lasem. Siadłam w wysokiej trawie, zamknęłam oczy, przysłuchiwałam się odgłosom natury i myślami wróciłam do czasów, (ha!) zdaje się, gimnazjalnych i do pewnych rekolekcji w Idzikowie i do bardzo ważnej wówczas modlitwy odmówionej w podobnych okolicznościach przyrody. Dobrze się czułam z tym wspomnieniem i podziękowałam Bogu za tamten czas.

UWAGA, będzie opowieść.

Spróbuję krótko, OK? 😉

Mój pierwszy wyjazd solo był efektem frustracji, że 1) Krzysiek wyjeżdża, a ja nie, 2) miałam mocno poplątane w głowie co ja mam właściwie robić z tym moim życiem zawodowym. Pojechałam do Międzygórza, do przeuroczego pensjonatu, za którym był las po jednej stronie i pola po drugiej stronie. Wzięłam ze sobą audiobook „Rób to co kochasz” autorstwa Arkadio i słuchałam, i robiłam notatki, i lałam łzy, bo ileż tam było tego co siedziało we mnie w środku! Ile nazwanych moich lęków i blokad. Ile słów, na które otwierały mi się szerzej oczy ze zdziwienia, że sama na to nie wpadłam. Wtedy właśnie usłyszałam, BANALNE, ale dla mnie w tamtym czasie przełomowe

„albo stoisz w miejscu, albo wykonujesz ruch”.

W tamtym czasie byłam na rozdrożu zawodowym i BARDZO bałam się dokonania złego wyboru. Bałam się spudłowania. Straty czasu i pieniędzy na edukację, i potem ścieżkę zawodową, która okaże się nie dla mnie. No i tak stałam, i patrzyłam się na te dwa drogowskazy w przeciwnych kierunkach i paraliżował mnie strach, i totalnie nie wiedziałam, co mam robić. Więc robiłam NIC. Stałam i kręciłam się w miejscu, i kminiłam, a czas i tak upływał. No i wtedy te słowa: „albo stoisz w miejscu, albo wykonujesz ruch”.

I dalej:

„nie bój się popełniać błędów. Bóg rozliczy Cię, człowieku, z miłości i talentów. Nie bój się, więc, tego, że rozminiesz się z Jego wolą, bo Bóg wysyła różne zaproszenia. (…) Działaj w zgodzie ze swoim sercem i wykonuj ruchy, a każdy błąd niech przeradza się w konkretną lekcję na drodze ‘Rób To Co Kochasz’”.

Po wylanych łzach, po modlitwie, rozpisałam sobie za i przeciw dwóm kierunków studiów podyplomowych, rozrysowałam potencjalne możliwości pracy w obecnej korpo po każdym z tych kierunków, znowu przemodliłam i podjęłam decyzję. „Przypadkowo” kościół w Międzygórzu jest pod wezwaniem św. Józefa – patrona osób pracujących. Poprosiłam go tam o wstawiennictwo.

Od tamtej pory wiele się zmieniło. Mimo że zrobiłam podyplomówkę, to wcale nie pracuję w tej branży. Ale nie żałuję – podjęłam decyzję i spróbowałam, i widzę jak każdy mój krok, nawet (po ludzku) chybiony, prowadzi mnie do lepszego zrozumienia siebie, swojego potencjału i odkrywania Bożego planu na moją ścieżkę zawodową.

Bez wyjazdu solo, bez słuchania tych słów w ciszy, spokoju i bez rozproszeń, bez Bożego natchnienia po tym audiobooku, kto wie gdzie byłabym dzisiaj?

A co Ty myślisz o takim wyjeździe solo? Odnalazł(a)byś się w takiej sytuacji? A może praktykujesz solo tripy? Napisz w komentarzu! 😊

Kategorie
Rozkminy

Boskie wakacje

Hej Kochany Czytelniku, Kochana Czytelniczko!

Cieszę się, że tu zaglądasz! 😊 Co u Ciebie słychać?

Podejrzewam, że nieraz miałeś/miałaś tak, że w czasie wakacji/urlopu robiłeś bądź robiłaś sobie też przerwę od…Pana Boga. No tak! Brzmi to strasznie podstawówkowo, I know, ale czy z ręką na sercu możesz powiedzieć, że w czasie urlopu Twoje życie duchowe zawsze było w jak najlepszym porządku? Ja to widzę inaczej: nadchodzi urlop i nie trzeba rano wstawać, inaczej dzień się układa, rutyna zaburzona i od razu walą nam się na głowę nasze starannie i w pocie czoła wypracowane nawyki (m.in. modlitewne).

Ja. Tak. Mam.

A może, po prostu, nawet bez urlopu, trudno jest Ci wypracować taki „rytuał” modlitwy porannej czy wieczornej. Może chciałbyś/chciałabyś wprowadzić więcej regularności w swoim kontakcie z Panem Bogiem.

Jeśli tak, look no further 😉

Słuchaj, mój Drogi, moja Droga. Przygotowałam dla Ciebie taką małą pomoc: tracker do monitorowania regularności modlitwy w czasie urlopu. Nazwijmy go w skrócie: tracker modlitewny. Albo urlopowy tracker modlitewny. Kurczę, może jeszcze za długa nazwa. Zróbmy z tego akronim: UTM. O! 🏆

Wydrukuj go sobie, powieś na tablicy korkowej albo przymocuj magnesami do lodówki. Wpisz miesiąc i dni, w których bierzesz urlop (jeśli dłuższy niż 2 tygodnie to wydrukuj więcej egzemplarzy UTMu). I zaznaczaj po kolei. I odhaczaj. I uzupełniaj.

Kurczę! Ja jestem entuzjastką tego typu rozwiązań. WIDZISZ progres. WIDZISZ, gdzie jeszcze kulejesz. A każdy zamalowany kwadracik czy kółeczko daje satysfakcję.

UTM pomoże Ci:

1) utrzymać regularność w modlitwie w czasie wakacji/urlopu,

2) wprowadzić trochę regularności w modlitwie – korzystając z czasu wakacyjnego. I mam nadzieję, że ta regularność przeciągnie się na czas powrotu do pracy/na uczelnię.

Oczywiście. Nic własnymi siłami. Wszystko z łaską od Boga. A jednocześnie „łaska buduje na naturze” (jak pisał św. Tomasz z Akwinu – BARDZO lubię ten cytat). PODEJMIJ decyzję i wysiłek fizyczny. KSZTAŁTUJ swoje nawyki i charakter. DECYDUJ jakie są Twoje priorytety. A Pan Bóg będzie mógł na tym budować.

Dawaj, popatrz co my tu mamy:

1) Modlitwa poranna

Jezus na Ciebie czeka od rana.

Kiedyś znalazłam na Instagramie genialny komiks obrazujący właśnie czekającego na Ciebie Jezusa. Obejrzyj/przeczytaj – dodatkowy komentarz zbędny.

Mój tip: Zacznij od czegoś prostego: znak krzyża na ustach i słowa „Panie, otwórz wargi moje, a usta moje będą głosić Twoją chwałę”.

2) Modlitwa wieczorna

Mój tip: pomódl się po kolacji.

Chyba wszyscy doświadczyli (doświadczają?) tego jaka może być jakość modlitwy, kiedy zostawiamy ją na ostatnią chwilę. Czasami zasypiałam w połowie dziesiątki różańca.

Ja czuję, że okazujemy naszemu Tacie więcej szacunku, jeśli zaplanujemy (i zrealizujemy) modlitwę wieczorną na czas, kiedy oczy się jeszcze same nie zamykają.

3) Czytanie Pisma Świętego.

Odkąd jestem w ruchu duchowości małżeńskiej Equipes Notre-Dame, czytam Pismo Święte codziennie. Czasem sama nie mogę w to uwierzyć, że kiedyś nie sięgałam do Biblii. Teraz jest ona nieodłącznym elementem mojej porannej modlitwy.

Pomyśl o tym w ten sposób: chcesz ufać Jezusowi. Ale czy zaufał(a)byś komuś kogo nie znasz? Nie zawsze. A jak najlepiej poznać Jezusa? Przez czytanie Pisma Świętego, ofkors!

Mój tip: Zainstaluj sobie apkę z Pismem Świętym – to żadna siara czytać Biblię w wersji cyfrowej. Zacznij od czytania Ewangelii z dnia. Looknij na Modlitwa w drodze lub Pismo Święte.

4) Niedzielna Msza Święta

Oczywista oczywistość: jeśli wyjeżdżasz, zorientuj się wcześniej gdzie jest najbliższy kościół i o której są w nim Msze. Jeśli możesz, spakuj do walizki jakieś odświętne ubranie.

Mój tip: odeprzyj pokusę oceniania lokalnych tradycji parafialnych (chociaż dla „koneserów” nie jest to łatwe!), a skup się na wdzięczności za to, że możesz spotkać się z Jezusem w czasie Mszy Świętej.

Dodatkowe pola w trackerze:

  • Fragment z Biblii, który mnie zaskoczył

Zapisz zdanie lub siglum (czyli skrót do wersetu, np. Mt 6,33), które odkryłeś lub odkryłaś (na nowo?) czytając Pismo Święte w czasie urlopu. Jak zapiszesz, to lepiej zapamiętasz i będzie do Ciebie ono wracało.

  • Zdanie z homilii, które we mnie pracuje

A to dopiero wymyśliła! 😂

Wiem, że czasem w czasie kazania myśli odlatują do kotleta (parafrazując o.Adama Szustaka). To teraz pomyśl sobie o takim zadaniu: „wysłucham homilii uważnie i wyjdę z kościoła z jednym zdaniem lub myślą, które przykuło moją uwagę” (i nie mam tu na myśli potencjalnych błędów językowych. You know what I mean). Niech to zmotywuje Cię do większego skupienia. A mówiąc, że coś „we mnie pracuje” mam na myśli: że ciągle wracam do tego myślami. Że mnie inspiruje i zachęca do jakiejś zmiany w życiu.  

  • Spowiedź

Zaplanuj spowiedź w czasie urlopu. Pomyśl tylko: może będziesz wreszcie mógł lub mogła wybrać się do spowiedzi poza rush hours w konfesjonałach! 😅 Serio! To naprawdę wielki plus urlopu 😊

UWAGA, UWAGA, urlopowy tracker modlitewny można pobrać TUTAJ.

Dziękuję Panu Bogu za natchnienie i Michałowi Z. za pomoc techniczną!

No. To gdzie się wybierasz na Boskie wakacje? 😊 Napisz w komentarzu!

Kategorie
Recenzje

Badass Book of Saints

Cześć! 😊

Na początek zapytam Cię oczywiście tradycyjnie i jak najbardziej szczerze: co u Ciebie? Jak się miewasz? Czy o siebie odpowiednio dbasz? A jak Twoi bliscy? Będę zaszczycona, jeśli skrobniesz coś w komentarzu.

Jednocześnie, daję Ci znać, że moja ekscytacja sięga przynajmniej sufitu w kamienicy, bo dzisiaj chcę opowiedzieć Ci o książce Marii Morera Johnson „Zuchwała księga świętych. O odważnych kobietach, które pokazały mi jak żyć”.

Kochani czytelnicy, może powiem od razu bez owijania w bawełnę, że jestem zachwycona tą książką. I ogromnie wdzięczna wydawnictwu W drodze, że zdecydowało się ją wydać. I za okładkę, która w moim odczuciu jest taka, jaka powinna być (przy takim tytule) – mocna, zdecydowana, kobieca, silna, niechowająca się po krzakach. Zaryzykuję stwierdzenie, że ta książka może BARDZO mocno wpłynąć na Twoje życie duchowe. Na moje właśnie wpłynęła.

Tak więc, sorry, Gregory, będę teraz piać z zachwytu nad tą książką. Od razu mówię, że zachwyt nie jest sponsorowany, za to jest szczery i autentyczny. Ale żeby recenzja nie miała kilkunastu stron, opowiem o 3 rzeczach, które mnie się w tej książce strrrrrasznie spodobały.

1) Sama autorka.

Znacie Marię Morera Johnson? Ja przyznaję się, że widocznie jeszcze mam dosyć dużo tego naszego katolickiego who’s who do nadrobienia, bo ja o niej nie słyszałam, CHOCIAŻ jak zobaczyłam jej zdjęcie, mam wrażenie, że gdzieś tam w internetach wcześniej mi mignęło. Amerykanka kubańskiego pochodzenia, KATOLICZKA (co NIE JEST typowe dla mieszkańca USA, sami przyznajcie, CHOCIAŻ, jak mnie mój mąż oświecił, Stany są na czwartym miejscu wśród krajów o największej liczbie katolików 😳. Wiedzieliście o tym? Tak, to po części zasługa imigrantów no i po prostu tego, że to ogromny kraj, z ogromną liczbą ludności, ALE to nie zmienia faktu: 4. miejsce. na. świecie!), BLOGERKA (ha! 😁), wykładowczyni literatury w college’u, fanka książek sci-fi i opowieści o superbohaterach (w tym momencie zdobyła moje serce) i – o mamo! – prowadząca program Catholic Weekend i współorganizatorka The Catholic New Media Conference.

Ludzie drodzy.

Wystarczyło, że przeczytałam czym ta babka się zajmuje i już ją uwielbiałam.

I co ona sama pisze o tym dlaczego w ogóle ta książka powstała, patrzcie:

„Jako młoda kobieta żyłam w błędnym przekonaniu, że podążanie drogą świętości oznacza nudne życie wypełnione długimi okresami kontemplacji i ciszy. Tęskniłam za znalezieniem przykładów do naśladowania, które by odzwierciedlały moje podejście do życia – święte głośno się zaśmiewające, o ostrym języku często wpędzającym je w kłopoty, kobiety nielękające się bycia sobą i wyrażenia tego, co myślą, nawet jeśli to miałoby zburzyć porządek rzeczy.

Mówiąc krótko, tęskniłam za znalezieniem zuchwałych [badass] kobiet żyjących prawdziwą świętością. Kobiet, z którymi być może miałabym choć trochę wspólnego.”

O mamooo! You and me both, sister!

Jak piszę to na klawiaturze laptopa, to moje ręce trzęsą się z emocji: JA TEŻ TAK MAM!

Ja też napatrzyłam się na wizerunki świętych w powiewających szatach (w 99% habitach), z oczami wzniesionymi do nieba, rękami w geście modlitwy lub innym (bliżej nieokreślonym) i zastanawiałam się: gdzie… ja… w tym? Jak taka świętość ma się do mojego życia? Czy to, że chciałabym wieść życie pełne akcji i energii…jakoś…wyklucza mnie na wstępie z tego grona?

Ha!

Niezmiernie się cieszę, że nie tylko ja szukam innego wzoru świętości. I nie chodzi mi o idee, a o zwykłe, codzienne życie. Zwykłe, codzienne czynności. Może zabrzmi to absurdalnie, ale już po przeczytaniu bio i fragmentu wprowadzenia czułam, że mam w tej kobiecie, Marii Morera Johnson (tutaj w skrócie MMJ 😉) bratnią duszę.

2) Panteon świętych

No i co, czy te święte przedstawione przez MMJ rzeczywiście są takie badass?

Wiecie, przeczuwałam, że znajdę tu wojowniczą św. Joannę d’Arc, upartą św. Katarzynę ze Sieny i niedoścignioną i niezrozumiałą dla mnie św. Joannę Berettę Molla. Ale, obviously, okazuje się, że tych przebojowych świętych jest więcej i co ciekawe: MMJ paruje je pod względem omawianej CNOTY z kobietami, które świętymi nie są: albo „jeszcze”, albo „nie są i nigdy nie będą”. Nie chcę Wam zdradzać szczegółów, ale jest tu znana aktorka, znana fotografka, kobieta-szpieg – normalnie cały wachlarz. Dzięki autorce poznałam święte, które w ten czy inny sposób były twardzielkami. Były odważne. Nietuzinkowe. To jak żyły, to co robiły, to nie była tylko modlitwa i kontemplacja (chociaż oczywiście, że było jej dużo!).

I – co mnie osobiście bardzo, BARDZO zaskoczyło, ucieszyło, zachwyciło – wiele (większość?) z nich była ORGANIZATORKAMI.

Aaaaa!!! Nie wiem czy czujecie ten entuzjazm 😁😅. Ale organizacja to moje drugie imię. Benia Organizacja Franek 😄 Kiedy mam czas i przestrzeń, żeby coś zorganizować, tworzyć, dzielić się z ludźmi moją wizją i zapalać ich do czegoś, i wspólnie nad czymś twórczym pracować – jestem w stanie flow.

Pod tym względem te święte bardzo mi zaimponowały. No wiecie, jutrznia, śniadanie i heyah: „idę założyć klasztor. Który? Och, po dwunastym przestałam już liczyć. Wszystko na chwałę Boga”. 🙏

Niezwykle ubogacające jest też to, że autorka cały czas odnosi żywoty tych kobiet do swojego własnego życia. Za każdym razem i znajduje podobieństwa, w tym co przechodziły, i widzi jak te święte kobiety ją inspirują do dalszej pracy nad sobą.

A propos pracy nad sobą…

3) Z tą książką się pracuje.

Tak, tak, kochani. Jeśli myślicie, że będziecie ją czytać na wpół-śpiąco, do poduszki… no, to niby możecie, ale wiele stracicie.

Bo pani profesor z college’u zrobiła coś absolutnie rewelacyjnego, a mianowicie, po każdym rozdziale czekają na Was PYTANIA. DO. REFLEKSJI.

Po przeczytaniu każdego rozdziału, jest przewidziany czas na zastanowienie się nad życiem konkretnej świętej, tym, co ona reprezentuje i jak to się ma do TWOJEGO życia.

No po prostu czad!

I, kurka wodna, nie wiem czy Wam zdradzać co jest NA KOŃCU książki… Czy to będzie spojler???

Ach, ach, ach, chyba Wam powiem.

Słuchajcie, a na końcu książki jest przewidziany 6-tygodniowy program pracy nad sobą, nad swoim rozwojem duchowym, w oparciu o historie tych świętych kobiet. Zagadnienia do dyskusji, dodatkowe pytania i ćwiczenia praktyczne. To jest, moi mili, materiał DO PRACY W GRUPIE.

.

.

.

POZAMIATANE.

.

.

.

No, po prostu, she nailed it.

.

.

O rajuśku. To oczywiście zależy od czytelnika, ale ta książka ma naprawdę potencjał do miana „książki zmieniającej życie”. No, a już na pewno, do „książki mega rozwijającej duchowo”. Czyli, to praktycznie to samo, nieprawdaż?

Pytanie do Was: jacy są Wasi ulubieni święci? Napiszcie w komentarzu kto ze świętych Was inspiruje 😊