Kategorie
Rozkminy

10 kato-rzeczy, o których nie miałeś pojęcia, że istnieją

canva.com

Buongiornooooo!!! 😄😄😄

Ach, Mój Drogi, Moja Droga, jakże mi miło gościć Cię tu, na moim blogu, po przerwie urlopowej!

Co u Ciebie słychać? Wypoczęty? Opalona? Gotowi na nowy miesiąc pełen ekscytujących wyzwań? Hę? 😁

Haha, ja tu się Was autentycznie pytam tak z entuzjazmem i w ogóle (całkowicie szczerze), ale (ech!) przyznaję się, że cięęężko było mi usiąść do tego posta – tak sobie myślę, że taka przerwa urlopowa to jednak wybija z rytmu (surprise, surprise 😂), ale ogarnęłam! Najtrudniej jest zacząć, a potem już leci, no nie?

Dobra, do rzeczy. Słuchajcie, będąc na urlopie i scrollując to tu, to tam (najczęściej w łazience, bo walczę, żebym chociaż tam przy mojej dwójce ruchliwych dzieci miała odrobinę prywatności 😂) natknęłam się na TAKIE kato-rzeczy (przedmioty/organizacje/platformy), że szczena mi opadała na te łazienkowe kafelki! Potem sobie przypomniałam o kilku innych rzeczach, o których, w sumie, może nie wszyscy wiedzą i tak oto powstała poniższa lista.

Totalnie randomowa lista 10 kato-ciekawostek, o których prawdopodobnie nie wiedziałeś, że istnieją

1) Ofiaromat

Słuchajcie (mówiłam o tym kiedyś na InstaStories), czy Wy wiecie, że są takie ustrojstwa jak ofiaromaty??? Jak zobaczyłam toto w kościele u wrocławskich dominikanów to, kurka wodna, co chwilę na niego zerkałam w czasie Mszy (nununu!).

Jak sama nazwa wskazuje, w ofiaromacie można za pomocą karty płatniczej wpłacić ofiarę w wybranej przez nas kwocie. Koniec z nerwowym szukaniem gotówki w czasie modlitwy wiernych 😅!

2) Chrześcijańskie portale randkowe

Ja znam przynajmniej 3 małżeństwa, które poznały się właśnie na portalu randkowym dla ludzi wierzących. Może czas podsunąć linka (lub trzy) znajomemu singlowi lub singielce? 😉

https://www.przeznaczeni.pl

https://singlowanie.pl

https://zapisanisobie.pl

3) Katoflix i VatiVision

Też wspomniałam o tym kiedyś na IG – dla mnie to absolutnie genialne, że ktoś wymyślił coś takiego jak katolicki Netflix. Ostatnio się zarejestrowałam, wykupiłam 72-godzinny dostęp do filmu „Jak Bóg da” (za całe 9 zł) i mogę zaświadczyć, że wszystko poszło gładko: rejestracja, płatność i jakość filmu nie budziła żadnych zastrzeżeń. Aha, no i film przekomiczny 😂

https://katoflix.pl

https://www.vativision.com/home – platforma ruszyła w czerwcu 2020 we Włoszech, czekamy na wersję polską (lub chociaż angielską 😉)

4) Konfesjonał z klimatyzacją

Dźwiękoszczelne konfesjonały z klimatyzacją są zamontowane np. w Kalwarii Zebrzydowskiej. To dopiero komfort! Niczym mercedes wśród samochodów 😂 Jest ryzyko, że penitent nie będzie miał ochoty wyjść zbyt szybko, though 😉 😂 Ale w całej masie kościołów nie brakuje też drobniejszych usprawnień, jeśli chodzi o odbywanie spowiedzi: coraz częściej można znaleźć w konfesjonałach pudełko z chusteczkami (mała rzecz, a tak przydatna!), a np. u wrocławskich paulinów na konfesjonale jest czerwono-zielona lampka, oznaczająca, czy kapłan akurat spowiada czy też czeka na kolejną osobę. Super!

5) Chrześcijański speed dating

To jest po prostu szał: speed dating w chrześcijańskiej odsłonie (jacie kręcę! Lubię takie boskie, szalone pomysły! 😁). Spotkania odbywają się m.in. w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Katowicach, Wrocławiu, Rzeszowie i Tarnowie. Kolejny link do podrzucenia wierzącemu znajomemu, który szuka kogoś do pary 😉

https://chrzescijanscysingle.pl

https://chrzescijanskierandki.pl

6) Formed.org

Natknęłam się na niego przypadkiem. Akurat scrollowałam w łazience i paczę, a tu takie cudeńko! 😍 Formed to platforma z filmikami, e-bookami i audiobookami, które mają na celu FORMACJĘ katolicką. Czyli znajdziecie tu filmiki o sakramentach, o Piśmie Świętym, o current hot topics na świecie, a także filmy fabularne i dokumentalne o świętych, filmy dla dzieci, o mamo, dużo tego! A jeśli chodzi o książki! W przypadku niektórych książek można dołączyć do grupek dzielenia online. WOW.

Platforma jest płatna $12/miesiąc, można wykupić darmowe 7 dni próbne, żeby poklikać i przetestować. Aha, jest PO ANGIELSKU 😉 czyli dodatkowo świetna okazja do ćwiczenia tego wspaniałego języka.

7) Katolik Wspiera

Katolicka platforma crowdfundingowa. Można rejestrować tam swoje projekty lub być darczyńcą i wrzucić coś do skarbony. Projekty są z różnych kategorii – można wesprzeć twórców, misjonarzy, pomysły edukacyjne i inne. Świetna sprawa!

https://www.katolikwspiera.pl

8) Szkoła tańca uwielbieniowego

Tak. Taka szkoła istnieje 😮 Szacun! I wiecie, nie chodzi tu tylko o pokazywanie do piosenek, o nie! Worship Style to jest szkoła, która uczy żywiołowego tańca uwielbienia. Ma autorski program, w którym łączy przeróżne style taneczne. Szkoła ma siedzibę w Gdańsku, ale organizuje kursy na instruktorów, także wiecie 😉 no limits 😉

http://www.worshipstyle.pl/index.html

9) Aplikacje

Niektórych z nich nie trzeba przedstawiać, myślę że wielu z Was ma zainstalowane Pismo Święte lub Modlitwę w Drodze, ale czy wiedzieliście też, że jest dostępna w aplikacji Biblia z edycji Świętego Pawła (baaardzo lubię to tłumaczenie)?

Mamy też aplikacje do Nowenny Pompejańskiej (i to niejedną), do Aktu Zawierzenia Jezusowi przez Maryję, do przeróżnych nowenn, a ostatnio odkryłam coś dla najmłodszych – kolorowanki biblijne 😁 Rodzice też mogą…przetestować 😅 relaksują!

10) Zabawki katolickie

Również moje ostatnie odkrycie: mała firma rodzinna w USA produkuje drewniane zabawki ze świętymi. Patrzcie jakie cudne! Figurki są całkowicie eco i non-toxic, a co za tym idzie zupełnie bobas-friendly.

https://saintlyheart.com

Która ciekawostka Was najbardziej zaintrygowała? A co dołożylibyście do tej listy? 😊 Napiszcie w komentarzach! 😊

Kategorie
Dom

Letni wieniec tropikalny

Czeeeeść 😊

Miło mi Cię gościć na moim blogu!

Co tydzień zastanawiam się czy przypadkiem poprzednim razem nie witałam Cię tymi samymi słowami 😂

Czekaj, zerknę.

Nie, tydzień temu było inaczej, uff! 😅

Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko!
Jak widzisz post pojawił się nieco później i zastanawiam się ilu z Was pomyślało sobie „co ta Benia szykuje, że potrzebuje aż tyle czasu na przygotowanie posta?…” 😂

Hmm, no cóż.

Benia nie przygotowała sążnej rozkminy na poważne religijne tematy, nie będzie to też entuzjastyczna recenzja książki zmieniającej wszem i wobec moje postępowanie…dzisiaj będzie po prostu #handmade #diy #homedecor.

Kurczę, powiem Ci, że prowadzenie bloga mega dużo mnie uczy – takich rzeczy, które na pierwszy rzut oka nie są jakoś baaardzo powiązane z taką działalnością czy zobowiązaniem.

Bo uczy mnie na przykład odpuszczania (niektórym przychodzi to naturalnie 🤪. Mnie nie). Priorytetyzowania. Pokazuje mi prawdę o mnie: ile z tych moich wzniosłych deklaracji o priorytetach życiowych zostaje w mojej idealistycznej głowie, a ile z tego tak naprawdę widać na co dzień w moich decyzjach?

Co ja właściwie chcę powiedzieć przez to takie gadanko? 😜

Ano to, że warto być regularnym, ale nie wtedy kiedy katuje to nasze zdrowie i nasze relacje. Tak sobie myślę. Bo lepiej przesunąć sobie samemu nadany deadline i np. zwyczajnie się wyspać. Świat się nie zawali i korona Ci z głowy nie spadnie. To dlatego mam opóźnienie w poście blogowym, ale…wygląda na to, że życie dalej się toczy 😂.

No, ale do rzeczy!

Mój Drogi, moja Droga!

Od początku lata chodził za mną wieniec na drzwi pasujący do tej pory roku (dobrze, że zdążyłam – ha. ha. ha. – bo to już się sierpień zaczął 🤦‍♀️ a jak wychodzę z psem rano to jeszcze latarnie się świecą 🤯), a że bliskie mojej estetyce są klimaty tropikalne jakoś tak baaardzo naturalnie i na autopilocie zaczęłam szukać inspiracji i materiałów na…no, właśnie coś takiego 😁 w sensie: wieniec tropikalny.

Czego będziesz potrzebował/potrzebowała, żeby taki wieniec przygotować?

Jak widać, oponka nie jest nowa – zdemontowałam stary wieniec i mogę użyć jej na nowo 🙂
  • oponkę/wieniec styropianowy – albo z innego tworzywa, najlepiej ok.30cm średnicy lub ciut większy,
  • sztuczne kwiaty i liście – sami widzicie na zdjęciach, że zaszalałam 😅 i przesadziłam! Nie potrzeba aż tyle 😅. Summa summarum zużyłam 6 liści (różnych) i jeden kwiatek (luzy arbuzy, resztę rzeczy chętnie użyję do czegoś innego),
  • pistolet na gorący klej (i wkłady, oczywiście),
  • żyłkę (taką wędkarską),
  • mały sekator,
  • szeroką, brązową wstążkę,
  • nożyczki.

No to robimy!

1) Zaczynamy od przygotowania naszej bazy, czyli oponki (od razu na myśl mi przychodzą Dunkin’ Donuts 🤤 o mamoooo, ale bym zjadła!). Weź wstążkę i jej koniec przyklej gorącym klejem tak jakoś z tyłu oponki, żeby nie rzucało się w oczy. I teraz zawijaj wstążkę aż pokryjesz całą powierzchnię oponki. Wtedy utnij ją (tzn.wstążkę) i przyklej znowu gorącym klejem końcówkę, również z tyłu.

2) Weź liście i zacznij najpierw „na sucho” czy też „na brudno” układać kompozycję. Jak Ci będzie to pasowało? Czy chcesz z boku? Na dole wieńca? Użyj wyobraźni, pobaw się trochę, aż poczujesz wewnętrzną satysfakcję. Najlepiej zrób zdjęcie tego co ułożyłeś/ułożyłaś, bo teraz trzeba to wszystko ściągnąć i układać od początku, pojedynczo 😜.

3) Podzielę się z Tobą takim, no, nie lifehackiem 😂, ale close to it.

Pierwszy wieniec jaki zaczęłam robić (niesfotografowany) był zdecydowanie za mały na moje ogromniaste liście, które zamówiłam przez internet, oczywiście nie wymierzając ich wcześniej 🤦‍♀️ Znalazłam drugi, trochę większy, ale ciągle za mały – jak kładłam liście to przykrywały absolutnie wszystko. Pomyślałam więc, że trochę zmniejszę ich rozmiar. Ty też możesz to zrobić, jeśli znajdziesz się w rozmiarowych tarapatach.

Po prostu wszystkie moje liście poszły do fryzjera:

4) Nożyczki i sekatorek poszły w ruch i teraz wszystko pasowało 😁 Zaczęłam od liści palmy, trochę jako tło i potem zaczęłam układać pozostałe. Dokleiłam jeszcze jeden liść palmy z tyłu wieńca – jakoś tak mi to pasowało, żeby wychylał się z drugiego planu. Ty też po kolei każdy liść dodawaj do wieńca i przyklejaj gorącym klejem.

5) Na końcu dodaj kwiatka – ja przymierzyłam wszystkie te egzotyczne hibiskusy i orchidee, i jakoś na nic się nie mogłam zdecydować, a dodałam tę wrzuconą w ostatniej chwili do koszyka na allegro FREZJĘ – i to było to! ❤ Duchu Święty, I know that you know that I know 😎

6) Jeśli chcesz możesz dodać coś ekstra – ja znalazłam w Coście takie małe, kartonowe napisy „aloha” (yes, please ❤) – wystarczyła dosłownie kropla gorącego kleju, żeby taki napis przymocować. No i tak paczę i paczę. I: nie. Musi być jakiś błysk. Dodałam gałązkę srebrnych liści i TO! BYŁO! TO!

7) Na (już naprawdę koniec) zrób pętelkę z żyłki i zamocuj swoje piękne dzieło na drzwiach.

Ja tak sobie na ten wieniec patrzę i myślę: cóż, wakacji w tropikach nie będzie w tym roku 😂, to chociaż mam to!

Ty też wyjdź przed drzwi i podziwiaj swoje dzieło! 😊

No i koniecznie strzel mu fotę i pochwal się w komentarzach! ❤ ⬇

Kategorie
Recenzje

Czy Jezus miał beach body?

źródło: canva.com

Dzień dobry, miły Czytelniku, miła Czytelniczko! 😊

Ściskam Cię na przywitanie w ten letni poniedziałek!

Co u Ciebie? Jak rodzina? Jak w pracy?

A może właśnie się urlopujesz? Jeśli tak, to napisz w komentarzu w jakim zakątku Polsku lub świata aktualnie przebywasz 😊

Słuchaj, chcę Ci dzisiaj opowiedzieć o mega intrygującej audiokonferencji, którą wysłuchałam sobie w czasie mojego dnia wolnego, siedząc na ławce na bulwarze Xaverego Dunikowskiego, potem przechadzając się na wyspę Słodową i potem półleżąc na trawie na tejże wyspie. I robiąc tego dnia ponad 14000 kroków (jak przeliczył krokomierz). Ha!

3 rzeczy o ciele, które mnie zaskoczyły w konferencji ks.Marka Dziewieckiego „Koniec wymówek! Trenuj z Jezusem ciało i ducha”:

1) „Ja jako człowiek jestem nie z tej ziemi, a moje ciało jest z tej ziemi”.

To jest w ogóle pierwsza myśl jaką przedstawia ks.Marek w czasie tej konferencji. Sczajcie to: „ja jako człowiek jestem nie z tej ziemi” – to wiedziałam, „a moje ciało jest z tej ziemi” – to też wiedziałam. Ale zestawienie tego razem jest dla mnie zaskakujące.

No bo tak. Ja jako człowiek, jako istota z duszą pochodzę od Boga.

A moje ciało pochodzi z tego świata. Zostało stworzone przez Boga tu, na ziemi.

Człowiek z planety Boga + ciało z planety Ziemia = status „to skomplikowane”.

Zobaczcie, mając ciało i ducha mamy w sobie dwie zupełnie inne natury.

A jednocześnie – chrześcijaństwo naucza – jest absolutna jedność między ciałem a duchem.

Nie da się ich rozdzielić, nie może być człowiek tylko ciałem albo tylko duchem. Tylko cielesnością albo tylko duchowością.

I ten delikaty balans jest mega skomplikowany i trudny do osiągnięcia, bo jako chrześcijanie jesteśmy wezwani zarówno do rozwoju duchowego i jak i do dbania o swoje ciało. A na skutek grzechu pierworodnego często zamiast harmonii tych dwóch sfer, doświadczamy jakiegoś konfliktu.

Bo jakże często jest tak, że nasze ciało ma na coś ochotę – np. na kolejną porcję lodów, albo na jeszcze tylko jeden odcinek serialu, albo na jeszcze 5 minutek drzemki, a nasz duch, nasze sumienie krzyczy w środku (albo i nie?): „Ty chyba żartujesz! Weź się ogarnij i odstaw te lody/wyłącz tego Netflixa/marsz do roboty!”.  

I jakoś tak sobie myślę, że właściwe dbanie o te dwie natury w nas, naturę z tej ziemi i naturę nie z tej ziemi, wymaga dużego nagimnastykowania się, żeby zrobić to dobrze.

2) „Troska o ciało jest powinnością moralną”.

O mamo, tym to mnie normalnie zabił. 🤯

W sensie, świat się zatrzymał jak to usłyszałam.

Troska o ciało jest powinnością moralną – przecież to brzmi mega poważnie!

Wiecie, ja nierzadko tak mam, może Wy też, że jak przeczytam albo usłyszę jakąś prawdę życiową, to choćby nie wiem jak była banalna i oczywista dla osób postronnych – to jeśli trafi we mnie we właściwym momencie, to nagle doznaję jakiegoś absolutnie kosmicznego olśnienia.

Kurka wodna! Skoro dbanie o ciało (oczywiście, ani mnie, ani księdzu Markowi nie chodzi o jakieś skrajne, hedonistyczne dbanie o ciało) jest powinnością moralną, to, ja pierdziu!, to sfera dbania o ciało od razu osiągnęła jakiś zupełnie nowy, wyższy rangą status, z którym nie umiem dyskutować. Bo tutaj się dla mnie kończy „ale…”, „ale przecież…”, „ale ja…”. Zamykam gębę i biję się w pierś.

Bo widzę jak czasami olewam to, że gdzieś coś boli i może warto by było pójść zrobić badania. Jak czasem wykupuję recepty, a potem leki biorę w kratkę. Jak wiem, ile czasu tygodniowo według WHO powinnam poświęcić na aktywność fizyczną i nic z tym nie robię. Jak, tak naprawdę, nie biorę NA SEEEERIO tego, że jeśli nie zadbam o moje ciało dzisiaj to na starość będę to sobie CODZIENNIE, PRZY KAŻDYM BÓLU wyrzucała. Że wnuków mogę nie mieć siły podnosić. Że mogę mieć trudności z poruszaniem się.

Kurde, mam powinność moralną. I mam zobowiązanie wobec mojej rodziny.

3) „Jezus był okazem zdrowia, był wysportowany”.

Haha, co? – taka była moja pierwsza reakcja na zdanie ks.Marka. Takie lekkie podśmiechiwanie się.

No dobra, dobra, ale skąd ksiądz to wytrzasnął?

No i ksiądz Marek tłumaczy to tak (a bierze to wszystko z Ewangelii!):

Jezus miał bardzo wymagający tryb życia:

– praktycznie wszędzie poruszał się pieszo (a pamiętajmy, że odwiedzał rozliczne miejscowości, by nauczać),

– wszędzie w upale (bo podróżował i nauczał w ciągu dnia),

– nie zawsze zdarzał się regularny posiłek (bo jak był w drodze, to czasem zwyczajnie nie było jak),

– mówił całymi dniami (no bo nauczał – czy to tłumy, czy węższe grono swoich uczniów),

– bez mikrofonu (a że słuchały go tłumy, to musiał mieć donośny głos),

– i z mocą (por. Mk 1,22 i Mk 1,27).

A jak jeszcze dołożymy sobie do tego taki element układanki, że Jezus uczył się od św.Józefa fachu ciesielskiego i w zasadzie przez większość swojego dorosłego życia pracował fizycznie sześć dni w tygodniu…

No, nie ma bata, MUSIAŁ mieć na to siłę, taką „zwyczajną”, fizyczną siłę, musiał mieć odpowiednią tężyznę fizyczną, żeby realizować taką pracę.

Do tego – ogarnijcie to – ks.Marek zwraca uwagę, że Jezus w czasie drogi krzyżowej uniósł krzyż mocą swojej ludzkiej natury. Ludzkiej. Bo gdyby użył boskiej natury to by pewnie na paluszku tę belkę krzyżową podniósł. A On użył swojej ludzkiej, fizycznej siły.

Nie wiem czy miał beach body, ale gdyby miał tylko skórę i kości, i gdyby nie dbał o swoje zdrowie i o swoje ciało to, no way, nie dotarłby na Golgotę. Oczywiście, do tego kierowała Nim nieskończona miłość do nas i niepojęta siła psychiczna, ale de facto Jego ludzkie mięśnie niosły ten krzyż przez wąskie uliczki Jerozolimy.

Jeszcze jedną intrygującą rzecz ks.Marek zauważa. Już trochę „lżejszą”.

Pan Jezus lubił…jeść 😊

Oczywiście, nie chodzi o „lubienie jeść” = „obżeranie się dla przyjemności”.

Ale, w przeciwieństwie do Jana Chrzciciela, który ani zbyt gustownie się nie ubierał (miał „odzienie z sierści wielbłądziej”), ani zbyt dobrze nie jadał (dieta szarańczowo-miodowa), Jezus dawał się zapraszać na uczty. Mamy wesele w Kanie Galilejskiej, mamy ucztę u Mateusza, potem też u Zacheusza, u Marty i Marii, zapraszali go faryzeusze i uczeni w Piśmie, ale też celnicy i grzesznicy. Jezus nie odmawiał. Apparently, lubił smacznie zjeść.

A co powiedział do uczniów po zmartychwstaniu?

Najpierw stanął pośród nich i powiedział „Pokój Wam!” – nie mogli uwierzyć, że to On.

Potem pokazał im swoje ręce i nogi – dalej nie mogli uwierzyć.

Wreszcie zapytał „Macie tu coś do jedzenia?” – i uwierzyli :D.

To tak trochę z humorem, ale sprawdźcie sami! (Łk 24,36-43)

Ksiądz Marek kwituje to tak: „Czyli [Jezus] cieszył się swoim ciałem i o to ciało dbał”.

Kochani moi, do czego to wszystko zmierza?

My tutaj ciągle o ciele, a jak z rozwojem duchowym?

Ks.Marek mówi, że zdrowie duchowe jest oczywiście ważniejsze niż zdrowe ciało (i myślę, że wszyscy chrześcijanie podpiszą się pod tym obiema rękami). A jednocześnie „tylko sprawne ciało może nam umożliwić sprawne funkcjonowanie w rodzinie, małżeństwie, szkole, miejscu pracy i oczywiście w sporcie”.

No i mając perspektywę ziemskiej natury mojego ciała, mojej powinności moralnej i mając za wzór mojego Mistrza, który swoim ciałem się cieszył i o nie dbał – daje mi to potrzebną motywację do zmian.

.

Polecam Wam odsłuchać całą konferencję „Koniec wymówek! Trenuj z Jezusem ciało i ducha” ks.Marka Dziewieckiego, wydaną przez wydawnictwo RTCK – zaskakujących odkryć jest tam znacznie więcej 😊

.

A jak jest u Ciebie z dbaniem o ciało? Jaką masz z nim relację? Czy czujesz, że powinieneś/powinnaś coś zmienić w tej sferze?

Kategorie
Rozkminy

Wakacyjny niezbędnik katolika

Hej Mój Drogi, Moja Droga! 😊

Jak to się dzieje, że mamy już drugą połowę lipca 😱??? Zauważyłeś/zauważyłaś? Szok!

Wakacje lub urlopy już poplanowane?

U nas prawie 😅 Mamy ustalony termin i obrany kierunek, ale jeszcze szukamy noclegów. Wiesz, widziałam jakiś czas temu na Insta takie zdjęcie jednej z mam, której konto followuję, z napisem „Rodzice tak naprawdę nie jadą na wakacje. Po prostu zajmują się swoimi dziećmi w innym mieście”. Couldn’t agree more. U nas tak to właśnie będzie wyglądało 😜

Czas wakacji to czas odpoczynku od wielu rzeczy i – jak, podejrzewam, większość z nas wie, chociaż może nie od razu się przyzna – bywa i tak, że to czas odpoczynku od modlitwy. A nie o to chodzi!

W wakacje trudniej o samodyscyplinę, oporniej nam idzie z codziennymi nawykami, a czasem rutyna w ogóle jest całkiem zrujnowana. Apeluję ja do Was, mili Czytelnicy: nie dopuśćmy do tego, żeby w czasie urlopu zaniedbać relację z Panem Bogiem.

Proponuję spakować do walizki/plecaka kilka rzeczy, które nie zajmują dużo miejsca(!), a pomogą nam tej relacji nie zaniedbać, a nawet ją wzmocnią!

Wakacyjny niezbędnik katolika – 8 rzeczy, które warto spakować na wakacje

1) Różaniec

Słuchajcie, wiem, że może nie wszyscy z Was modlą się codziennie na różańcu. Ale zwizualizujcie sobie którąś z tych scen: wędrujecie po górach, leżycie na plaży słuchając szumu fal, przechadzacie się ulicami jakiegoś pięknego miasta… no i CZEMU by w takiej sytuacji nie wziąć do ręki różańca i nie odmówić choćby dziesiątki? A jeśli wybije godzina 15:00, to może choćby dziesiątkę koronki do Miłosierdzia Bożego? Moim zdaniem, to taki piękny akcent w ciągu dnia!

Moja rada: jeśli macie tendencję do gubienia rzeczy, to think twice czy chcecie na wakacje zabierać ze sobą ten różaniec od Waszej prababci, ten przywieziony z Jerozolimy czy jakiś inny o dużej wartości sentymentalnej. Jasne, to tylko przedmiot, ale po co macie się smucić. Ja ostatnio zgubiłam 2 różańce 😑 i zanim zamówię sobie taki z akwamarynu, który mi się marzy, kupiłam sobie całkiem miły dla oka różaniec za 5 zł. I pojedzie ze mną na urlop. High five!

2) Pismo Święte małych rozmiarów lub aplikacja z Biblią

Bardzo Was zachęcam do codziennego czytania choćby krótkiego fragmentu z Pisma Świętego. Do plecaka lub walizki możecie spakować np. małych rozmiarów Nowy Testament z Edycji Świętego Pawła – ma 10,5 x 15,5 cm, więc jest naprawdę niewielki, a ma cenne komentarze do każdego fragmentu!

Alternatywnie oczywiście zawsze możecie mieć pod ręką aplikację Modlitwa w drodze lub Pismo Święte. Pod warunkiem, że tam gdzie jesteście, macie zasięg 😉

3) Lektura duchowa

Moi mili. Kiedy pierwszy raz korzystałam z rachunku sumienia oo.kapucynów z Kielc (do tej pory mój ulubiony rachunek sumienia) natrafiłam na refleksję, która otworzyła mi oczy: „Nie starałem się o pogłębienie swojej wiedzy religijnej przez słuchanie kazań, czytanie Pisma Św., książek religijnych itp.”. Dominikanie też piszą w rachunku sumienia dla dorosłych „Czy wzbogacasz swoją modlitwę poprzez lekturę Pisma Świętego, tekstów doświadczonych w modlitwie świętych i pisarzy religijnych?

Zonk!

Nie chcę powiedzieć, że ktoś kto NIE czyta książek, które wspomagają wzrost duchowy, ma grzech śmiertelny (aż tak się na tym nie znam), ale to nie przypadek, że o lekturach duchowych jest mowa w kontekście modlitwy osobistej. Może urlop/wakacje to dobry czas, żeby po jakąś lekturę sięgnąć?

Polecę Wam tu 3:

Pierwsza: „Sto listów o modlitwie” – krótkie rozdziały, czyta się świetnie, dużo mądrości i genialna intuicja księdza Caffarela w kontekście modlitwy)

Druga: „Zuchwała Księga Świętych” – pisałam recenzję tej książki; krótko mówiąc: jest rewelacyjna. Fantastyczne spojrzenie na święte kobiety + ma materiały do pracy/przemyśleń!

Trzecia: „Wielka ryba” – książka o odkrywaniu kształtu własnej duszy, pomaga uzmysłowić sobie jakie plany i talenty wszczepił w nas Pan Bóg. Książka plus notatnik z zadaniami!

4) UTM czyli Urlopowy Tracker Modlitewny

A jak! 😊 Zapraszam do pobrania, wydrukowania i zabrania ze sobą takiej pomocy wizualnej do śledzenia tego, jak nam idzie modlitwa i czytanie Pisma Świętego (a raczej jak nam idzie ich REGULARNOŚĆ) w czasie wakacji. Looknijcie sobie do tego wpisu, żeby poczytać cuś więcej na ten temat. A jak jeszcze strzelicie fotę tego trackera, udostępnicie na social mediach i oznaczycie mnie (benia_franek na Insta i Bernadetta Franek na fb), to będzie mi mega miło.

5) Słuchawki + powerbank

Do tej pory było analogowo, ale przecież cyfrowo też jako chrześcijanie funkcjonujemy! 😊

Poza sytuacjami kiedy wybieracie się na rekolekcje w ciszy albo celowo i świadomie chcecie odłączyć się od wszelkich urządzeń cyfrowych, warto wziąć ze sobą słuchawki na wakacje.

Pomyślcie sobie: raz, że można posłuchać jakiegoś dobrego audiobooka (ja np. mam ogrrromną chrapkę na „Koniec wymówek!” – audiobook ks.Dziewieckiego o ciele i sporcie. Ha! Może wreszcie ruszę cztery litery 🙈), dwa: można posłuchać refleksji/komentarzy do Słowa Bożego, trzy: można posłuchać muzyki chrześcijańskiej. Dobre powody? No raczej.

A powerbank to wiadomo, jak okaże się, że prądu lub gniazdka braknie, to takie małe urządzonko potrafi zwyczajnie pomóc. Że już nie wspomnę o sytuacjach niebezpiecznych, w których trzeba dzwonić na numer alarmowy, a tu bateria słaba. 😱 Oby takich nie było! Ale wiecie, ja to z gatunku tych, którzy biorą „na wszelki wypadek”.

6) Spowiedź!

Oczywiście mam na myśli, że warto taką spowiedź ODBYĆ przed wyjazdem, albo zaplanować na „w trakcie wyjazdu”. Ostatnio słuchałam na YT Wodza (o.Tomasza Nowaka OP), który opowiadał, że Pan Bóg w sakramencie spowiedzi nie tylko odpuszcza nam grzechy, ale też wylewa na nas łaskę. Jest tu ktoś kto NIE CHCE darmowej łaski? Hę?

Podsyłam Wam od razu linki do dwóch rachunków sumienia, o których już tu wspominałam:

rachunek sumienia dla dorosłych – Kapucyni Kiecle (ja aktualnie od kilku lat korzystam),

rachunek sumienia dla dorosłych – Dominikanie (przez wiele lat korzystałam i bardzo sobie ceniłam)

7) Outfit na Mszę Świętą

Warto! Wziąć! Pewnie koszula lub sukienka wygniecie się w walizce/plecaku, ale musiałbyś/musiałabyś mieć naprawdę wielkiego pecha, żeby hotel/pensjonat/rodzina, u której będziesz nie miała żelazka do pożyczenia. Kaman, ubierz się ładnie dla Jezusa. Poczuj się odświętnie w Dzień Święty.

8) Playlista z muzyką chrześcijańską

Ha!

Raz, że dosłuchania, ale też do śpiewania!

Moi mili. Ja np. uwielbiam śpiewać w aucie. I żeby wychwalać Pana Boga śpiewem nie trzeba być drugą Whitney Houston. Jestem przekonana, że Jemu podobają się nasze mniej lub bardziej udane występy solowe lub w zespole (np.rodzinnym 😉), jeśli są szczere i prosto z serca.

Tak więc, jeśli wybieracie się gdziekolwiek na wakacje autem, odpalcie sobie ulubiony zespół chrześcijański i śpiewajcie razem z nimi! Jeśli pomaga Ci to w modlitwie, włącz sobie muzykę uwielbieniową, albo kanony z Taize. Zachęcam Cię, żebyś słuchał(a) i śpiewał(a).

Pomogę Ci w tym trochę 😉

Tutaj na dole znajdziesz link do playlisty na YouTube’ie z Muzyką Chrześcijańską do Śpiewania w Aucie. Możesz oczywiście śpiewać też w pociągu, samolocie i blablacarze (to dopiero ewangelizacja!). Możesz też jej tylko słuchać i śpiewać w sobie w środku.

Chrześcijańska Playlista do Śpiewania w Aucie

Co więcej, możesz też ją ze mną współtworzyć.

Jeśli znasz jakąś piosenkę, która świetnie by się nadawała do tej playlisty koniecznie daj mi znać 😊 Napisz jej tytuł lub wrzuć do niej linka w komentarzach do tego posta lub w komentarzach do playlisty na YouTube’ie.

Nie obiecuję, że będę do niej wrzucać wszystko jak leci – będę starała się ją utrzymać spójną. Ale pisz, pisz i dawaj znać – ja też chętnie poznam nowych dla mnie artystów i zespoły chrześcijańskie.

No to Mój Drogi, Moja Droga, jesteś już dobrze wyposażony/wyposażona na wakacje 😉 pod kątem przeżywania ich z Panem Bogiem.

A może dopisał(a)byś coś do tej listy wakacyjnej? Daj znać w komentarzu!

Kategorie
Gift Guide'y

Gift Guide Ślubny 2020

Cześć i czołem miły gościu!

Dobrze Cię tu widzieć 😊 !

Jak Twoje plany urlopowe? A może jesteś już po? A może urlop planujesz na bardziej hipsterski czas (np. na zimę, bo lecisz do Australii, żeby złapać znowu lato? Ha! To dopiero by było… 🥰! )?

A może, jak niektórzy z moich znajomych, w te wakacje będziesz gościem na ślubie?

No właśnie! „W związku z zaistniałą sytuacją” niektórzy musieli śluby poprzesuwać (och, ten stres 😓, nie zazdroszczę!), niektórzy grzecznie podziękowali za zaproszenie, ale z tego co słyszę tu i ówdzie już śluby i wesela z udziałem większej ilości gości znowu się odbywają.

No i może, gościu ślubny drogi, zastanawiasz się co by tu nowożeńcom w takim ważnym dla nich dniu sprezentować, hę?

Ha! Wyobraź sobie, że mam dla Ciebie parę podpowiedzi. 😎

Specjalnie dla Ciebie zebrałam 10 pomysłów na prezent dla wierzących nowożeńców. Znajdziesz tu coś dla ciała i coś dla ducha. Niektóre z nich tak mi się podobają, że zastanawiam się na poważnie czy by nie kupić ich dla nas 😅 (chociaż nowożeńcami byliśmy 9 lat temu! Ano, właśnie! Ta lista może równie dobrze Ci się przydać jeśli planujesz kupić prezent z okazji ROCZNICY ślubu. Ha! Nailed it! 😎)!

Jedziemy!

10 propozycji na prezent dla wierzących nowożeńców

(lub starożeńców):

1) Pościel z cytatem z Pieśni nad Pieśniami – genialna sprawa. Miły dla oka, minimalistyczny dizajn. No i nawiązanie do PnP mnie totalnie ujęło. (Od mojego tajnego źródła wiem, że pościel będzie dostępna w sklepie w sierpniu 👍).

2) Plakat spersonalizowany z ważnymi datami+miejscami – aaa normalnie, zachwyciłam się! Na stronie jest przykład z fragmentami map, ale można załadować jakiekolwiek zdjęcie. Nooo i te napisy „pierwsze spotkanie”, „oświadczyny”…ach, ach, już sobie wyobrażam takie cuś wiszące u mnie na ścianie i podoba mi się ta wizja 😊

3) Małżeńska gra – moi drodzy, żarty na bok! Ta gra przypomina małżonkom o co chodzi w komunikacji, a – wierzcie mi – prędzej czy później się o tym zapomina. A w małżeństwie gadasz albo giniesz. Podoba mi się też to zdanie z opisu: „W grze nie ma przegranych, można jedynie wygrać lepszą relację.”

4) Komplet leżaków – RE-WE-LACJA. Ja jestem fanką leżaków i tego błogostanu, który następuje jak już się wygodnie w takim leżaku umoszczę 😊❤ Jak dla mnie, taki prezent zachęca do letniego (czasem potrzebnego) leniuchowania i relaksu we dwoje. Super sprawa!

5) Bransoletki z dziesiątką różańca – komplet dla Niej i dla Niego. Subtelne, świetnie się wpasują na nadgarstku obok biznesowego zegarka albo wśród innych bransoletek. No i przede wszystkim niech się nowożeńcy modlą razem!

6) „Akrobatyka małżeńska” – książka lub ebook o.Adama Szustaka OP. Must-have. O.Adam w tym cyklu konferencji przedstawia małżeństwo jako najprostszą rzecz na świecie (totalnie się nie zgadzam), oczywiście pod pewnymi warunkami (no właśnie). Posługując się historiami/sytuacjami z Biblii wyjaśnia co, według Pisma Świętego, jest małżeństwu do szczęścia potrzebne, np. jakie postawy nam się przydadzą w tej codziennej relacyjnej akrobatyce, jakie role Pan Bóg przewidział dla mężczyzny i kobiety – okraszając to, oczywiście, humorem opartym na wytykaniu nam 😉 naszych ludzkich słabości.

7) Personalizowana deska do serów – coś dla ciała! Słuchajcie, może Wam to się wydawać takie „eee…nie”, ALE pomyślcie sobie: wieczór we dwójkę, wino, jakiś dobry film i sery/przekąski zaserwowane na takiej właśnie desce z imionami i datą ślubu…po 3, 5, 10 latach po ślubie. Jestem dziwnie przekonana, że niejednemu małżonkowi się łezka wzruszenia w oku zakręci. No i niech sprzyja domowym randkom!

8) Album „50 pierwszych rocznic”. Ja się, moi Drodzy, zastanawiam nad taką rzeczą: CZEMU my tego jeszcze nie mamy??? O mamo! Jaki cudowny pomysł! Pięknie wydany album nie tylko na zdjęcia, ale też na ważne myśli! Np. „Najpiękniejsze wspomnienia”, „Plany na kolejny rok”… I autorzy zachęcają, jeśli kupi/dostanie się taki album na którąś rocznicę ślubu, to żeby wrócić do tych wcześniejszych (stron i rocznic) i uzupełnić. Już sobie wyobrażam to wyszukiwanie zdjęć z tego okresu, gdzie wtedy byliśmy, co wtedy mieliśmy w głowach 😅 Coś świetnego!

9) Książka „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus” Johna Graya. Wiecie co, może dla Was to jakaś tam wyświechtana fraza, ale my z mężem mieliśmy swego czasu tradycję kupowania tej książki nowożeńcom. Bo NAM bardzo pomogła. Zrozumieć siebie. Swoje (już nie takie absurdalne) zachowania. Pamiętam, że dla mnie była ona MEGA odkrywcza. Ta pozycja, to, moim zdaniem, MUST READ – KAŻDEGO małżeństwa. Kto jeszcze nie ma – kupić koniecznie i przeczytać!

10) Personalizowana wycieraczka. No po prostu coś uroczego. Nie wiem czy na Was, panowie, robi to takie wrażenie, ale dla większości kobiet, po pierwsze, zmiana nazwiska, a po drugie myślenie i MÓWIENIE o związku jako o „Państwu Kowalskich” czy „Państwu Nowakach” to jest niesamowite uczucie. A jak jeszcze wprowadzacie się do własnego mieszkania…to taka wycieraczka to istna wisienka na torcie 🍒

Kochani, a jakie prezenty Wy polecacie? Może dostaliście na swój ślub jakiś prezent, który możecie polecić innym? Dawajcie znać w komentarzach! 😊

Kategorie
Rozkminy

Solo trip – dlaczego co roku wyjeżdżam sama?

Cześć Czytelniku! Hej Czytelniczko!

Miło mi, że wpadasz! 😊

Opowiem Wam dzisiaj o takim moim, na początku dziwnym (jak dla ekstrawertyka), doświadczeniu – wyjazdach solo.

Mam taką swoją (strasznie długą, bo trzyletnią 😜) tradycję, że co roku wyjeżdżam sama na 2 dni, gdzieś za Wrocław.

Tak jest, sama.

Tak, dzieci zostają w domu. Z tatą.

Już to słyszę: „Ło matko i córko! Toż to nie wypada! Co sobie teściowie pomyślą? Dzieci zostawiasz??? A co mąż na to?”

A ja na to: „sorry, Batory. Mąż co roku wyjeżdża z kolegami w góry. Na cały weekend. Heloł! I jakoś on nie ma second thoughts. Jego nikt nie osądza i jemu nikt się nie dziwi. To czemu ja nie mogę?”

Poza tym, wierzcie mi, każdemu, kto wiedzie intensywne życie, czy to zawodowo czy to rodzinnie (czasem both!) przydałoby się wyjechać samemu! Jak palec! I zaznać trochę spokoju. Nawet świętego spokoju.

I wiem, że część z tych rzeczy, które ja robię na solo tripach, ktoś inny może zrobić w domu, ale ja znam siebie. Nawet jeśli wygonię swoich na caaaały dzień na działkę do dziadków, to będę patrzyła na to mieszkanie i będę. Widziała. Co mam do posprzątania. I na samym obserwowaniu się nie skończy, if you know what I mean. Macie tak też? 😂

Dlatego potrzebuję, potrzebuję wyjeżdżać i pozwalam sobie na coroczny taki krótki wypad, żeby zająć się tylko własnymi sprawami – u mnie na tapecie jest zawsze rozwój zawodowy, bo przez bardzo długi czas był on dla mnie po prostu MEGA zagadką.

Ale warto czasem wyjechać solo nawet jeśli ma się poukładane życie zawodowe, serio! 😁

Podam Ci teraz, drogi Czytelniku, droga Czytelniczko, listę 9 rzeczy, których możesz doświadczyć w czasie wyjazdu solo. Zastanów się, może to właśnie coś, czego potrzebujesz!

1) Spotkasz się ze swoimi myślami.

Często na co dzień ich nie słychać. Albo są przerywane radosnymi okrzykami dzieci, albo milionem innych bodźców. I wiem, że to frazes, ale naprawdę potrzebujemy czasu, żeby usłyszeć własne myśli. Tyle w nich ważnych odczuć, jakichś intuicji, może lęków, marzeń. W tej pędzącej codzienności po prostu ciężko to zauważyć.

2) Spotkasz się z Bogiem.

Dla mnie zawsze te wyjazdy otwiera modlitwa. Poświęcam ten czas, ofiarowuję go Bogu. Nawet jeśli decydujesz się, że będziesz po prostu odpoczywać, że nie masz żadnych planów do zrealizowania, żadnych rozkmin zawodowych, ani rzeczy do przemyślenia i chcesz po prostu pooddychać innym powietrzem, popatrzeć na inny skrawek nieba – nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ten odpoczynek ofiarować Bogu.

3) Spotkasz się z przyrodą.

Wybieram pensjonaty/hotele przy lesie, przy parku. Zawsze sobie zaplanuję mnóstwo do roboty, ale staram się chociaż godzinę poświęcić na spacery na łonie natury. Zachwycam się lasami, łąkami, bliskością gór.

4) Zatęsknisz, docenisz.

Zawsze chwilę zatęsknię za rodzinką w czasie tego wyjazdu (zastanawiam się: kiedy indziej doświadczę takiej tęsknoty? (Może dopiero jak dzieci będą same wyjeżdżały?) A przecież ta tęsknota prowadzi do wdzięczności.) I docenię po raz kolejny męża, teściów, to co mam, to, że mam gdzie i do kogo wracać.

5) Porobisz zdjęcia.

Biorę aparat lub telefon, idę w przyrodę i chwytam chwilę. Nie mam wielkich zdolności fotograficznych. Kiedyś robiłam dużo zdjęć kulinarnych i dawało mi to frajdę. Teraz cieszy mnie przyzwoicie zrobione zdjęcie krajobrazu, widoku z okna, pojedynczego kwiatka w przybliżeniu, na tle reszty łąki. Patrzę na nie i się uśmiecham: ja to uchwyciłam.

6) Nadgonisz z czytaniem.

Lista książek, audiobooków, e-booków, które mam ochotę zabrać na taki solo trip jest tak długa, że śmieję się, że to program na wyjazd tygodniowy! 😜 Ale ograniczam się bardzo, biorę zazwyczaj jedną książkę i ten czas, który wieczorem spędzam w pokoju hotelowym, leżąc na brzuchu na łóżku z nosem w książce jest BEZ-CEN-NY.

7) Ułożysz plan.

Wyjazd solo to też idealny czas na planowanie. Tworzenie w głowie i na papierze. Polecam wzięcie notesu, kolorowych cienkopisów i zakreślaczy, bo ułatwiają odnajdywanie się potem w gąszczu notatek. To też dobry czas na zaplanowanie zmiany.

8) Poukładasz na nowo priorytety.

Często w wyniku spotkania z własnymi myślami i z Panem Bogiem potrafimy spojrzeć na nasze życie, i zrobić taki jakby rachunek sumienia. Ja kminię w ten sposób: co MYŚLĘ, że jest moimi priorytetami, a co mówią o tym moje DECYZJE? Czy one są spójne z tą kolejnością priorytetów, którą mam w głowie? Ha! U mnie nieraz było tak, że łapałam się na tym, że moje wartości w głowie mają się nijak do moich rzeczywistych wyborów.

9) Powrócisz do wspomnień z dzieciństwa.

Ja nie miałam babci (ani w zasadzie żadnej bliskiej rodziny) na wsi, ale na swoim pierwszym solo tripie 5 min od pensjonatu była polana przed lasem. Siadłam w wysokiej trawie, zamknęłam oczy, przysłuchiwałam się odgłosom natury i myślami wróciłam do czasów, (ha!) zdaje się, gimnazjalnych i do pewnych rekolekcji w Idzikowie i do bardzo ważnej wówczas modlitwy odmówionej w podobnych okolicznościach przyrody. Dobrze się czułam z tym wspomnieniem i podziękowałam Bogu za tamten czas.

UWAGA, będzie opowieść.

Spróbuję krótko, OK? 😉

Mój pierwszy wyjazd solo był efektem frustracji, że 1) Krzysiek wyjeżdża, a ja nie, 2) miałam mocno poplątane w głowie co ja mam właściwie robić z tym moim życiem zawodowym. Pojechałam do Międzygórza, do przeuroczego pensjonatu, za którym był las po jednej stronie i pola po drugiej stronie. Wzięłam ze sobą audiobook „Rób to co kochasz” autorstwa Arkadio i słuchałam, i robiłam notatki, i lałam łzy, bo ileż tam było tego co siedziało we mnie w środku! Ile nazwanych moich lęków i blokad. Ile słów, na które otwierały mi się szerzej oczy ze zdziwienia, że sama na to nie wpadłam. Wtedy właśnie usłyszałam, BANALNE, ale dla mnie w tamtym czasie przełomowe

„albo stoisz w miejscu, albo wykonujesz ruch”.

W tamtym czasie byłam na rozdrożu zawodowym i BARDZO bałam się dokonania złego wyboru. Bałam się spudłowania. Straty czasu i pieniędzy na edukację, i potem ścieżkę zawodową, która okaże się nie dla mnie. No i tak stałam, i patrzyłam się na te dwa drogowskazy w przeciwnych kierunkach i paraliżował mnie strach, i totalnie nie wiedziałam, co mam robić. Więc robiłam NIC. Stałam i kręciłam się w miejscu, i kminiłam, a czas i tak upływał. No i wtedy te słowa: „albo stoisz w miejscu, albo wykonujesz ruch”.

I dalej:

„nie bój się popełniać błędów. Bóg rozliczy Cię, człowieku, z miłości i talentów. Nie bój się, więc, tego, że rozminiesz się z Jego wolą, bo Bóg wysyła różne zaproszenia. (…) Działaj w zgodzie ze swoim sercem i wykonuj ruchy, a każdy błąd niech przeradza się w konkretną lekcję na drodze ‘Rób To Co Kochasz’”.

Po wylanych łzach, po modlitwie, rozpisałam sobie za i przeciw dwóm kierunków studiów podyplomowych, rozrysowałam potencjalne możliwości pracy w obecnej korpo po każdym z tych kierunków, znowu przemodliłam i podjęłam decyzję. „Przypadkowo” kościół w Międzygórzu jest pod wezwaniem św. Józefa – patrona osób pracujących. Poprosiłam go tam o wstawiennictwo.

Od tamtej pory wiele się zmieniło. Mimo że zrobiłam podyplomówkę, to wcale nie pracuję w tej branży. Ale nie żałuję – podjęłam decyzję i spróbowałam, i widzę jak każdy mój krok, nawet (po ludzku) chybiony, prowadzi mnie do lepszego zrozumienia siebie, swojego potencjału i odkrywania Bożego planu na moją ścieżkę zawodową.

Bez wyjazdu solo, bez słuchania tych słów w ciszy, spokoju i bez rozproszeń, bez Bożego natchnienia po tym audiobooku, kto wie gdzie byłabym dzisiaj?

A co Ty myślisz o takim wyjeździe solo? Odnalazł(a)byś się w takiej sytuacji? A może praktykujesz solo tripy? Napisz w komentarzu! 😊

Kategorie
Rozkminy

Boskie wakacje

Hej Kochany Czytelniku, Kochana Czytelniczko!

Cieszę się, że tu zaglądasz! 😊 Co u Ciebie słychać?

Podejrzewam, że nieraz miałeś/miałaś tak, że w czasie wakacji/urlopu robiłeś bądź robiłaś sobie też przerwę od…Pana Boga. No tak! Brzmi to strasznie podstawówkowo, I know, ale czy z ręką na sercu możesz powiedzieć, że w czasie urlopu Twoje życie duchowe zawsze było w jak najlepszym porządku? Ja to widzę inaczej: nadchodzi urlop i nie trzeba rano wstawać, inaczej dzień się układa, rutyna zaburzona i od razu walą nam się na głowę nasze starannie i w pocie czoła wypracowane nawyki (m.in. modlitewne).

Ja. Tak. Mam.

A może, po prostu, nawet bez urlopu, trudno jest Ci wypracować taki „rytuał” modlitwy porannej czy wieczornej. Może chciałbyś/chciałabyś wprowadzić więcej regularności w swoim kontakcie z Panem Bogiem.

Jeśli tak, look no further 😉

Słuchaj, mój Drogi, moja Droga. Przygotowałam dla Ciebie taką małą pomoc: tracker do monitorowania regularności modlitwy w czasie urlopu. Nazwijmy go w skrócie: tracker modlitewny. Albo urlopowy tracker modlitewny. Kurczę, może jeszcze za długa nazwa. Zróbmy z tego akronim: UTM. O! 🏆

Wydrukuj go sobie, powieś na tablicy korkowej albo przymocuj magnesami do lodówki. Wpisz miesiąc i dni, w których bierzesz urlop (jeśli dłuższy niż 2 tygodnie to wydrukuj więcej egzemplarzy UTMu). I zaznaczaj po kolei. I odhaczaj. I uzupełniaj.

Kurczę! Ja jestem entuzjastką tego typu rozwiązań. WIDZISZ progres. WIDZISZ, gdzie jeszcze kulejesz. A każdy zamalowany kwadracik czy kółeczko daje satysfakcję.

UTM pomoże Ci:

1) utrzymać regularność w modlitwie w czasie wakacji/urlopu,

2) wprowadzić trochę regularności w modlitwie – korzystając z czasu wakacyjnego. I mam nadzieję, że ta regularność przeciągnie się na czas powrotu do pracy/na uczelnię.

Oczywiście. Nic własnymi siłami. Wszystko z łaską od Boga. A jednocześnie „łaska buduje na naturze” (jak pisał św. Tomasz z Akwinu – BARDZO lubię ten cytat). PODEJMIJ decyzję i wysiłek fizyczny. KSZTAŁTUJ swoje nawyki i charakter. DECYDUJ jakie są Twoje priorytety. A Pan Bóg będzie mógł na tym budować.

Dawaj, popatrz co my tu mamy:

1) Modlitwa poranna

Jezus na Ciebie czeka od rana.

Kiedyś znalazłam na Instagramie genialny komiks obrazujący właśnie czekającego na Ciebie Jezusa. Obejrzyj/przeczytaj – dodatkowy komentarz zbędny.

Mój tip: Zacznij od czegoś prostego: znak krzyża na ustach i słowa „Panie, otwórz wargi moje, a usta moje będą głosić Twoją chwałę”.

2) Modlitwa wieczorna

Mój tip: pomódl się po kolacji.

Chyba wszyscy doświadczyli (doświadczają?) tego jaka może być jakość modlitwy, kiedy zostawiamy ją na ostatnią chwilę. Czasami zasypiałam w połowie dziesiątki różańca.

Ja czuję, że okazujemy naszemu Tacie więcej szacunku, jeśli zaplanujemy (i zrealizujemy) modlitwę wieczorną na czas, kiedy oczy się jeszcze same nie zamykają.

3) Czytanie Pisma Świętego.

Odkąd jestem w ruchu duchowości małżeńskiej Equipes Notre-Dame, czytam Pismo Święte codziennie. Czasem sama nie mogę w to uwierzyć, że kiedyś nie sięgałam do Biblii. Teraz jest ona nieodłącznym elementem mojej porannej modlitwy.

Pomyśl o tym w ten sposób: chcesz ufać Jezusowi. Ale czy zaufał(a)byś komuś kogo nie znasz? Nie zawsze. A jak najlepiej poznać Jezusa? Przez czytanie Pisma Świętego, ofkors!

Mój tip: Zainstaluj sobie apkę z Pismem Świętym – to żadna siara czytać Biblię w wersji cyfrowej. Zacznij od czytania Ewangelii z dnia. Looknij na Modlitwa w drodze lub Pismo Święte.

4) Niedzielna Msza Święta

Oczywista oczywistość: jeśli wyjeżdżasz, zorientuj się wcześniej gdzie jest najbliższy kościół i o której są w nim Msze. Jeśli możesz, spakuj do walizki jakieś odświętne ubranie.

Mój tip: odeprzyj pokusę oceniania lokalnych tradycji parafialnych (chociaż dla „koneserów” nie jest to łatwe!), a skup się na wdzięczności za to, że możesz spotkać się z Jezusem w czasie Mszy Świętej.

Dodatkowe pola w trackerze:

  • Fragment z Biblii, który mnie zaskoczył

Zapisz zdanie lub siglum (czyli skrót do wersetu, np. Mt 6,33), które odkryłeś lub odkryłaś (na nowo?) czytając Pismo Święte w czasie urlopu. Jak zapiszesz, to lepiej zapamiętasz i będzie do Ciebie ono wracało.

  • Zdanie z homilii, które we mnie pracuje

A to dopiero wymyśliła! 😂

Wiem, że czasem w czasie kazania myśli odlatują do kotleta (parafrazując o.Adama Szustaka). To teraz pomyśl sobie o takim zadaniu: „wysłucham homilii uważnie i wyjdę z kościoła z jednym zdaniem lub myślą, które przykuło moją uwagę” (i nie mam tu na myśli potencjalnych błędów językowych. You know what I mean). Niech to zmotywuje Cię do większego skupienia. A mówiąc, że coś „we mnie pracuje” mam na myśli: że ciągle wracam do tego myślami. Że mnie inspiruje i zachęca do jakiejś zmiany w życiu.  

  • Spowiedź

Zaplanuj spowiedź w czasie urlopu. Pomyśl tylko: może będziesz wreszcie mógł lub mogła wybrać się do spowiedzi poza rush hours w konfesjonałach! 😅 Serio! To naprawdę wielki plus urlopu 😊

UWAGA, UWAGA, urlopowy tracker modlitewny można pobrać TUTAJ.

Dziękuję Panu Bogu za natchnienie i Michałowi Z. za pomoc techniczną!

No. To gdzie się wybierasz na Boskie wakacje? 😊 Napisz w komentarzu!

Kategorie
Recenzje

Badass Book of Saints

Cześć! 😊

Na początek zapytam Cię oczywiście tradycyjnie i jak najbardziej szczerze: co u Ciebie? Jak się miewasz? Czy o siebie odpowiednio dbasz? A jak Twoi bliscy? Będę zaszczycona, jeśli skrobniesz coś w komentarzu.

Jednocześnie, daję Ci znać, że moja ekscytacja sięga przynajmniej sufitu w kamienicy, bo dzisiaj chcę opowiedzieć Ci o książce Marii Morera Johnson „Zuchwała księga świętych. O odważnych kobietach, które pokazały mi jak żyć”.

Kochani czytelnicy, może powiem od razu bez owijania w bawełnę, że jestem zachwycona tą książką. I ogromnie wdzięczna wydawnictwu W drodze, że zdecydowało się ją wydać. I za okładkę, która w moim odczuciu jest taka, jaka powinna być (przy takim tytule) – mocna, zdecydowana, kobieca, silna, niechowająca się po krzakach. Zaryzykuję stwierdzenie, że ta książka może BARDZO mocno wpłynąć na Twoje życie duchowe. Na moje właśnie wpłynęła.

Tak więc, sorry, Gregory, będę teraz piać z zachwytu nad tą książką. Od razu mówię, że zachwyt nie jest sponsorowany, za to jest szczery i autentyczny. Ale żeby recenzja nie miała kilkunastu stron, opowiem o 3 rzeczach, które mnie się w tej książce strrrrrasznie spodobały.

1) Sama autorka.

Znacie Marię Morera Johnson? Ja przyznaję się, że widocznie jeszcze mam dosyć dużo tego naszego katolickiego who’s who do nadrobienia, bo ja o niej nie słyszałam, CHOCIAŻ jak zobaczyłam jej zdjęcie, mam wrażenie, że gdzieś tam w internetach wcześniej mi mignęło. Amerykanka kubańskiego pochodzenia, KATOLICZKA (co NIE JEST typowe dla mieszkańca USA, sami przyznajcie, CHOCIAŻ, jak mnie mój mąż oświecił, Stany są na czwartym miejscu wśród krajów o największej liczbie katolików 😳. Wiedzieliście o tym? Tak, to po części zasługa imigrantów no i po prostu tego, że to ogromny kraj, z ogromną liczbą ludności, ALE to nie zmienia faktu: 4. miejsce. na. świecie!), BLOGERKA (ha! 😁), wykładowczyni literatury w college’u, fanka książek sci-fi i opowieści o superbohaterach (w tym momencie zdobyła moje serce) i – o mamo! – prowadząca program Catholic Weekend i współorganizatorka The Catholic New Media Conference.

Ludzie drodzy.

Wystarczyło, że przeczytałam czym ta babka się zajmuje i już ją uwielbiałam.

I co ona sama pisze o tym dlaczego w ogóle ta książka powstała, patrzcie:

„Jako młoda kobieta żyłam w błędnym przekonaniu, że podążanie drogą świętości oznacza nudne życie wypełnione długimi okresami kontemplacji i ciszy. Tęskniłam za znalezieniem przykładów do naśladowania, które by odzwierciedlały moje podejście do życia – święte głośno się zaśmiewające, o ostrym języku często wpędzającym je w kłopoty, kobiety nielękające się bycia sobą i wyrażenia tego, co myślą, nawet jeśli to miałoby zburzyć porządek rzeczy.

Mówiąc krótko, tęskniłam za znalezieniem zuchwałych [badass] kobiet żyjących prawdziwą świętością. Kobiet, z którymi być może miałabym choć trochę wspólnego.”

O mamooo! You and me both, sister!

Jak piszę to na klawiaturze laptopa, to moje ręce trzęsą się z emocji: JA TEŻ TAK MAM!

Ja też napatrzyłam się na wizerunki świętych w powiewających szatach (w 99% habitach), z oczami wzniesionymi do nieba, rękami w geście modlitwy lub innym (bliżej nieokreślonym) i zastanawiałam się: gdzie… ja… w tym? Jak taka świętość ma się do mojego życia? Czy to, że chciałabym wieść życie pełne akcji i energii…jakoś…wyklucza mnie na wstępie z tego grona?

Ha!

Niezmiernie się cieszę, że nie tylko ja szukam innego wzoru świętości. I nie chodzi mi o idee, a o zwykłe, codzienne życie. Zwykłe, codzienne czynności. Może zabrzmi to absurdalnie, ale już po przeczytaniu bio i fragmentu wprowadzenia czułam, że mam w tej kobiecie, Marii Morera Johnson (tutaj w skrócie MMJ 😉) bratnią duszę.

2) Panteon świętych

No i co, czy te święte przedstawione przez MMJ rzeczywiście są takie badass?

Wiecie, przeczuwałam, że znajdę tu wojowniczą św. Joannę d’Arc, upartą św. Katarzynę ze Sieny i niedoścignioną i niezrozumiałą dla mnie św. Joannę Berettę Molla. Ale, obviously, okazuje się, że tych przebojowych świętych jest więcej i co ciekawe: MMJ paruje je pod względem omawianej CNOTY z kobietami, które świętymi nie są: albo „jeszcze”, albo „nie są i nigdy nie będą”. Nie chcę Wam zdradzać szczegółów, ale jest tu znana aktorka, znana fotografka, kobieta-szpieg – normalnie cały wachlarz. Dzięki autorce poznałam święte, które w ten czy inny sposób były twardzielkami. Były odważne. Nietuzinkowe. To jak żyły, to co robiły, to nie była tylko modlitwa i kontemplacja (chociaż oczywiście, że było jej dużo!).

I – co mnie osobiście bardzo, BARDZO zaskoczyło, ucieszyło, zachwyciło – wiele (większość?) z nich była ORGANIZATORKAMI.

Aaaaa!!! Nie wiem czy czujecie ten entuzjazm 😁😅. Ale organizacja to moje drugie imię. Benia Organizacja Franek 😄 Kiedy mam czas i przestrzeń, żeby coś zorganizować, tworzyć, dzielić się z ludźmi moją wizją i zapalać ich do czegoś, i wspólnie nad czymś twórczym pracować – jestem w stanie flow.

Pod tym względem te święte bardzo mi zaimponowały. No wiecie, jutrznia, śniadanie i heyah: „idę założyć klasztor. Który? Och, po dwunastym przestałam już liczyć. Wszystko na chwałę Boga”. 🙏

Niezwykle ubogacające jest też to, że autorka cały czas odnosi żywoty tych kobiet do swojego własnego życia. Za każdym razem i znajduje podobieństwa, w tym co przechodziły, i widzi jak te święte kobiety ją inspirują do dalszej pracy nad sobą.

A propos pracy nad sobą…

3) Z tą książką się pracuje.

Tak, tak, kochani. Jeśli myślicie, że będziecie ją czytać na wpół-śpiąco, do poduszki… no, to niby możecie, ale wiele stracicie.

Bo pani profesor z college’u zrobiła coś absolutnie rewelacyjnego, a mianowicie, po każdym rozdziale czekają na Was PYTANIA. DO. REFLEKSJI.

Po przeczytaniu każdego rozdziału, jest przewidziany czas na zastanowienie się nad życiem konkretnej świętej, tym, co ona reprezentuje i jak to się ma do TWOJEGO życia.

No po prostu czad!

I, kurka wodna, nie wiem czy Wam zdradzać co jest NA KOŃCU książki… Czy to będzie spojler???

Ach, ach, ach, chyba Wam powiem.

Słuchajcie, a na końcu książki jest przewidziany 6-tygodniowy program pracy nad sobą, nad swoim rozwojem duchowym, w oparciu o historie tych świętych kobiet. Zagadnienia do dyskusji, dodatkowe pytania i ćwiczenia praktyczne. To jest, moi mili, materiał DO PRACY W GRUPIE.

.

.

.

POZAMIATANE.

.

.

.

No, po prostu, she nailed it.

.

.

O rajuśku. To oczywiście zależy od czytelnika, ale ta książka ma naprawdę potencjał do miana „książki zmieniającej życie”. No, a już na pewno, do „książki mega rozwijającej duchowo”. Czyli, to praktycznie to samo, nieprawdaż?

Pytanie do Was: jacy są Wasi ulubieni święci? Napiszcie w komentarzu kto ze świętych Was inspiruje 😊

Kategorie
Gift Guide'y

Gift guide na Dzień Ojca

Heeeeej miły czytelniku, miła czytelniczko! 😊

Super, że wpadłeś lub wpadłaś!

Co u Ciebie słychać?

U mnie? Ha! To zależy 😁.

Jeśli czytasz ten post przed 8 to jestem w trakcie (niewykluczone, że nerwowego) dojazdu do pracy – pierwszy raz od czasu pandemii spędzę dzień w biurze i – może jestem dziwna – ale cieszę się. O mamo, jak się cieszę. Brakowało mi tej rutyny wychodzenia z domu, znajomych z pracy (w wersji na żywo 😁), załatwiania czegoś po pracy, itd… Za dwa tygodnie znowu będę miała HO, więc korzystam z możliwości!

Jeśli czytasz ten post 8-16, to na pewno sumiennie pracuję (ha!), opierając się na wygodnym krześle (ha! Wreszcie!).

A jeśli zaglądasz tu wieczorem, to pewnie padam z nóg 😂 i między „Mamo, popatrz!” (5-latka) a „Pać! Paaaaać!” (to samo, w wersji dwulatka) staram się ułożyć listę zakupów tygodniowych.

Uff!

To sobie pogadaliśmy 😂, a teraz do rzeczy!

Dzień Ojca się zbliża wielkimi krokami! Nie wiem jak Ty, ale ja zawsze miałam zagwozdkę co kupić mojemu tacie na jakąkolwiek okazję. Coś innego niż skarpetki 😑. I jak tak sobie ostatnio przeglądałam różne zestawienia prezentów „dla niego”, to przewijało się mnóstwo rodzajów alkoholi, szklanek do alkoholi, multitooli i krawatów…i to jest jak najbardziej OK, ale JA po prostu szukałam czegoś innego.

A jak zapytałam ostatnio znajomych chłopaków co ich zdaniem jest dobrym prezentem na Dzień Ojca, wiesz co mi powiedzieli? „Nooo! To co na pierwszą komunię: quady, rowery… To się nie zmienia 😁”.

🤦‍♀️

To mi pomogli 😂

Ja tu zaprezentuję trochę inne zestawienie. Tradycyjnie, mieszankę uniwersalnych upominków jak i katoprezentów.

Jedziemy!

1) Opaska sportowa Mi Smart Band 4 – oprócz bycia zegarkiem pokazuje pogodę, spalone kalorie, ilość kroków, mierzy tętno, sprawdza jakość snu – pełen serwis. Tato nie musi być biegaczem czy pływakiem – opaska sprawdza się również wtedy, kiedy trzeba zająć czymś berbecia siedzącego na kolanach. Np. bombelek może coś poklikać na wyświetlaczu w czasie kazania. Sprawdzone. Działa.

2) Męski różaniec na rękę – dla pobożnego faceta to żadna siara mieć różaniec na nadgarstku, a jak jeszcze jest w dobrym stylu, to nic tylko z dumą nosić i się modlić.  A ten z Mia Maria mnie osobiście zachwyca – elegancki 🤵, a jednocześnie na moje oko ma coś w sobie ze stylu „surfin USA” 🌊🌴.

3) Bluza z krzyżem św. Benedykta – jeśli chodzi o odzież chrześcijańską (że tak to nazwę), to powiem Wam, że jestem wybredna i strasznie mi ciężko znaleźć sklepy, które nie oferują katolipy. Ale to, co w swojej ofercie ma slowomamoc.pl baaardzo mi się podoba. Spójrzcie tylko na tę piękną bluzę! Dobry jakościowo materiał i mega wzór.

4) Książka „Projekt supertata. Dziesięć narzędzi potrzebnych każdemu ojcu”. Książka zachwalana przez masę, MASĘ facetów. Napisana dla chrześcijańskich ojców, którzy, postępując na wzór Ojca w niebie, chcą mieć szczęśliwe, spełnione rodziny. Świetna sprawa, że na stronie wydawnictwa, można przeczytać fragment książki, koniecznie zajrzyjcie!

5) Zestaw koszulka dla Taty i body lub bluzka dla Dziecka – super pomysł dla świeżo upieczonego taty. W sklepie fabrykabodziakow.pl znajdziecie różne wzory; mi wpadł w oko ten z pizzą – uważam, że jest U-RO-CZY. Koniecznie zróbcie potem zdjęcie na pamiątkę 😊.

6) Audiokonferencja Jacka Pulikowskiego (uwaga, długi tytuł) „Jak zbudować dom tętniący życiem, stać się bohaterem swoich dzieci i sprawić, by ukochana kobieta oszalała ze szczęścia” wydana przez RTCK. Jeśli tatuśko traci dużo czasu na dojazdy do pracy i akurat nie odmawia pompejanki, to taka audiokonferencja to jest mega pożyteczny sposób na spędzenie czasu w aucie. Konferencję można zamówić jako plik mp3 (od razu wyląduje na mailu) albo w wersji z pendrivem – i mamy na pamiątkę przydatny gadżet.

7) Personalizowany kubek termiczny – dla miłośników kawy przedmiot niezbędny. A jak jeszcze dołożycie do tego jakąś fancy kawę to zestaw-marzenie.

8) Spinki do mankietów – wydaje mi się, że tych nigdy nie za wiele 😉 a nie wszystkie muszą być supereleganckie. Tutaj np. znajdziecie spinki z symbolem Batmana, hełmem Ironmana lub logo Jamesa Bonda. Nadadzą się nie tylko na wesela, ale na wszelkie uroczystości rodzinne, a może niektórzy tatusiowie i do pracy noszą?

9) Słuchawki bezprzewodowe Sony – bardzo przydatny gadżet dla zabieganych i/lub zapracowanych ojców (powiem Wam, że rozmowy biznesowe prowadzi się zupeeełnie inaczej, kiedy możemy swobodnie gestykulować. Mąż potwierdza). Akurat te słuchawki są chwalone za doskonały bas i długi czas pracy bez ładowania. Bomba!

10) Zestaw: kubek + herbata + ciasteczka ze sklepu spodlady.pl – podoba mi się to, ze można wybrać spośród wielu kubków, a każdy z nich mnie osobiście rozczula. Jest kubek dla majstra klepki, wędkarza, taty wymiatacza 😁 i innych. Zestaw pięknie zapakowany – od razu do wręczenia.

Moi Drodzy, to tyle propozycji ode mnie!

A jak jest u Was z kupowaniem prezentów dla Waszych tatów? Easy-peasy czy ostra rozkmina co roku? Podzielcie się swoimi inspiracjami w komentarzach, bardzo jestem ciekawa!

A może czyta to jakiś tato i chciałby dorzucić swoje pomysły? Śmiało! 😊

Kategorie
Dom

Garderoba kapsułowa do biura

Ściana pomazana kredkami. I mean, kto ma dzieci, ten wie. W pewnym momencie po prostu już odpuszczasz.

Mój drogi czytelniku, przeczytaj do końca ten post, bo garderoba kapsułowa to jest być może coś czego potrzebuje Twoja żona, żeby się szybciej rano wygrzebać 😉

Hej czytelniku, czytelniczko! 😊

Jak się masz? Mam nadzieję, że pogoda u Ciebie lepsza niż u mnie, że korzystasz z uroków tego pięknego miesiąca jakim jest czerwiec i hasasz sobie po łonie natury niczym rączy jeleń… no. U nas pada. 😑 Oby chociaż zagrożenie suszą minęło dzięki temu.

Wiesz co, nie uwierzysz, ale do napisania tego posta zainspirowała mnie książka „Dzień z życia diabła”, którą tydzień temu recenzowałam. Say what? „Co diabeł ma do ciuchów?” – pomyślisz sobie. Ha! Mój drogi, moja droga, więcej niż myślisz.

Nie wiem jak u Ciebie, ale u nas poranki są zawsze nerwowe. Dorośli się zazwyczaj spieszą, poganiają dzieci, które się zazwyczaj guzdrają, no i co tu dużo gadać…różnie się to kończy. Nierzadko jest tak, że kiedy wszyscy już szczęśliwie wylądujemy w aucie, to rozpoczynamy modlitwę od słów „przepraszamy Cię, Jezu, że diabeł zrobił nam zwarcie”… (Jak w tej piosence, nie wiem czy kojarzycie z dzieciństwa „Bądź z nami w kontakcie, Panie Boże, choć diabeł robi nam zwarcie” 😁 ). Przez „zwarcie” rozumiemy tutaj (że tak Ci wytłumaczę, co autor miał na myśli 😂) kłótnię, wybuch, czy jakiekolwiek inne niefajne zachowanie, gdzie nie daliśmy rady to keep our cool.

I tak sobie dumałam ostatnio, że w książce o.Janusza Pydy OP diabeł właśnie instruował adeptów kuszenia, żeby zadbali o to, żeby ludzie mieli nerwowe poranki. To znaczy: za późno wstawali, najlepiej nic nie jedli na śniadanie, ubrali się w byle co i wybiegali z językiem na brodzie do pracy, warcząc na wszystkich, którzy się napatoczyli po drodze.

I miałam taki łańcuszek myślowy o zbyt późnym wstawaniu, robieniu wszystkiego w pośpiechu i że ileż to razy było tak, że dzieci już wyszykowane, mąż już prawie za drzwiami, a ja stoję przed szafą i w popłochu szukam czegoś do ubrania, co nie tylko będzie niewygniecione, ale też będzie do siebie pasowało! Ha! I nagle – oświecenie – przecież ileż to by mi czasu zaoszczędziło, ileż nerwów bym sobie nie postrzępiła, gdybym miała taką garderobę kapsułową, o której pisze Karolina Bączkiewicz, którą poleca Erin z Cottonstem, i którą można sobie wyszukać ku inspiracji na Pintereście. Ach i och.

Co to jest garderoba kapsułowa?

Uprzedzam, że to nie jest blog modowy i w różnych bardziej profesjonalnych źródłach możesz spotkać się z inną definicją. I że to jest moja pierwsza garderoba kapsułowa ever, więc na pewno nie jest idealna. Ale co tam.

Powiem Ci czym ona jest dla mnie: jest to zestaw ciuchów, w którym – z grubsza rzecz ujmując – wszystko pasuje do wszystkiego. Kiedy więc stajesz przed szafą, gapisz się na nią (otwartą, rzecz jasna) i myślisz sobie po raz n-ty, że „nie mam się w co ubrać!” (a która z nas NIE BYŁA w tej sytuacji??), chociaż ciuchów w niej nie brakuje – to garderoba kapsułowa jest dla Ciebie. Albo jeśli rano potrzebujesz po prostu szybko się ubrać do pracy i nie masz jakiegoś genialnego pomysłu na kreację – to garderoba kapsułowa jest dla Ciebie. Masz po prostu zestaw ubrań, wybierasz z niego górę, wybierasz z niego dół i wiesz, że ten set działa, że czujesz się w nim dobrze i możesz z czystym sumieniem iść podbijać świat. A na dodatek, nie jesteś ostatnia pod drzwiami gotowa do wyjścia, co wzbudza podziw dzieci i męża („cooo?? Mama już gotowa???”). Co Ty na to?

Dlaczego zwlekałam z zestawieniem sobie garderoby kapsułowej?

Kurczę blade, powiem Ci, że pomysł mi się zawsze podobał, ale jakoś spisałam siebie na straty myśląc tak:

  1. „mnie się podobają TAK różne rzeczy, że NA PEWNO nic do siebie pasować nie będzie”,
  2. „z tego co widzę i czytam, to garderoba kaspułowa opiera się przede wszystkim na klasycznych kolorach (biele, czernie, beże itp.) i fasonach, a ja od klasyki wolę się po prostu wyróżniać”.

Ale wiesz co, był dla mnie taki moment eureki: stałam właśnie przed szafą i sobie dumałam. I w pewnym momencie patrzę na moje niebieskie jeansy i mnie olśniło: jeansy są moją klasyką. Uwielbiam je, czuję się w nich jak we własnej skórze… i to była ta furtka, którą sobie biodrem otworzyłam i ta myśl dodała mi tej wolności, którą potrzebowałam, żeby stworzyć garderobę kapsułową zgodną z moim gustem, ze mną samą. Bo to dla mnie osobiście znaczyło, że kolor jeansowy wskoczył do mojego zestawy kolorów „klasyczych”.

A to, że podobają mi się różne rzeczy (niekoniecznie do siebie pasujące)? Garderoba kapsułowa to baza. Jeśli masz czas lub inną inspirację, to po prostu bierzesz sobie coś spoza niej. Np. mam fuksjową koszulę, której nie dodałam do garderoby kapsułowej, ale po prostu wiem, że wygląda dobrze z czarnymi jeansami albo z zieloną spódnicą i jeśli będę miała ochotę ją założyć, to wiem z czym.

Dobra. Bo ja to lubię gadać. Mogę długo. Przejdźmy zatem do zdjęć i opowiem Wam ciut więcej nt. tego co wybrałam i z czym to zestawiłam.

Aha! Ważne! U mnie w pracy obowiązuje business casual, który, choćby nie wiem co, zostawia sporo do własnej interpretacji. Wykorzystuję więc te szare strefy na swoją korzyść (więcej luzu). Hłe, hłe, hłe.

Po pierwsze: sukienki. Łatwiej się nie da. Jeden artykuł odzieżowy, buty i lecisz, siostro. Te dwie – uwielbiam.

Zielona spódnica. To w mojej kapsułowej garderobie akcent kolorystyczny. Mam do niej dwie eleganckie białe bluzki i jedną czarną, którą zaliczam do uniwersalnych (czyli i do biura i na weekend). Zobaczcie na buty na pierwszym zdjęciu – jasne espadryle. Uwielbiam w nich to, że dają eleganckim setom takiego sympatycznego pstryczka w nos i „luzują” trochę styl. Nie cierpię sztywności w pracy i zadzierania nosa, więc mieszam biurowe ciuchy z casualowymi i tym samym pokazuję, że nie musimy być tacy „ą-ę”.

Jasnoniebieska spódnica ołówkowa w prążki. Czasem z paskiem, czasem nie. Pasują do niej zarówno: biała elegancja bluzka, musztardowa bluzka (żółty/musztardowy to mój drugi akcent kolorystyczny w garderobie kapsułowej), czarna bluzka uniwersalna, biała z perełkami i coś co lubię najbardziej: biały t-shirt z napisem. OMG. Przyznaję się, że mam słabość do białych t-shirtów z dobrym sloganem. I zobaczcie: dalej mamy biurowy styl, wyluzowany, ale dalej biurowy. A do tego, jeśli dobrać jakąś delikatną, elegancką bransoletkę, to mamy fajną równowagę między luzem a wykwintnością. No i kieszenie w spódnicy ❤.

Czarna spódnica koronkowa. Z mojej szafy najłatwiej było mi dobrać do niej białe i czarne bluzki, ale fajnie by też wyglądała jakaś w kolorze kremowym czy beżowym.

Spodnie! Moje ukochane jeansy!

U mnie w pracy można nosić jeansy ciemnoniebieskie lub czarne i wyobraźcie sobie, że te z perełkami znalazłam w Lidu! Boskie są! I powiem Wam, że tak naprawdę wszystkie te moje bluzki z garderoby kapsułowej by tutaj pasowały: i do granatowych jeansów, i do czarnych spodni. Zobaczcie na sety z granatową bluzką z kwiatami. Zakładam białe adidasy i zaczynam weekend, zakładam złote baleriny i idę do biura. Bomba. Za to ta biała bluzka ma takie fajne rozcięcie z boku, co sprawia, że jest po prostu niesztampowa.

Podsumujmy: 3 spódnice, 2 pary spodni, 7 bluzek, 2 sukienki, 3 pary butów. I ciuchowe pomysły na prawie miesiąc pracy biurowej. Ha!

Zachęcam do przejrzenia swojej szafy. Wybierzcie kilka dołów i dobierzcie do nich trochę bluzek. Sprawdźcie co z czym działa dla Was. Taka garderoba kapsułowa to naprawdę oszczędność czasu i nerwów (nie tylko Waszych 😅) przy porannym wychodzeniu z domu 😉.

Ściskam ciepło!