Kategorie
Recenzje

Recenzja książki „Niepłodność. Podpowiedzi dla katolickiego małżeństwa”.

Heeeeeej mój Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko! 😊

Nooo, nareszcie tutaj we Wro dało się odczuć to przyjemniejsze oblicze jesieni – słońce, liście chrzęszczące pod stopami, robienie korali z jarzębiny… także tak, u mnie całkiem przyjemnie było w ten weekend.

A jak u Ciebie? 😊 Jesień taka 👍 czy taka 👎?

Poooza tym… jak dawno tu nie było żadnej recenzji! 😱 Możeś zdążył(a) pomyśleć, że zapomniałam jak się czyta! Nic z tych rzeczy! Wracam do gry 😉

Wiesz co, bardzo chcę Ci opowiedzieć o tej książce.

Długo się zastanawiałam jak ubrać w słowa te wszystkie myśli i uczucia na jej temat, które w sobie mam i czuję.

Zacznę tak po prostu:

Jestem pod wrażeniem tej książki!

Moi drodzy, temat niepłodności jest NIEZWYKLE bolesny i być może nawet nie wiecie, że ktoś z Waszych znajomych, rodziny, sąsiadów właśnie wylewa łzy z powodu tego, że nie mogą począć dziecka. Wylewa łzy? Mało powiedziane. Pragnienie dziecka, TAKIE naturalne i wpisane w ludzką naturę przez naszego dobrego Boga, może być TAKIE silne, TAKIE wszechobecne i TAKIE wykręcające wnętrzności i łamiące serce, że może nawet sobie nie zdajecie z tego sprawy. Ja wiem. Ja i mój mąż 8 lat temu rozpoczęliśmy staranie się o dziecko i…ten stan trwa nadal.

Ale ponieważ chcę się skupić tutaj na opowiadaniu o książce, historię naszej drogi do rodzicielstwa opiszę kiedy indziej.

Książka „Niepłodność. Podpowiedzi dla katolickiego małżeństwa” autorstwa Jean Dimech-Juchniewicz daje MNÓSTWO nadziei.

Jeśli jesteś osobą, którą interesuje temat niepłodności, opowiem Ci o 3 rzeczach, dla których warto po tę pozycję sięgnąć.

Po pierwsze primo, autorka zabiera nas w podróż po całym tym emocjonalnym rollercoasterze, który  towarzyszy niepłodnym parom w czasie starania się o dziecko. Przejeżdżamy przez kolejne zakręty: szok, niedowierzanie, gniew, smutek, zazdrość, poczucie winy… Cała masa tych emocji i każdemu z nich towarzyszą przykłady sytuacji z historii Jean i jej męża. I co ważne: każde takie uczucie jest nazwane, AKCEPTOWANE i przytulane.

Słuchaj, emocje są moralnie obojętne. To, że odczuwasz zazdrość na widok kolejnej uśmiechniętej mamy nachylającej się do swojego dziecka w wózeczku…to jest CAŁKOWICIE normalne i nie masz się biczować z tego powodu, że CZUJESZ zazdrość. I’ve been there… dokładnie wiedziałam, o czym Jean pisze – pamiętam moją gotującą się zazdrość i następującą po niej rozpacz, za każdym razem, kiedy na moich oczach po osiedlu krążyły mamy z wózkami dziecięcymi… I Jean opisuje te uczucia, te sytuacje – po to, żeby pomóc Ci je zidentyfikować u siebie (jeśli są), nazwać i zaakceptować.

Po drugie primo, autorka WSPANIALE tłumaczy BARDZO TRUDNE sprawy. Na przykład katolickie zasady moralne. Co wolno, a czego nie wolno w procesie starania się o dziecko – i DLACZEGO. I nie jest to powiedziane w sposób zimny i bezduszny, albo autorytatywny – WRĘCZ PRZECIWNIE. Z każdego słowa Jean bije TAKA MIŁOŚĆ BLIŹNIEGO, SZACUNEK i AKCEPTACJA dla nas, naszych uczuć i naszej historii, dla momentu życiowego, w którym jesteśmy, ŻE GŁOWA MAŁA. Tak może pisać TYLKO osoba, która doświadczyła niepłodności na własnej skórze.

Nie żebym była koneserką ciężkostrawnych dokumentów Kościoła, ALE to JAK Jean wyjaśnia katolicką bioetykę POWALA NA KOLANA. I chociaż osobom, które aktualnie są in medias res tego ogromnego trudu leczenia niepłodności może się wydawać NIEMOŻLIWIE trudne trzymanie się tych zasad, autorka pisze to z TAKĄ delikatnością, a jednocześnie pewnością – jakby dawała znać „WIEM, że to jest szalenie trudne. Jestem w tym z Wami”. Ogromnie sobie cenię to jej podejście.

I po trzecie primo, z tą książką się pracuje. Na koniec każdego rozdziału są pytania do refleksji. I powiedzmy, że to mnie tak do końca nie zdziwiło.

ALE.

Poza pytaniami do refleksji dla osób niepłodnych, są jeszcze fragmenty przeznaczone dla rodziny i przyjaciół tych osób. I to jest totalny SZTOS.

Niepłodna para często czuje się jak samotna wyspa. A ludzie wokół (rodzina, znajomi, sąsiedzi, współpracownicy) czasem nie wiedzą jak się zachować. Niesamowite jest to, że Jean w ogóle wpadła na to, żeby nakierować tych ludzi z otoczenia, podpowiedzieć (nawet wprost) co mówić, a czego nie mówić, bo niepłodna para poczuje się tak i tak. Fragmenty te nie są „złotymi radami” specjalisty, kogoś kto czuje się lepszy, bo jest „wtajemniczony”. Nie. Są to pełne miłości zdania, które uświadamiają najbliższych przez co przechodzi para borykająca się z niepłodnością i w jaki sposób można im pomóc, jeśli w ogóle. Jasne, że każdy może inaczej dany aspekt przeżywać, ale te generalne wskazówki mogą się okazać dla rodziny/przyjaciół na wagę złota.

Wiecie, chociaż jest tak, że ja się już do mojej/naszej niepłodności przyzwyczaiłam i nauczyłam się z nią żyć, to napotykałam tu fragmenty, przy których miałam ochotę się rozryczeć. I nawet nie chodziło o to, że przypominałam sobie moje doświadczenie. Miałam łzy w oczach kiedy czytałam statystyki.

Nawet teraz, jak o tym piszę. 💔

Jest nas tak wiele…

Tak wiele z nas chociaż pragnie tego z całego serca, z jakiegoś powodu nie może począć dziecka. Co szósta para doświadcza niepłodności. 💔

Tyle dzieci jest zabijanych, że serce pęka. Tyle dzieci czeka na adopcję.

Rozwalił mnie ten fragment:

Gdy ogłosiłam w swej parafii, że zakładamy nowe duszpasterstwo z małżeństwami zmagającymi się z niepłodnością, kilka par po sześćdziesiątce i siedemdziesiątce podeszło do mnie po mszy. Ze łzami w oczach powiedzieli mi, że żałują, iż nie było takiego duszpasterstwa dla nich, gdy sami przechodzili przez niepłodność.

Czekajcie, gdzie są moje chusteczki…? 😭

Ech, moi drodzy, polecam. Polecam.

A może są wśród Was tacy, którzy już tę książkę przeczytali? Co o niej myślicie? Dajcie znać w komentarzach.

I wiecie, gdybyście chcieli pogadać o niepłodności…jeśli potrzebujecie rozmowy, może modlitwy w intencji poczęcia dziecka – dajcie znać: bernadetta.franek[at]gmail.com 🙏.

Kategorie
Dom

10 nietuzinkowych przebrań na Bal Wszystkich Świętych

Hej Drogi Czytelniku!

Co u Ciebie? 😊

Mam nadzieję, że w Twoich stronach jesień okazuje się choć ciut bardziej łaskawa i masz trochę słońca i ciepła 🧡 Bo u nas we Wro…cóż. Szaro i buro! Nie lubię.

Ale, ale! Dzisiejszy post bynajmniej nie będzie szaro-bury.

Dzisiaj opowiem Ci co wymyśliłam w jakże problematycznej kwestii przebrań na Bale Wszystkich Świętych 😁.

Tak, taaaaak, takie bale istnieją i jeśli jeszcze o nich nie słyszałeś, to znaczy, że …albo nie masz dziecka w placówce edukacyjnej katolickiej 😂, albo nie załapałeś się na taką imprezę w duszpasterstwie młodzieży albo akademickim. Ach cóż, ach cóż.

Słuchaj, zanim przejdę do meritum dzisiejszego posta, krótki background. Krótki, obiecuję 😁.

Nasze dzieci chodzą do przedszkola katolickiego i od jakiegoś czasu jest taki zwyczaj w październiku/listopadzie, że w odpowiedzi na imprezy halloweenowe zaczęto w różnych takich katośrodowiskach robić bale Wszystkich Świętych.

Powiem Wam SZCZERZE…

…🤦‍♀️🤦‍♀️🤦‍♀️…

…że jako estetka i osoba raczej pomysłowa CIERPIĘ KATUSZE.

Cierpię, bo widząc zdjęcia z takich imprez (również dla młodzieży/young adults) widzę: szaty, sutanny i habity.

I szaty, sutanny i habity.

Uuuuuuugggghhhhh! Send help! 😩

I oczywiście, ŻEBY NIE BYŁO(!!!), nie ma absolutnie nic złego w tym, że ktoś się przebierze za św. Jana Bosco, za św. Katarzynę z oczami na talerzu, czy za św. Faustynę… To są wszyscy FANTASTYCZNI święci, ale ja. Lubię. Mieć. Wybór.

Lubię mieć wybór na taką imprezę jak bal przebierańców (a do takiej kategorii wpada Bal Wszystkich Świętych). A wybór między izraelską szatą sprzed 2000 lat, sutanną, a habitem to dla mnie żaden wybór.

I żeby nie było (po raz drugi)! Na pierwszy Bal Wszystkich Świętych przebrałam Łucję za św. Łucję: biała sukienka, czerwona kokarda w pasie i sztuczny wianek z niezapalonymi świeczkami na głowie. Wyglądała cudnie.

Na drugi Bal Wszystkich Świętych przebrałam ją za św.Weronikę (tak ma na drugie i była w wieku kiedy dało się ją jeszcze przekonać do moich pomysłów 😜): ciocia Brydzia zrobiła jej granatową sukienkę i biały ‘welon’ i namalowała na kawałku płótna odbitą twarz Jezusa. Łucka była baaardzo zadowolona. I to najważniejsze. Przy okazji, co baaardzo ważne, dowiedziała się trochę i o św.Łucji i o św.Weronice.

Ale teraz już jej imiona się skończyły 😂 i trzeba wybrać kolejną świętą na taką imprezę (o ile w czasach covidowych się odbędzie).

No i już zaczynają się schody! Wiecie, dla mnie warstwa wizualna jest ważna (nie najważniejsza, ale ważna), a jak wszyscy będą czarno-biało-szaro-brązowi…to tak smutno po prostu.

Dlatego ABSOLUTNIE NIE UMNIEJSZAJĄC żadnemu z rewelacyjnych i zuchwałych świętych w szatach/habitach/sutannach, wynalazłam kilka mniej lub bardziej znanych perełek – świętych, którzy mają po prostu ciut ciekawszy strój.

Oczywiście będzie disclaimer 😉: piszę to z perspektywy kreatywnej mamy przedszkolaków – nie jestem specjalistką od hagiografii 😉.

10 nietuzinkowych przebrań na Bal Wszystkich Świętych

Dla dziewczynek:

św. Jadwiga Królowa – no kaman, już na samo to, że była królową, dziewczynkom oczy się zaświecą 😉. Na strój wystarczy piękna, królewska suknia i korona (WIADOMO o jaką koronę chodzi). Akurat takie artykuły nietrudno będzie znaleźć w sklepach. Looknijcie na jej wizerunki.

św. Joanna d’Arc – ha! To dopiero aparatka. Na strój Joasi potrzebna jest zbroja – albo cała z materiału albo góra z pianki/plastiku. Podoba mi się ten jej wizerunek: dla kobiecego akcentu długa spódnica. Super!

św. Joanna Beretta Molla – była lekarką! Ja to widzę tak: spódniczka (nawet niekoniecznie musi być biała), biały fartuch lekarski z naszytym lub namalowanym czerwonym krzyżem i zabawkowy stetoskop na szyi. E voila!

św. Magdalena z Nagasaki – tak! Istnieje! Przedstawiana jest w habicie augustiańskim, ALE TEŻ często w kimonie z krzyżem dominikańskim (była tercjarką augustiańską i dominikańską). A jak jeszcze można zrobić dziewczynce koka na czubku głowy – cudnie!

św. Kateri (Katarzyna) Tekakwitha – wisienka na torcie. Święta indianka. Jeśli św. Magdalenę z Nagasaki można troszeczkę porównać do Mulan (chociaż Mulan z Chin, a Magdalena z Japonii), to św. Kateri to Pocahontas. I pozamiatane. Dziewczynki uwielbiają księżniczki 😉. Wiadomo jak będzie wyglądało przebranie: strój Indianki. A że św.Kateri lubiła rzeźbić małe, drewniane krzyżyki, to taki krzyżyk na szyi można dodatkowo zawiesić.

Dla chłopaków:

św. Jerzy – waleczny rycerz, który pokonał smoka. Na strój potrzebna jest zbroja rycerska, a że ja lubię sobie utrudniać życie 😜, fajnie byłoby ją dodatkowo ozdobić namalowanym na materiale wizerunkiem smoka. Błagam, niech idzie na bal bez włóczni.

św. Hubert – zanim został biskupem…był myśliwym! A skoro myśliwym, to przy odrobinie wyobraźni można by jego strój nieco porównać do stroju Robin Hooda. Ha! Ja to (znowu) od razu mam przed oczyma taki strój, który na torsie ma namalowany wizerunek białego jelenia z jaśniejącym krzyżem ponad porożem. Ach! 💚 (I niech łuk i strzały zostaną w domu!).

św. Marcin – również rycerz, chociaż jeśli porównacie wizerunki jego i św.Jerzego, to św.Marcin dużo częściej jest pokazywany w zbroi rzymskiego legionisty. Koniecznie musi mieć czerwony płaszcz/pelerynę/żołnierską opończę! (Muszę wspominać o mieczu, a raczej o jego braku? 😅)

św. Michał Archanioł – jak to mój mąż określił, „lepszy niż Lego Ninjago!” 😂 Moi drodzy, koniecznie zbroja i skrzydła! Ach, już to widzę z jaką dumą przedszkolak będzie wkraczał do sali jako generał wojsk anielskich 😉.

św. Józef Gabriel Bochero – również wisienka na torcie. Słuchajcie, to święty ksiądz z Argentyny, który do swoich parafian dojeżdżał na …koniu. Lub mule. I w kapeluszu. No i dostał sympatyczną ksywkę „ksiądz-gaucho”. A gaucho (dla niewtajemniczonych, jak do niedawna ja 😂) to taki południowoamerykański…kowboj. Ksiądz-KOWBOJ. Moi mili: stój kowboja wzbogacony o apaszkę pod szyją, taką jak tu. I krzyżyk na szyję. I jest rewelacja.

Co ważne, a czego za Was nie zrobię 😉 przeczytajcie sobie i z dziećmi życiorys tego świętego (wszystkie macie podlinkowane), którego wybierzecie. Będzie dobrze jak chociaż ze dwa zdania będzie dziecko umiało powiedzieć o tym, za kogo się przebrało, no nie?

A Wy, może macie jakieś pomysły kogo do tej listy dopisać? 😁

Kategorie
Dom

Jesienne aktywności dla katolika

Jesień mix

Cześć!

Nareszcieeeeeeeee!!!….

O mamo już mózg mi się przegrzewa 😅 ale wreszcie, WRESZCIE wrzucam tu coś, co przygotowałam specjalnie dla Was:

Listę aktywności na jesień – dla katolików (i nie tylko), dla singli, dla rodzin, dla małżeństw, dla par, dla paczki przyjaciół… kombinacji jest dużo 😁

Słuchajcie, o co chodzi?

Zapraszam do umilenia sobie jesiennego czasu, wykonując wszystkie lub wybrane czynności z listy.

Zrobiłam 3 różne zestawy: dla „dorosłych”, dla dzieci i mix (dla rodzin oraz tych dorosłych, którzy mają ochotę sobie przypomnieć dzieciństwo 😉).

Można sobie listę WYDRUKOWAĆ i przyczepić do tablicy korkowej, przymocować do lodówki, i odhaczać co zrealizowaliście.

Są z grafiki z numerkami, żeby było łatwiej odnaleźć dany pomysł na liście i grafiki bez numerków – ja sobie taką np. wydrukuję dla ozdoby 😉 a co!

Jesień i dzieci

Jeśli chodzi o dekoracje i wieńce jesienne, zapraszam po inspirację do Pinteresta, np. do mojej tablicy, w której gromadzę inspirację.

A jeśli zastanawiacie się co to jest scavenger hunt, to już tłumaczę 😁: to taka zabawa, w której dzieci mają listę różnistych rzeczy do znalezienia. Wygrywa ten (lub ta drużyna), która uzbiera te rzeczy szybciej. Jeśli jedziemy do lasu, to może to być lista „artykułów” leśnych: 2 szyszki, 3 żołędzie, patyk, kamień, itd. Wielka zaleta tej zabawy jest taka, że można się w nią bawić również w domu. Koniecznie sprawdźcie te pomysły na „skalibrowanie” scavenger hunt według Waszych możliwości 😉.

No dobra, dobra!

Dzisiaj nie będzie dużo pisania, będzie za to link do pobierania!

(Ależ rymy 😅, nie ma co…).

Wszystkie listy i grafiki można POBRAĆ TU.

Bawcie się dobrze (na ile można) tej jesieni! 😊

Kategorie
Rozkminy

Czy wspólnota jest do zbawienia koniecznie potrzebna?

Witaj Drogi Czytelniku i Droga Czytelniczko!

Jak leci? What you’re up to lately?

Jesteś typem (typką? 😂), który cieszy się jesienią, czy tęskni za inną porą roku? Na przykład tą najcieplejszą ze wszystkich? 😅 Ja, przyznaję się bez bicia, jestem wierną fanką lata, ale tą słoneczną, bezdeszczową jesień…jakoś zniosę 😅 za tą deszczową nie przepadam.

Wiesz co! Ostatnio mocno chodził za mną temat wspólnoty. Kurrrrrka wodna, tak mocno! Myślę, że to wszystko zasługa tego, że zachwyciłam się ostatnio dokumentami wspólnoty Equipes Notre-Dame, w której jesteśmy z mężem. Ech! Jak to jest wszystko bosko przemyślane!

I potem zaczęłam tak sobie dumać, że w sumie przecież mnóstwo ludzi nie jest w żadnej wspólnocie…i że nie wiedzą, co tracą! 😂 Moim zdaniem, of course.

Stwierdziłam, że ja w takim razie zbiorę w listę kilka powodów, dla których WARTO być we wspólnocie. I mam tu na myśli we wspólnocie katolickiej, której na celu jest duchowy wzrost, zbliżenie się do Boga, (uwaga, nie przestrasz się) ŚWIĘTOŚĆ. Jasne, nie znam WSZYYYYSTKICH wspólnot na świecie, ale zdecydowałam, że i tak spiszę te powody 😂 Będę je pisała z perspektywy przynależności do Ruchu Duchowości Małżeńskiej Equipes Notre-Dame, która jest (jak to mój mąż nazywa) starszą siostrą Domowego Kościoła.

Myślę, że kiedy indziej opowiem w większych szczegółach o Equipes Notre-Dame (Ekipach/ENDzie), bo to długa historia, której chyba nie umiem opowiedzieć w pigułce 😅 i skupię się może na tym na czym powinnam w tym tekście 😂, a mianowicie, PO CO nam wspólnota.

7 powodów dlaczego warto być we wspólnocie*

(* pisząc te powody w sposób szczególny myślę o Equipes Notre Dame i Domowym Kościele – bo takie mam doświadczenie)

1) Gotowe narzędzia pracy

No to tak. We wspólnocie nie wyważasz otwartych drzwi. Mają tam gotowe, wypróbowane przez lata narzędzia, które rozwijają Cię duchowo i zbliżają do Boga. I najczęściej nie jest to ABSOLUTNIE nic nowego, nic kosmicznego: np. codzienna modlitwa, regularne czytanie Pisma Świętego, a we wspólnotach małżeńskich comiesięczny Dialog z małżonkiem. ALE, są to narzędzia dobrze ustrukturyzowane. Ja, gdyby nie END, dalej nie czytałabym Pisma Świętego. No way. Jakoś nie miałam takiego nawyku, ani w ogóle takiego doświadczenia regularnego czytania Biblii. Teraz, jeśli nie przeczytam, to czuję, że mój dzień jest niepełny.

2) Większa motywacja do pracy nad sobą

To ciutkę taka psychologia tłumu. Jak już masz te narzędzia i jest czas na spotkanie wspólnoty, to jest też czas na podsumowanie miesiąca: jak Ci poszło realizowanie tych postanowień? I to nie chodzi o to, że „uwaga, uwaga, teraz następuje sprawozdanie i ci, którym udało się posunąć do przodu w rozwoju duchowym otrzymują wieniec zwycięstwa, a ci, którym nie udało się, lądują pod pręgierz i dostają baty: hadzia! Hadzia!”. No, nie. Owszem podsumowujemy naszą miesięczną pracę. Ale to, że widzimy się co miesiąc na spotkaniach działa po prostu motywująco. Jeśli w zeszłym miesiącu nasza modlitwa małżeńska leżała i kwiczała, to w tym miesiącu chcemy ją podnieść z tej podłogi, otrzepać z kurzu, obmyślić realistyczny plan i podjąć ten wysiłek, żeby ona była.

3) Miłość braterska

To jest w ogóle rewelka. Czy to jesteś we wspólnocie solo czy w małżeństwie możesz praktykować miłość braterską, miłość bliźniego. I też, żeby trochę zdjąć tej pompatyczności z tego wyrażenia, CHODZI PO PROSTU O TO, że pomagasz. Ja to sobie wyobrażam WRĘCZ następująco: ludzie ze wspólnoty popilnują Ci dzieci, pomogą w przeprowadzce, zawiozą na porodówkę, kiedy mąż w delegacji, no i oczywiście POMODLĄ się w Twojej intencji. Zawsze.

4) Nie jesteś(cie) samotną wyspą

Prościej się nie da: RAZEM RAŹNIEJ. Czasem potrzebuję być po prostu wysłuchana. Czasem, jak JA wysłucham kogoś, to się mega zainspiruję jego sposobem np. na ogarnięcie modlitwy z dziećmi. Słuchamy o swoich wzlotach i upadkach. Bo nie ma co mydlić sobie oczu, chrześcijaństwo trudne jest. A chrześcijaństwo + rodzicielstwo to ostra jazda bez trzymanki 😜. Będąc razem, wzrastając razem, pokonując kolejne kroki w rozwoju duchowym razem…to jest naprawdę mega pokrzepiające.

5) Jedność w różnorodności

To też nie jest tak, że każda wspólnota, ekipa, krąg jest tworem monolitycznym. Jakież by to było NUDNE! Tak naprawdę, po pierwsze primo, jesteśmy na różnych etapach rozwoju duchowego. Po drugie primo, mamy różne doświadczenie życiowe. Przeszliśmy przez różne sytuacje, które w jakiś sposób nas ukształtowały. Wreszcie, mamy różne charaktery – i różne spojrzenia na dany temat. I tą różnorodnością też się dzielimy i siebie nawzajem ubogacamy.

6) Okazja do dawania i brania

Umówmy się: jest czas, że jesteśmy na haju duchowym (czyt. relacja z Panem Bogiem jest mega bliska) i dzielimy się tą radością i podrzucamy książki o rozwoju duchowym, i przesyłamy ludziom cytaty z Pisma Świętego i jest zachwyt i och i ach, i angażujemy się w posługi i służymy i w ogóle. SZAŁ. Albo dostaliśmy podwyżkę, albo premię i w związku z tym czujemy, że możemy sobie pozwolić na hojność materialną. A czasem jest przeciwnie: jesteśmy w dołku. No, lipa TO-TAL-NA: tekst na spotkanie nieprzeczytany, modlitwa szwankuje, zapomnieliśmy o regule życia (postanowieniu pracy nad sobą), normalnie wstyd i hańba. Nie wyrabiamy się z niczym, dzieci włażą na głowę i ciężko się duchowo rozwijać. To. Jest. OK. Jest czas dawania i czas brania – i we wspólnocie uczymy się jednego i drugiego.

7) Opieka kapłana

Pamiętam jak mama mi opowiadała, że jak byłam mała (i wcześniej) księża w naszym domu byli nierzadkimi gośćmi. Rodzice byli w Domowym Kościele i zwyczajnie zapraszali na kawę, herbatę, ciasto. Myślę sobie, że taka – jak to nazwać, żeby w dzisiejszych czasach nie zabrzmiało to źle? – relacja z kapłanem to coś mega fajnego. Patrząc z perspektywy ekipy: mamy księdza – doradcę duchowego, który jest na każdym spotkaniu, żeby nam towarzyszyć, czerpać z naszego doświadczenia i również nami się opiekować. Można do niego zadzwonić i pogadać, poradzić się i zawsze możemy liczyć na jego modlitwę. Simply awesome.

Czy zatem wspólnota jest do zbawienia koniecznie potrzebna? Oczywiście, że NIE!

(Jeśli zauważyłeś/zauważyłaś nawiązanie w tym tytule do sześciu prawd wiary (ha! Czasy podstawówki 😁), to punkt dla Ciebie 😉. „ŁASKA Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna”. Nie wspólnota).

Część z tych rzeczy może mieć miejsce i poza wspólnotą. I niektórzy z nas mogą się megafajnie rozwijać i bez wspólnoty. Having said that 😉 ja się cieszę, że jesteśmy w ekipach. Wiem, że gdyby nie to, to my osobiście zatrzymalibyśmy się z formacją i rozwojem duchowym na czasach duszpasterstwa akademickiego. A tak, to i służyć możemy i czerpać pełnymi garściami.

Amen!

A czy ktoś z Was jest w jakiejś wspólnocie? Jeśli tak, to jakiej? Dopisalibyście coś do listy? Dajcie znać w komentarzach 😊

Kategorie
Gift Guide'y

Gift Guide na Dzień Chłopaka

Hej hej heeeej, moi mili czytelnicy! 😄

Jak Wam weekend minął? Wykorzystaliście jakoś fajnie czas mimo tego, że tak nagle szaro-buro się zrobiło?

Powiem Wam, że u nas mimo pogody pod psem, ten weekend to była petarda. TAKIE spotkania, TAKIE działanie Pana Boga, że hej. Ale kiedyś o tym napiszę osobnego posta, w stylu „dlaczego warto należeć do wspólnoty”, czy coś w ten deseń 😉. Brace yourselves.

A dzisiaj, słuchajcie, już Wam spieszę z pomocą, bo okazuje się, że zbliża się wielkimi krokami Dzień Chłopaka! 😁

Przyznam się szczerze, że co roku, to święto mnie zaskakuje 😂 Nie wiem o co kaman i nie chcę, broń Boże, jakoś marginalizować tego wyjątkowego dnia, ale kurka wodna, jakoś zawsze orientuję się na ostatnią chwilę, że panowie zaraz będą mieć swoje święto (a ja z ręką w nocniku – nieprzygotowana 🤦‍♀️), a o Dniu Kobiet zawsze pamiętam. Czy Wy, drogie Panie, też tak macie?

Anyways! Mam nadzieję, że Wy już macie przygotowany i zakitrany upominek dla chłopaka/narzeczonego/męża/brata/kolegów z pracy/etc. ALE GDYBY NIE 😁 to czytajcie dalej i looknijcie jakie propozycje można znaleźć w (nie tylko katolickich) internetach.

10 propozycji na prezent dla wierzącego chłopaka

1) Koszulka dla informatyka „Dziwne…u mnie działa” – wiecie co, sorry, może to jakiś totalny suchar, ale tak. mnie. to. rozśmiesza. 😂😂😂 ilekroć widzę podobny mem w internecie. No. To dla kolegów z IT, którzy mają dystans do siebie 😉.

2) Antystresowa piłeczka „Po co się niepokoić” – z sentencją św. Brata Alberta. Świetny drobiazg dla wszystkich tych, których ścigają dedlajny, którzy budują dom, albo wychowują dzieci 😂.

3) Wesołe skarpetki „Piłka Nożna” – jestem jakoś tak wewnętrznie przekonana, że oglądnie meczów w takich skarpetkach to zupełnie inne doświadczenie życiowe. I że drużyna, której kibicujemy ma zwiększone szanse na zwycięstwo.

4) Czekoladowy pad do gier – I mean, tylko popatrzcie. Wygląda przepysznie! Można wziąć gryza w nagrodę za przejście kolejnego levelu „Wiedźmina”.

5) Książka Jacka Pulikowskiego „4 funkcje mężczyzny” – barrrrdzo zaciekawiło mnie to, że książka jest o powołaniu mężczyzny do ojcowania! Czyli niekoniecznie tylko do ojcostwa w rodzinie, ale też do takiego ojcowania w wymiarze społecznym! I to oparte na nauczania JPII. Rewelka.

6) Zdrapka dla mężczyzn „Jonasz” – o mamoooo, lubię takie rzeczy😊. Zdrapka powstała na podstawie ksiażki o.Adama Szustaka OP „Projekt Jonasz – czym jest siła meżczyzny” i jest 30-dniowym wyzwaniem dla facetów – za każdą zdrapką kryje się dla nich zadanie specjalne. Bomba!

7) Holy Cow – krówki z memami Dayenu – czyli coś słodkiego z zabawnym środkiem. Może mam akurat taki dzień (w sensie, dobry humor 😂), ale gdybym to ja zobaczyła na swoim papierku od krówki „Mojżesz wszystko”, to bym się zakrztusiła ze śmiechu 😂.

8) Obieżyświat – czapka zimowa – nie ma się co śmiać, zima na pewno w tym roku zaskoczy i kierowców, i drogowców, i obieżyświatów też! 😂 A jeśli odbiorca prezentu lubi podróże i bycie nieprzeziębionym (żeby podróżować, obviously), to doceni!

9) Krzesiwo – „Krzysiuuu, jaki drobiazg na Dzień Chłopaka można by kupić komuś, kto lubi chodzić po górach?”. Odpowiedź na załączonym obrazku, pod numerem 9 😉. (Widziałam filmik na YT – nawet podstawówkowicz umie z tego korzystać i ognisko rozpalić! Jestem pod wrażeniem!).

10) Kubek z równaniami Maxwella – najśmieszniejsze jest to, że kubek ten można kupić w sklepie „świeckim” – a przyjrzyjcie się całemu napisowi! Moim zdaniem, to TAKI miły boski akcent dla wierzącego kolegi-ścisłowca!

Moi Drodzy Czytelnicy, to tyle z propozycji prezentowych. Napiszcie w komentarzach jakie inne pomysły macie, chętnie poczytam 😊. I udostępniajcie post innym, którzy potrzebują inspiracji!

Kategorie
Rozkminy

O byciu Partnerem Idealistą

Heeej mój miły Czytelniku i miła Czytelniczko! 😊

Co u Ciebie? Zaczynamy jesień, masz już listę książek do przeczytania pod kocykiem i z kubkiem ciepłej herbaty/kawy/kakao/grzańca w ręku?

Pomyślałam, że dzisiaj Ci opowiem o badaniu FRIS, które zrobiłam jakiś czas temu i o tym co ono zrobiło ze mną 😂

Wierz mi, skracałam ten tekst maksymalnie 😂 było ciężko! Ale wiesz co, nie odchodź, przeczytaj, czuję, że może Ci się spodobać 😉.

Jak było wcześniej?

Słuchajcie, moi Drodzy, opowiem Wam słów parę jak było ZANIM zrobiłam raport FRIS (postaram się w naprawdę wielkim skrócie).

Po studiach zaczęłam pracować w korpo, zaczęłam od bycia zwykłym korpożuczkiem i było mi dobrze. Po czym z różnych przyczyn zaczęłam awansować 😂. Ktoś powie „wow, gratki!”, ja powiem „spadaj na drzewo nie zgadzam się z Tobą” 😅. Ktoś powie „aaaale, dlaczego?”, ja powiem:

Byłam (w swoim bardzo subiektywnym odczuciu) bardzo TAKIM SOBIE liderem! Podejmowałam decyzje, których potem żałowałam (i cierpiałam), miałam szerokie granice dla ludzi (i potem odbijało mi się to czkawką), miałam ochotę się zaprzyjaźniać z zespołem bardziej niż nim zarządzać, pozwalałam na urlopy, a potem nie miałam „ludzi do pracy” – a to tylko kilka przykładów.

Asertywność leżała i kwiczała, porównywałam się do innych superwizorów (niezdrowo, ale tak było) i widziałam, że oni po prostu sobie radzą lepiej. Że tak nie przeżywają (albo szybko przechodzą do kolejnej sprawy) i że potrafią ustawić kogo było trzeba do pionu. Że nie są tak emocjonalni.

Yhhh… 🤦‍♀️ A dla mnie wiele obowiązków SV to była po prostu droga przez mękę.

I pytałam samą siebie: ile tak jeszcze pociągnę? Czuję, że wiele rzeczy robię wbrew sobie, wbrew temu co w środku czuję…

Chodzę na szkolenia, ale te wszystkie narzędzia do zarządzania ludźmi no, idą mi jak po grudzie, no!

Wielkie BUM i efekt WOW.

Pewnego dnia, dołączyła do nas nowa managerka, która była (i jest) trenerem FRISa. Zareklamowała to narzędzie „górze”, dostaliśmy budżet i każdy z nas został przeFRISowany. I ja przeszłam osobistą rewolucję.

No, ale co to to to jest to badanie FRIS?

Powiem własnymi słowami: jest to badanie, które określa Twój styl myślenia i styl działania.

A teraz powiem jeszcze bardziej własnymi słowami: jest to arcygenialne narzędzie-petarda, które bada Twój styl myślenia (czyli w obliczu zmiany/nowej sytuacji/zadania – jakiego rodzaju myśli pchają się na powierzchnię Twojego wspaniałego mózgu) i styl działania (czyli w obliczu j.w. co de facto robisz).

Innymi słowy, pokazuje jakie myśli i jakie działania w konkretnych sytuacjach są dla Ciebie najbardziej naturalne. Wskazuje na Twoje mocne strony. Sugeruje jakie aktywności (również zawodowe) są źródłem największej satysfakcji. Mówię Wam, totalny odlot. Zresztą posłuchajcie.

Pamiętam, jak dostałam do ręki mój 20-stronicowy (tak, tak, nie ma to tamto!) raport FRIS. Opatrzony piękną, spójną grafiką. I zobaczyłam moje symbole: czerwone serce, niebieski kwadrat i żółte koło (ooooorajuśku, już wtedy czułam, że to będzie coś absolutnie wyjątkowego!). Zaczęłam czytać. I uśmiechać się. Podkreślałam co chwilę jakieś zdanie zakreślaczem. Zaznaczałam fragmenty wykrzyknikami. I wiecie co? Jak skończyłam czytać, poczułam się…WOLNA.

To jest wprost niewiarygodne – i być może myślicie, że przesadzam, że ubarwiam, że eee tam, Benia, daj spokój. A ja Wam mówię! Po przeczytaniu tego raportu znałam już odpowiedź na moje pytania dlaczego tak wiele wysiłku kosztuje mnie bycie liderem.

KIM JEST PARTNER IDEALISTA?

Jestem Partnerem Idealistą.

A nawet ważniejsze: jestem jednym z wielu Parterów Idealistów. A my, jako grupa, duuużo lepiej czujemy się w innych rolach. Jasne, możemy być liderami (bo zawsze na nasz styl myślenia + działania nakłada się nasz indywidualny charakter), ale są dla nas obszary zdecydowanie bardziej naturalne, w których, normalnie, kwiiiitnieeeeemyyyyy 😄😄😄!

Jestem Partnerem, czyli w obliczu nowej sytuacji moje pierwsze myśli ciągną do LUDZI, do relacji.

– „Zmieniamy budynek? OMG, trzeba będzie ludzi na nowo przypisać do biurek. Muszę dopilnować, żeby Asia siedziała blisko Magdy, przecież one są nierozłączne…”

– „Trzeba wybrać kogoś do prezentacji przed managementem? Kurczę, największe doświadczenie ma w tym Ola, ale wiem, że Adam bardzo by chciał potrenować takie wystąpienia, żeby lepiej panować nad tremą…”

– „Szykuje się szkolenie dla wszystkich supervisorów? Ale super będzie się ze wszystkimi zobaczyć i pogadać co tam u nich!”

Z życia wzięte! Widzicie? Pierwsza myśl: LUDZIE.

A to dopiero początek! Jako Partner mam silne kompetencje społeczne, łatwo nawiązuję kontakty, uwielbiam pracę zespołową i mam w sobie dużo empatii (ja to wszystko wiem z raportu i entuzjastycznie potakuję głową!). Bardzo mocno słucham swojej intuicji i nawet jak mówię, to używam wyrażenia „czuję, że” a nie „sądzę, że”. Haha, i słuchajcie, jestem jak radar, sonar i stacja meteorologiczna w jednym 😂. Nie wiem czy kojarzycie taki serial „Lie to me” – jak tam główny bohater z łatwością zauważał mikroekspresje u innych ludzi i wiedział kiedy coś kręcą. Ja, jak tylko zauważę u męża drgnięcie kącika ust, lekkie zawahanie w intonacji, to już wyostrzam mój wewnętrzny „skaner” i dopytuję o co chodzi 😂 (nie ma sensu zaprzeczać, przecież widzę 😁). Plus, uwielbiam ten fragment z raportu:

Partnerzy często podejmują więcej niż jedną decyzję. Pierwsza intuicyjna, zgodna „z sercem” decyzja pojawia się spontanicznie i wynika głównie z aktualnego stanu emocjonalnego oraz wyznawanych wartości. Jeżeli nie zostanie szybko wcielona w życie, może być wkrótce zastąpiona nową, bardziej racjonalną, którą Partner może uważać jako konieczny kompromis lub wynik oczekiwań ze strony innych osób.

Ileż to razy!!! No, ileż to razy jak słyszałam o jakiejś fantastycznej inicjatywie robiłam taki głośny wdech ekscytacji (jak się nazywa ten odgłos, ktoś wie?), zgłaszałam swój udział, skakałam i piszczałam z radości i byłam całym sercem na TAK… po czym, rozum przychodził, kurka wodna jaśnie pan oświecony, nieproszony i spóźniony, pukał i zaczynał to swoje (w stylu „ą-ę”) „ja przepraszam bardzo, ale weź Ty się zastanów zanim znowu się w coś zaangażujesz, zanim na coś się zgodzisz, bo wiesz, patrząc w Twój kalendarz to ja tego nie widzę; albo będziesz spała po 4 h na dobę, albo zaniedbasz rodzinę, że już nie wspomnę o…” i tak dalej, bla, bla, bla. 😑 I ja wtedy zwykle spuszczałam ramiona, „no dobra, rozum. Jak zwykle masz rację, niech Ci będzie. Ale przez Ciebie będę cierrrpieć…”.

Także tego, sami widzicie.

Jestem Idealistą, czyli jak już działam to biorę pod uwagę nie tylko ludzi (chociaż oni są najważniejsi), ale też struktury i idee.

Bardzo konkretnie dla mnie, bycie idealistą znaczy, że jestem specem od tego „jak powinno być” i co z tego, że fakty mówią co innego. Poza tym, stawiam na estetykę rozwiązań. „Ładne albo żadne” (o nieeee…znowu, Ty, rozum? Ale weeeeź, ten fotel jest taki PIĘKNY! Co z tego, że na jasnym widać plamy??). Uwielbiam twórcze zajęcia – np. jak zobaczę wieniec, który zrobiłam własnymi „ręcami” to serce rośnie.  

I – hmmmm – dosyć celne spostrzeżenie dla Partnera Idealisty w pracy:

Jest zorientowany na człowieka, a nie na zadanie, może zatem stanowić dla niego dyskomfort kontrolowanie i bezpośrednie ocenianie innych.

🤯🤯🤯 Say what??

Mniej kontroli, więcej harmonii: Wśród najniższej ocenianych aktywności znajdują się te związane ze sprawowaniem kontroli nad pracą innych (ocenianie, decydowanie o zatrudnieniu lub zwolnieniu) oraz kontroli nad przebiegiem procesów.

O mamo. O MAMO. (Parafrazując) Na co mi jeszcze potrzeba dowodów??? 😂

Wiecie co, to jest dla mnie po prostu piękne i wzruszające, że miałam możliwość skorzystania z narzędzia, które po prostu wytłumaczyło mi samą siebie. Autentycznie i z ręką na sercu, jak skończyłam czytać, to poczułam jak opuszcza mnie napięcie, jak elementy układanki wskakują na swoje miejsca, jak te wszystkie sytuacje, w których siebie nie lubiłam mają. Swoje. Logiczne. Wytłumaczenie. I jasne, że FRIS nie jest odpowiedzią na wszystko i ostateczną wyrocznią, i nie rozwiąże wszystkich moich problemów, ale dał mi TAKIE poczucie, że jestem OK. Że nie tylko ja tak mam. Że, kurrrka wodna, jest nas więcej. Że to nie ze mną-liderem jest problem. Po prostu moje „naturalne środowisko” jest gdzie indziej.

Nie zmieniłam pracy od razu (o, hej rozum!), nie rzuciłam wszystkiego i nie pojechałam w Bieszczady. Ale już czułam się jak wygrana, bo po prostu zrozumiałam siebie, wybaczyłam sobie i przytuliłam tego mojego wewnętrznego Partnera Idealistę i obiecałam, że będę tą rewolucyjną wiedzę o sobie wykorzystywać.

Amen!

A w następnym odcinku z tej serii opowiem jak to jest mieszkać z Wizjonerem Graczem (to mój mąż. Tak, jego też przeFRISowałam).

Hej, hej, a może są wśród nas jeszcze inni przeFRISowani? Skrobnijcie coś w komentarzach 😊.

Kategorie
Dom

Urodziny w stylu „Ptasiej Akademii” + 4 wiwaty

Jak za chwilę na dole przeczytacie, te urodziny były naprawdę organizowane na wariackich papierach 😂 – na urlopie, leżąc na plaży (bo w apartamencie nie było zasięgu 🤯) i wcale się nie relaksując, tylko stresując, że na tym małym wyświetlaczu smartfona, to ja nic nie widzę, bo światło się tak odbija, że hej (czo ja kupuję? 🤓 zdaje się, że serwetki, ale zobaczymy co kurier dostarczy 🤪)!

Hej mój miły Czytelniku i miła Czytelniczko!

Co u Ciebie słychać? Jakie myśli Ci towarzyszą w ten poniedziałek? 😊

Ja wracam do pracy po L4 z Hubkiem i… cóż… trochę się boję, że jak już zaloguję się do kompa to wybuchnie bomba outlookowa 😂 ach… tak, już to widzę! 😂 (o mamo, czy ja nie miałam przypadkiem zmienić hasła do kompa? 🤔 dammit! 🤦‍♀️).

Ale, ale!

Nie chcę Ciebie tu zanudzać malowaniem jakże fascynującej perspektywy mojego powrotu do pracy 😁.

Dzisiaj będzie kolorowo i dzieciowo-kreatywnie na blogu 😊.

Przedstawię Ci taką mini-foto-relację z 5. urodzin Łucji, która zażyczyła sobie wszystkiego w motywie „Ptasiej Akademii”. Czyli Top Wing. To chyba dość niszowa bajka, bo jak pytałam innych rodziców, to nie kojarzyli tych postaci 😅. A Ty ją znasz?

Od trzech lat organizujemy urodziny Łucji w plenerze, a od dwóch lat tym plenerem jest ogródek działkowy moich teściów. To niesamowite jak rewelacyjnie dzieci tam się czują! Sieją z dziadkami, pomagają zbierać pomidory… i imprezują!

Krótki background story musi być 😅.

Ja WIEDZIAŁAM, że będę planowała te urodziny będąc na urlopie, ale kurdelebele nie sądziłam, że będę to robić na plaży! I nie, to wcale NIE JEST FAJNE! 😅 To znaczy, dla mnie nie było. Picture this: leżę na macie piknikowej na plaży i rozjaśniam maksymalnie wyświetlacz, żeby coś zobaczyć w tym odbijającym się słońcu, dzieci biegają, mąż stara się mistrzowsko je ogarniać, a ja, sfrustrowana, scrolluję na tym małym (w porównaniu do laptopa) urządzonku i szukam plastikowych widelców w odpowiednim kolorze 🤪. I jednocześnie próbuję sobie zwizualizować gdzie co położę na stole urodzinowym, nie mając oczywiście żadnej kartki papieru pod ręką. Not fun!

Ale! Okazuje się, że quasi-zaawansowane planowanie na plaży jest możliwe. Nieidealne, ale możliwe.

Oto rezultat:

Wiecie, podejrzewam, że ci z Was, którzy są rodzicami nauczyli się/uczą się trudnej sztuki odpuszczania 😅. Ja się właśnie jej uczę przy takich oto projektach. Kupuję ready-made przekąski, torty robię z jednego, sprawdzonego przepisu, szukam prostych przepisów z użyciem gotowego ciasta francuskiego i liczę na kreatywność, żeby jakoś to wszystko połączyć w miarę spójną całość. Jeśli jest w Was taki creative urge, żeby taki stół urodzinowy stworzyć, ale przeraża brak czasu, Wam również takie upraszczanie polecam.

Te urodziny nie mogłyby się odbyć bez kilku arcycennych źródeł dla niewyżytej-kreatywnie-acz-zabieganej matki 😂. Należą im się wiwaty!

4 wiwaty urodzinowe, czyli co ułatwiło mi życie i pomoże również Wam:

1) Wiwat sklep „Party u Marty – na allegro.

Tam. Mają. Kurde. Wszystko.

Nawet gadżety z tak niszowej i przez większość rodziców nieznanej bajki „Ptasia Akademia” (Top Wing) 😂 : banner, obrus foliowy, talerzyki…a do tego pasujące kolorystycznie sztućce i serwetki. Miodzio!

2) Wiwat personalizowane opłatki na torty – na allegro.

Jeśli robicie tort DIY, a – ekhem – nie macie czasu na lepienie dekoracyjnych figurek z masy cukrowej tudzież innych wymyślnych elementów na tort, polecam po prostu zamówienie opłatka z wybranym motywem. TAKA oszczędność czasu! (Tak, wiem, kupienie gotowego tortu to jeszcze większa oszczędność czasu 😅).

3) Wiwat free printables!

O mamoooo, czaicie to? Są w internetach dobrzy ludzie, którzy za darmo tworzą gadżety urodzinowe do samodzielnego wydrukowania: zaproszenia, owijki na butelki z napojami, toppery na babeczki. Chwała im za to! 😊

4) Wiwat Pinterest!

Za podsuwanie pomysłów innych kreatywnych i upartych świrów jak ja 😅 albo po prostu profesjonalistów, którzy takie kinderbale lub stoły deserowe robią na co dzień i za kasę. I potem się dzielą zdjęciami swoich dzieł. Po czym wchodzą takie DIY typy jak ja i zżynają  inspirują się 😁.

Moją tablicę z inspiracjami z „Ptasiej Akademii” możecie obejrzeć tutaj.

Pytanie, czy jubilatka była zadowolona?

Tylko spróbowałaby nie być! 😂😂😂 Żarcik. Najbardziej jej smakował maminy tort i dziadkowe kiełbaski z grilla 😊.

A Wy urządzacie urodziny swoim dzieciom? Albo jako wujek/ciocia pojawiacie się na takich imprezach? Jesteście #teamdyi czy #teamzrobiewbobolandiiiniebedesiemeczyc ? 😂

Kategorie
Rozkminy

Szpitalne rekolekcje

Hej Kochani Czytelnicy! 😊

O mamo!

Co u Was słychać?

Czy w Waszej części świata czuć już jesień? U nas, mam wrażenie, lato jeszcze nieśmiało zagląda, jakby nie było pewne czy chce już opuścić tę imprezę, czy też zostać jeszcze chwilę 😅 A co za tym idzie, we wrześniu i na blogu, i na IG letnio-jesienne klimaty też się będą przeplatały.

No. To ja tutaj tego podnoszę rękę i zgłaszam się do odpowiedzi 😅 – chcę Wam dzisiaj opowiedzieć parę (dłuższych) zdań nt. tego, co się u mnie działo lately.

Byłam w szpitalu.

Pierwszy raz.

Tzn. pierwszy raz z noclegiem (bo raz byłam na kilka godzin na badaniu).

Nie ja byłam pacjentem.

I być może taki scenariusz dla wielu z Was nie jest obcy i no big deal. Dla mnie był. Również dlatego, że Pan Bóg niesamowicie wykorzystał ten czas i to wydarzenie, żeby mi dać znać o swojej miłości do mnie.

Bo w szpitalu czułam, że moje życie zwolniło tempo. Ale nie był to czas marazmu, ale (ha!…) rozwoju! Takiego rozwoju w rytmie slow. W życiu bym się nie spodziewała, wiecie?

Od momentu odbioru Huberta z przedszkola i zobaczenia jego fioletowego ucha, tak sobie myślę, starałam się być uważna. Takie po prostu pełne skupienie na sytuacji i na tym jakie decyzje podjąć. Myślę, że Pan Bóg w czasie tej – nazwijmy to eufemistycznie – przygody 😅 dawał mi znaki.

Nie takie, że, wiecie, promienie rozświetlają jakiś punkt przede mną i słychać głosy aniołów 😅. Dawał mi znaki w totalnie zwykłych rzeczach – ale jakoś tak czuję, że to Jego sprawka, bo wiadomo, że przypadków w życiu nie ma 😊. Słuchajcie tego:

10 znaków, które Pan Bóg mi dał w czasie „szpitalnych rekolekcji”:

1) Niepokój – i nie mam tu na myśli takiego bezpodstawnego, albo wyolbrzymionego, które może pochodzić od złego. Mam tu na myśli konkretne uczucie niepokoju, które we mnie się pojawiło na widok spuchniętego, fioletowego, lekko odstającego ucha Huberta. Yhhhh! Najczęściej do dziecięcych uderzeń/stłuczek podchodziłam „do wesela się zagoi” (i naprawdę okazywało się, że nie były to poważne kontuzje) – tym razem było inaczej, czułam, że to coś poważniejszego.

2) Skojarzenie – że tak powiem, połączyłam kropki: rano mąż dzwonił, że Hubert w akcie buntu przeciw pomysłowi posłania go do przedszkola rzucał się na podłodze i „grzmotnął” w szafkę w szatni. Ale wtedy nie było widać obrażeń. Cóż, teraz było widać i już wiem „skąd się wziąwszy”.

3) Intuicja – po telekonsultacji w sprawie tego fioletowego ucha (yhhhh!), nie wykupiłam zalecanej maści, tylko od razu zarejestrowałam Hubka do laryngologa. Coś czułam, że po prostu nie chcę z tym eksperymentować i czekać na rezultat, tylko trzeba działać inaczej.

4) Szczęście vel. Palec Boży w sprawie wizyty – wow! Akurat znalazłam wizytę do laryngologa dziecięcego na ten sam dzień wieczorem. Przypadek?

5) Szczęście vel. Palec Boży w sprawie lekarza – pani doktor po obejrzeniu i wymacaniu ucha popatrzyła mi głęboko w oczy i powiedziała 3 szokujące dla mnie słowa „jedziecie do szpitala”.

Jedziecie. Do. Szpitala.

Na mojej twarzy determinacja, a w mojej głowie panika i milion pytań: coooo??? ale, że na noc???? Na jak długo???? Eeeee, ja nie wiem jak to się robi! 🙈 aaaa!

Powiem Wam, że po wyjściu z gabinetu toczyłam walkę o pokój serca i zaufanie Panu Bogu, że nas poprowadzi. Bo wiecie, ja już w głowie miałam te okropne scenariusze kolejek i przepychanek między pacjentami („pan tu nie stał” – tak tego nie cierpię!) i przymusu bycia asertywną wobec lekarzy („nie, pani doktor kazała naciąć tego krwiaka, nie zgadzam się na półśrodki”). I wcale mi się to nie podobało, co sobie wyobrażałam 😅😖 Help!

6) Pokój serca – pojawił się, po jakiejś takiej wewnętrznej walce i wielkich nerwach (i warczeniach, i wewnętrznych narzekaniach na kolejki), czekając na przyjęcie na SORze, kiedy po kilku razach udało mi się wyszeptać „Jezu, Ty się tym zajmij” i powtarzałam sobie to kilka razy, aż…wreszcie poczułam spokój. To nie żadna magia, po prostu zdecydowałam, że wierzę, że On się tym zajmie. I nagle w środku chill. Ha!

7) Dziecko ciągle spokojne – to jest dla mnie absolutnie niesamowite jak dobrze Hubert znosił to wszystko: badania, kolejki, nudę na korytarzu na SORze, covidowo-wyłączone automaty z napojami. On w tym całym galimatiasie był po prostu pogodny. Przypadek?

8) Świetne pielęgniarki na SORze – mimo że zmęczone (weszliśmy na badania jakoś około północy) to z uśmiechem przyjęły Huberta, nazwały wenflon motylkiem i tym skradły moje i jego serce 😂. Zagadywały, gruchały do niego 😂 a on spokojnie siedział ze mną na fotelu i ani. Razu. Nie jęknął. Przy pobieraniu krwi. 😮

O godz. 01:45, kiedy byliśmy już ostatni na korytarzu, ja chodziłam w tę i z powrotem, żeby nie zasnąć, a Hubert spał na mojej bluzie na podłodze, przyszedł po nas pan, który zaprowadził nas na oddział przejściowy, gdzie mieliśmy czekać na wyniki covidowe.

Ech, nie zapomnę widoku tej izolatki, do której nas zaprowadzono. Smutne, szpitalne kolory (wiecie, taki ten zielono-niebieski kolor ścian), straszne jarzeniówki, minimalizm jeśli chodzi o umeblowanie 😅, a za oknem czarna noc. Położyłam się obok Huberta na łóżku i próbowałam zasnąć. Tej nocy spałam 3,5 h.

9) Znajome pół twarzy – (uwaga, tu będzie kulminacja 😂) kiedy umieszczono nas już na otolaryngologii dziecięcej i był obchód lekarski, i do sali weszło kilka osób, zauważyłam, że jedna z twarzy w maseczce, ta która najwięcej mówiła i jakby przewodziła całą tą grupą, wydała mi się znajoma. Paczę, paczę…zerknęłam na plakietkę, szukając potwierdzenia i rzeczywiście! Toż to znajoma z duszpasterstwa z dawnych lat! Ale jajca! 😃 Ona też zdecydowała, że Hubert wjeżdża na salę operacyjną tego samego dnia. Ech! Jak tylko wyszli, napisałam do Krzyśka z wieściami kogoż ja tu spotkałam, to oboje się śmialiśmy, że widać, no po prostu widać, że Pan Bóg tym wszystkim steruje 😉.

10) Świetne pielęgniarki na oddziale – przyjazne, gruchające do Huberta (again 😅), pomocne(!), zmieniające bez narzekania posikaną pościel i przemoczony do suchej nitki, w czasie mycia, opatrunek wokół „motylka”.

Ech. 🥰

Te i inne drobiazgi, dla mnie, były komunikatem dla mnie od Boga. W stylu:

Córuś, wyluzuj, mam to wszystko ogarnięte. Zaufaj mi.

Wiecie, te szpitalne rekolekcje były dla mnie czasem:

– ćwiczenia się w cierpliwości wobec Huberta, który chciał co chwilę oglądać pociągi na YT i co chwilę zmieniał zdanie, że chce jednak co innego,

czytania: poczułam nowy zew mojego zamiłowania do książek i skoro w szpitalu przeczytałam prawie dwie, to mam ochotę na więcej, więcej, więcej (om nom nom nom),

docenienia mojego narożnika, na którym śpimy: w porównaniu do łóżka polowego w sali szpitalnej, to co mamy w domu to jest high-class materac 😂,

docenienia pracy pielęgniarek: ja generalnie podziwiam, że ktoś decyduje się pracować ze strzykawkami i krwią na co dzień 😂 a jeśli jest do tego po prostu uprzejmy i troskliwy, to w ogóle chapeau bas,

slow life. Po prostu. Za niczym nie goniłam. Opiekowałam się Hubertem, chodziłam z nim na spacery po tym samym korytarzu, szukałam mu pająków po drugiej stronie szyby okiennej, liczyliśmy przez okno rowery przypięte do poręczy, odpuszczałam reguły w imię dobra wspólnego 😂 i puszczałam mu tego YT, żeby nie robił awantur. Odliczałam czas do posiłków szpitalnych (wierzcie mi, po 14 h niejedzenia barszcz szpitalny był absolutnie wyśmienity i do tej pory do niego wzdycham 😂). Czytałam. Słuchałam ciszy lub otaczających mnie dźwięków. Modliłam się.

Kto by pomyślał – w szpitalu, a taki dobry czas!

Ech. W tym wszystkim czuję wdzięczność.

A może ktoś z Was również przeżył swoiste „szpitalne rekolekcje”? Czas totalnego zwolnienia tempa i zbliżenia się do Boga? Napiszcie koniecznie w komentarzach! 😊

Kategorie
Rozkminy

10 kato-rzeczy, o których nie miałeś pojęcia, że istnieją

canva.com

Buongiornooooo!!! 😄😄😄

Ach, Mój Drogi, Moja Droga, jakże mi miło gościć Cię tu, na moim blogu, po przerwie urlopowej!

Co u Ciebie słychać? Wypoczęty? Opalona? Gotowi na nowy miesiąc pełen ekscytujących wyzwań? Hę? 😁

Haha, ja tu się Was autentycznie pytam tak z entuzjazmem i w ogóle (całkowicie szczerze), ale (ech!) przyznaję się, że cięęężko było mi usiąść do tego posta – tak sobie myślę, że taka przerwa urlopowa to jednak wybija z rytmu (surprise, surprise 😂), ale ogarnęłam! Najtrudniej jest zacząć, a potem już leci, no nie?

Dobra, do rzeczy. Słuchajcie, będąc na urlopie i scrollując to tu, to tam (najczęściej w łazience, bo walczę, żebym chociaż tam przy mojej dwójce ruchliwych dzieci miała odrobinę prywatności 😂) natknęłam się na TAKIE kato-rzeczy (przedmioty/organizacje/platformy), że szczena mi opadała na te łazienkowe kafelki! Potem sobie przypomniałam o kilku innych rzeczach, o których, w sumie, może nie wszyscy wiedzą i tak oto powstała poniższa lista.

Totalnie randomowa lista 10 kato-ciekawostek, o których prawdopodobnie nie wiedziałeś, że istnieją

1) Ofiaromat

Słuchajcie (mówiłam o tym kiedyś na InstaStories), czy Wy wiecie, że są takie ustrojstwa jak ofiaromaty??? Jak zobaczyłam toto w kościele u wrocławskich dominikanów to, kurka wodna, co chwilę na niego zerkałam w czasie Mszy (nununu!).

Jak sama nazwa wskazuje, w ofiaromacie można za pomocą karty płatniczej wpłacić ofiarę w wybranej przez nas kwocie. Koniec z nerwowym szukaniem gotówki w czasie modlitwy wiernych 😅!

2) Chrześcijańskie portale randkowe

Ja znam przynajmniej 3 małżeństwa, które poznały się właśnie na portalu randkowym dla ludzi wierzących. Może czas podsunąć linka (lub trzy) znajomemu singlowi lub singielce? 😉

https://www.przeznaczeni.pl

https://singlowanie.pl

https://zapisanisobie.pl

3) Katoflix i VatiVision

Też wspomniałam o tym kiedyś na IG – dla mnie to absolutnie genialne, że ktoś wymyślił coś takiego jak katolicki Netflix. Ostatnio się zarejestrowałam, wykupiłam 72-godzinny dostęp do filmu „Jak Bóg da” (za całe 9 zł) i mogę zaświadczyć, że wszystko poszło gładko: rejestracja, płatność i jakość filmu nie budziła żadnych zastrzeżeń. Aha, no i film przekomiczny 😂

https://katoflix.pl

https://www.vativision.com/home – platforma ruszyła w czerwcu 2020 we Włoszech, czekamy na wersję polską (lub chociaż angielską 😉)

4) Konfesjonał z klimatyzacją

Dźwiękoszczelne konfesjonały z klimatyzacją są zamontowane np. w Kalwarii Zebrzydowskiej. To dopiero komfort! Niczym mercedes wśród samochodów 😂 Jest ryzyko, że penitent nie będzie miał ochoty wyjść zbyt szybko, though 😉 😂 Ale w całej masie kościołów nie brakuje też drobniejszych usprawnień, jeśli chodzi o odbywanie spowiedzi: coraz częściej można znaleźć w konfesjonałach pudełko z chusteczkami (mała rzecz, a tak przydatna!), a np. u wrocławskich paulinów na konfesjonale jest czerwono-zielona lampka, oznaczająca, czy kapłan akurat spowiada czy też czeka na kolejną osobę. Super!

5) Chrześcijański speed dating

To jest po prostu szał: speed dating w chrześcijańskiej odsłonie (jacie kręcę! Lubię takie boskie, szalone pomysły! 😁). Spotkania odbywają się m.in. w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Katowicach, Wrocławiu, Rzeszowie i Tarnowie. Kolejny link do podrzucenia wierzącemu znajomemu, który szuka kogoś do pary 😉

https://chrzescijanscysingle.pl

https://chrzescijanskierandki.pl

6) Formed.org

Natknęłam się na niego przypadkiem. Akurat scrollowałam w łazience i paczę, a tu takie cudeńko! 😍 Formed to platforma z filmikami, e-bookami i audiobookami, które mają na celu FORMACJĘ katolicką. Czyli znajdziecie tu filmiki o sakramentach, o Piśmie Świętym, o current hot topics na świecie, a także filmy fabularne i dokumentalne o świętych, filmy dla dzieci, o mamo, dużo tego! A jeśli chodzi o książki! W przypadku niektórych książek można dołączyć do grupek dzielenia online. WOW.

Platforma jest płatna $12/miesiąc, można wykupić darmowe 7 dni próbne, żeby poklikać i przetestować. Aha, jest PO ANGIELSKU 😉 czyli dodatkowo świetna okazja do ćwiczenia tego wspaniałego języka.

7) Katolik Wspiera

Katolicka platforma crowdfundingowa. Można rejestrować tam swoje projekty lub być darczyńcą i wrzucić coś do skarbony. Projekty są z różnych kategorii – można wesprzeć twórców, misjonarzy, pomysły edukacyjne i inne. Świetna sprawa!

https://www.katolikwspiera.pl

8) Szkoła tańca uwielbieniowego

Tak. Taka szkoła istnieje 😮 Szacun! I wiecie, nie chodzi tu tylko o pokazywanie do piosenek, o nie! Worship Style to jest szkoła, która uczy żywiołowego tańca uwielbienia. Ma autorski program, w którym łączy przeróżne style taneczne. Szkoła ma siedzibę w Gdańsku, ale organizuje kursy na instruktorów, także wiecie 😉 no limits 😉

http://www.worshipstyle.pl/index.html

9) Aplikacje

Niektórych z nich nie trzeba przedstawiać, myślę że wielu z Was ma zainstalowane Pismo Święte lub Modlitwę w Drodze, ale czy wiedzieliście też, że jest dostępna w aplikacji Biblia z edycji Świętego Pawła (baaardzo lubię to tłumaczenie)?

Mamy też aplikacje do Nowenny Pompejańskiej (i to niejedną), do Aktu Zawierzenia Jezusowi przez Maryję, do przeróżnych nowenn, a ostatnio odkryłam coś dla najmłodszych – kolorowanki biblijne 😁 Rodzice też mogą…przetestować 😅 relaksują!

10) Zabawki katolickie

Również moje ostatnie odkrycie: mała firma rodzinna w USA produkuje drewniane zabawki ze świętymi. Patrzcie jakie cudne! Figurki są całkowicie eco i non-toxic, a co za tym idzie zupełnie bobas-friendly.

https://saintlyheart.com

Która ciekawostka Was najbardziej zaintrygowała? A co dołożylibyście do tej listy? 😊 Napiszcie w komentarzach! 😊

Kategorie
Dom

Letni wieniec tropikalny

Czeeeeść 😊

Miło mi Cię gościć na moim blogu!

Co tydzień zastanawiam się czy przypadkiem poprzednim razem nie witałam Cię tymi samymi słowami 😂

Czekaj, zerknę.

Nie, tydzień temu było inaczej, uff! 😅

Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko!
Jak widzisz post pojawił się nieco później i zastanawiam się ilu z Was pomyślało sobie „co ta Benia szykuje, że potrzebuje aż tyle czasu na przygotowanie posta?…” 😂

Hmm, no cóż.

Benia nie przygotowała sążnej rozkminy na poważne religijne tematy, nie będzie to też entuzjastyczna recenzja książki zmieniającej wszem i wobec moje postępowanie…dzisiaj będzie po prostu #handmade #diy #homedecor.

Kurczę, powiem Ci, że prowadzenie bloga mega dużo mnie uczy – takich rzeczy, które na pierwszy rzut oka nie są jakoś baaardzo powiązane z taką działalnością czy zobowiązaniem.

Bo uczy mnie na przykład odpuszczania (niektórym przychodzi to naturalnie 🤪. Mnie nie). Priorytetyzowania. Pokazuje mi prawdę o mnie: ile z tych moich wzniosłych deklaracji o priorytetach życiowych zostaje w mojej idealistycznej głowie, a ile z tego tak naprawdę widać na co dzień w moich decyzjach?

Co ja właściwie chcę powiedzieć przez to takie gadanko? 😜

Ano to, że warto być regularnym, ale nie wtedy kiedy katuje to nasze zdrowie i nasze relacje. Tak sobie myślę. Bo lepiej przesunąć sobie samemu nadany deadline i np. zwyczajnie się wyspać. Świat się nie zawali i korona Ci z głowy nie spadnie. To dlatego mam opóźnienie w poście blogowym, ale…wygląda na to, że życie dalej się toczy 😂.

No, ale do rzeczy!

Mój Drogi, moja Droga!

Od początku lata chodził za mną wieniec na drzwi pasujący do tej pory roku (dobrze, że zdążyłam – ha. ha. ha. – bo to już się sierpień zaczął 🤦‍♀️ a jak wychodzę z psem rano to jeszcze latarnie się świecą 🤯), a że bliskie mojej estetyce są klimaty tropikalne jakoś tak baaardzo naturalnie i na autopilocie zaczęłam szukać inspiracji i materiałów na…no, właśnie coś takiego 😁 w sensie: wieniec tropikalny.

Czego będziesz potrzebował/potrzebowała, żeby taki wieniec przygotować?

Jak widać, oponka nie jest nowa – zdemontowałam stary wieniec i mogę użyć jej na nowo 🙂
  • oponkę/wieniec styropianowy – albo z innego tworzywa, najlepiej ok.30cm średnicy lub ciut większy,
  • sztuczne kwiaty i liście – sami widzicie na zdjęciach, że zaszalałam 😅 i przesadziłam! Nie potrzeba aż tyle 😅. Summa summarum zużyłam 6 liści (różnych) i jeden kwiatek (luzy arbuzy, resztę rzeczy chętnie użyję do czegoś innego),
  • pistolet na gorący klej (i wkłady, oczywiście),
  • żyłkę (taką wędkarską),
  • mały sekator,
  • szeroką, brązową wstążkę,
  • nożyczki.

No to robimy!

1) Zaczynamy od przygotowania naszej bazy, czyli oponki (od razu na myśl mi przychodzą Dunkin’ Donuts 🤤 o mamoooo, ale bym zjadła!). Weź wstążkę i jej koniec przyklej gorącym klejem tak jakoś z tyłu oponki, żeby nie rzucało się w oczy. I teraz zawijaj wstążkę aż pokryjesz całą powierzchnię oponki. Wtedy utnij ją (tzn.wstążkę) i przyklej znowu gorącym klejem końcówkę, również z tyłu.

2) Weź liście i zacznij najpierw „na sucho” czy też „na brudno” układać kompozycję. Jak Ci będzie to pasowało? Czy chcesz z boku? Na dole wieńca? Użyj wyobraźni, pobaw się trochę, aż poczujesz wewnętrzną satysfakcję. Najlepiej zrób zdjęcie tego co ułożyłeś/ułożyłaś, bo teraz trzeba to wszystko ściągnąć i układać od początku, pojedynczo 😜.

3) Podzielę się z Tobą takim, no, nie lifehackiem 😂, ale close to it.

Pierwszy wieniec jaki zaczęłam robić (niesfotografowany) był zdecydowanie za mały na moje ogromniaste liście, które zamówiłam przez internet, oczywiście nie wymierzając ich wcześniej 🤦‍♀️ Znalazłam drugi, trochę większy, ale ciągle za mały – jak kładłam liście to przykrywały absolutnie wszystko. Pomyślałam więc, że trochę zmniejszę ich rozmiar. Ty też możesz to zrobić, jeśli znajdziesz się w rozmiarowych tarapatach.

Po prostu wszystkie moje liście poszły do fryzjera:

4) Nożyczki i sekatorek poszły w ruch i teraz wszystko pasowało 😁 Zaczęłam od liści palmy, trochę jako tło i potem zaczęłam układać pozostałe. Dokleiłam jeszcze jeden liść palmy z tyłu wieńca – jakoś tak mi to pasowało, żeby wychylał się z drugiego planu. Ty też po kolei każdy liść dodawaj do wieńca i przyklejaj gorącym klejem.

5) Na końcu dodaj kwiatka – ja przymierzyłam wszystkie te egzotyczne hibiskusy i orchidee, i jakoś na nic się nie mogłam zdecydować, a dodałam tę wrzuconą w ostatniej chwili do koszyka na allegro FREZJĘ – i to było to! ❤ Duchu Święty, I know that you know that I know 😎

6) Jeśli chcesz możesz dodać coś ekstra – ja znalazłam w Coście takie małe, kartonowe napisy „aloha” (yes, please ❤) – wystarczyła dosłownie kropla gorącego kleju, żeby taki napis przymocować. No i tak paczę i paczę. I: nie. Musi być jakiś błysk. Dodałam gałązkę srebrnych liści i TO! BYŁO! TO!

7) Na (już naprawdę koniec) zrób pętelkę z żyłki i zamocuj swoje piękne dzieło na drzwiach.

Ja tak sobie na ten wieniec patrzę i myślę: cóż, wakacji w tropikach nie będzie w tym roku 😂, to chociaż mam to!

Ty też wyjdź przed drzwi i podziwiaj swoje dzieło! 😊

No i koniecznie strzel mu fotę i pochwal się w komentarzach! ❤ ⬇